F. Perls Wokół śmietnika.pdf

Maria Nowak - biblioteka

Frederick S. Perls

WOKÓŁ SMIETNIKA

Przekład Wiesław Marcysiak

Zysk i S-ka
Wydawnictwo

Tytuł oryginalu
in and Out the Garbage Pail

Copyright © 1969 by Real People Press
All rights reserved
Copyright © 2002 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j.,
Poznań

Ilustracje
Russ Youngreen, Menlo Park, California

Opracowanie graficzne okladki
Miroslaw Adamczyk

Redaktor serii
Tadeusz Zysk

Drogi Fritzu,

Zjawiłeś się i zrobiłeś to, co chciałeś, a wielu z nas zakochało
się w tobie takim, jaki byłeś. Byłeś taki, jak mówiłeś, że jesteś,
a to rzadkie wśród ludzi. Łatwo się ciebie słuchało, twój głos
budził we mnie uśpioną nadzieję, a teraz przypominam sobie łzy,
które często pojawiały się w twoich oczach, kiedy wokół była
odpowiednia doza miłości. Czasami widziałem twoje zmęcze-
nie... tak niewielu żyło tam, gdzie ty, a tak wielu ciągnęło cię
w dół, niezdarnie próbując wynieść się ku górze.

Lecz to wszystko minęło i od roku ciebie nie ma. Są jeszcze
tacy, uczniowie w twojej szkole życia, którzy nadal uczą się od
ciebie. Tak często nagle znowu dociera do mnie, co miałeś na
myśli, nie będąc rozważnym. Nie wierzyłem ci, kiedy mówiłeś,
że nikogo nie „potrzebujesz”, ale teraz widzę, że prawdziwą
nauką było żyć na tym świecie, nie pragnąc niczego, nieprzesu-
wanie r7zeki hvlo jvciem zoe0dnym 7 wola Boża Shycze ijak

B

wydanic i

ISBN 83-7150-959-6

Zysk i S-ka Wydawnictwo
ul. Wielka 10, 61-774 Poznań
tel. (0-61) 853 27 51, 853 27 67, fax 852 63 26
Dział handlowy, ul. Zgoda 54, 60-122 Poznań
tel. (0-61) 864 14 03, 864 14 04
e-mail: sklep@zysk.com.pl
nasza strona: www.zysk.com.pl

Drukarnia Narodowa S.A.
Kraków, ul. Marszałka J. Piłsudskiego 19
Druk z dostarczonych diapozytywów

T TE 57

.OW..,.
parskasz na to ostatnie. Uczyłeś swxadomoscx dla samej świado-
mości. Niektórzy z nas obserwują siebie dokładnie. Budzimy się
w obcym świecie i okazuje się, że jesteśmy inni od reszty, która
śpi wszystkiego niepomna i zapatrzona w kończące się przedsta-
wienie. Często za dnia, niczym we śnie lub w nieprzespaną noc,
trafiam na ślady twojej bytności tutaj. Odnalezienie twych błys-
kotliwych wskazówek — udzielonych kiedyś, za czasów Big Sur,
aleobecnych tuiteraz przy tym biurku, gdzie napisałeś fragmenty
Wokół śmietnika — odnalezienie twych wskazówek wypełnia mi
serce wdzięcznością, że kiedyś dotknąłeś mego życia i sprawiłeś,
że siedzę teraz z piórem w ręku i piszę, i wysyłam energię miłości
korytarzami mego umysłu do ciebie, starego nauczyciela, gdzie-

kolwiek jesteś.
(54 M

f u 2 TR g

Jak zawsze

DLAUULIWIL LDZW

Chaos i śmiecie — za dużo naraz!
Koniec zamieszania,

Niechaj z was powstanie obraz
Sens i znaczenie mego dokonania.

pisać o tak zwanych obiektywnych postrzezeniach lub koncep-
cjach i teoriach, ale obserwator tak czy inaczej jest częścią tychże
obserwacji. Lub tez wybiera to, co obserwuje. Może tez być
posłuszny wymaganiom nauczyciela, w którym to przypadku
jego zaangażowanie może zostać pomniejszone, ale mimo to
ciągle tam jest. I proszę, znówu to zrobiłem. Prawię kazania.
Nigdy nie powiem: „Według mnie...”.

Nazywam się Friedrich Sałomon Perls, po amerykańsku: Fre-
derick S. Perls, przeważnie nazywają mnie Fritz albo Fritz Perls,
czasami doktor Fritz... Pisząc to, czuję się nadgorliwie i lekko.
Zastanawiam się także, dla kogo piszę, a przede wszystkim, jak
bardzo będę szczery. Och, już wiem, nie powołano mnie, bym
spisywał prawdziwe wyznania, ale chciałbym być szczery ze
względu na samego siebie. Co mam ryzykować?

Rozłożone wokół śmietnika
Moje stworzenie,

Może kwitnie, może znika,
Radość lub zasmucenie.

Moje smutki, moje radości
Powrócą na nowo;
Zdrowy rozsądek, dzikie dnie

~ 1 .

Ę U

) Tym razem zamierzam pisać o sobie. W zasadzie. .. kiedykol-
wiek ktoś pisze, pisze o sobie... mniej wiecej. Oczywiście można

LL

Staję się osobą publiczną. Z nieznanego żydowskiego chłopaka
ze średniej klasy, poprzez średniej miary psychoanalityka, aż do
prawdopodobnie twórcy „nowej” metody leczenia i przedstawiciela
praktycznej filozofii, która mogłaby uczynić coś dla ludzkości.

Czy to znaczy, że jestem dobroczyńcą lub że chcę służyć
ludzkości? Fakt, iż formułuję to pytanie, wskazuje na moje wąt-
pliwości. Wierzę, że robię to, co robię, dla samego siebie, dla
własnych zainteresowań w rozwiązywaniu problemów, a przede
wszystkim dla własnej próżności. Najlepiej czuję się jako prima-
donna, kiedy mogę popisać się umiejętnością szybkiego dotarcia
do samego sedna danej osoby i jej kłopotu. Jednak musi być jeszcze
inna strona mnie. Kiedy tylko wydarza się coś rzeczywistego, jestem
głęboko poruszony, a kiedy jestem głęboko zaangażowany w spot-
kanie z moim pacjentem, całkowicie zapominam o widowni i jej
możliwym podziwie i wtedy jestem prawdziwie skupiony.

Potrafię to. Mogę „się zapomnieć” do reszty. W 1917 roku, na
przykład, ukrywaliśmy się na kwaterze w pobliżu dworca kolejo-
wego. Kiedy dworzec został zbombardowany i trafiono dwa
składy pociągów z amunicją, poszedłem tam, bez strachu o włas-
ną skórę i po eksplozji zajmowałem się rannymi.

Proszę, znowu to zrobiłem. Przechwalam się. Popisuję. Może

Jestem przekonany, że pomimo tego całego przechwalania się
nie mam o sobie wysokiego mniemania.

Moje drugie imię to Salomon. Mądry król Salomon powie-
dział: „Próżność, wszystko to próżność!”.

Nie mogę nawet się pochwalić, że jestem szczególnie próżny.
Jednak jestem pewien, że to całe moje popisywanie się to rekom-
pensata. Nie tylko za brak pewności siebie, ale aby przerekom-
pensować się, zahipnotyzować was, byście uwierzyli, że jestem
kimś naprawdę niezwykłym. I nie wątpcie w to!


P

przesadzam albo zmyślam? Jakie są granice zmyślonego życia?
Jak Nietzsche to ujął: Pamięć i Duma walczyły ze sobą. Pamięć
powiedziała: „Było tak”, Duma odparła: „Tak nie mogło być!”.
I Pamięć ustąpiła.

Zajmuję stanowisko obronne. Kapitan mego batalionu był
antysemita. Poprzednio wstrzymał żelazny krzyż dla mnie, ale
teraz musiał podpisać rekomendację i dostałem mój krzyż.

Co ja robię? Zaczynam grę w samoznęcanie? Znowu się
popisuję. Słuchajcie, jakże skrupulatnie szczery staram się być!

Ernest Jones nazwał mnie kiedyś ekshibicjonistą. Nie złośli-
wie. Był łagodny i lubił mnie. Prawda, miałem pewne skłonności
do ekshibicjonizmu... nawet seksualne... ale zainteresowanie
podglądaniem zawsze przeważało. Co więcej, nie wierzę, by moją
potrzebę popisywania się można było wyjaśnić, nazywając ją
zboczeniem seksualnym.

&
„L

Przez wiele lat wraz z żoną bawiłem się w grę: „Czyż ciebie
nie urzekłem? Możesz się temu przeciwstawić?”, aż zrozumia-
łem, że zawsze sromotnie przegrywałem i nigdy nie mogłem
wygrać. W tamtym okresie interesowała mnie rozpowszechniona
wśród ludzi głupota, że ważne jest, anawet konieczne, by wygrać,
Wszystko to w końcu prowadzi do pojęcia samooceny, samomi-
łości, samowyobrażenia. Samooceny doświadcza się na dwóch

To prowadzi nas bezpośrednio do królestwa IHozOll €545~
stencjalnej. Wyjaśnienie kwestii egzystencjalnej, moim zdaniem,
rzuciło zdecydowane światło na sprawę próżność kontra autentycz-
ne istnienie, być może nawet pokazało drogę do wyleczenia
podziału między naszą istotą biologiczną a społeczną.

Jako osobnicy biologiczni jesteśmy zwierzętami; jako istoty
społeczne odgrywamy role i gry. Jako zwierzęta zabijamy, by
przeżyć; jako istoty społeczne zabijamy dla chwały, zysku i ze-
msty. Jako stworzenia biologiczne prowadzimy życie związane
z przyrodą i całkowicie w niej pogrążone; jako istoty społeczne
prowadzimy egzystencję „jak gdyby” (Vaihinger: Philosophy of
„as if7), w której rzeczywistość, fantazja i udawanie mocno się
mieszają. Dla współczesnego człowieka kwestia ta ogranicza się
do różnicy, a często tez do niespójności między samoaktualizacją
a samokoncepcją lub aktualizacją samowyobrażenia.

W roku 1926 byłem asystentem profesora Kurta Goldsteina

10

S'd”lUUUC”y. lVlULUll]y pll.cuum'auz.yu ZA AWĘ Uodlallla 114
„Moje ego chce uznania”, ale nie „Chcę trochę chleba” na „Moje
ego chce trochę chleba”. Dla naszych uszu brzmi to absurdalnie.

Samoaktualizacja to skromny termin. Została wyniesiona
i przekształcona przez hippisów, artystów i, przykro to mówić,
wielu humanistycznych psychologów. Rozwinęła się jako pro-
gram i osiągnięcie. Jest to rezultat konkretyzacji, potrzeby uczy-
nienia rzeczy z procesu. W tym przypadku oznacza to nawet
wyniesienie do rangi boskości i uwielbienia miejsca, albowiem
„ja” wskazuje zaledwie to, „gdzie” się coś dzieje, a „ja” należy
traktować jako przeciwstawne (i jedynie przez to nabierające
sensu) odmienności.

„Ja” jako indykator, „ja robię to sam” zaledwie wykazujące,
że nikt inny tego nie robi, musi być napisane przez małe j. Kiedy
już zostanie wyniesione do „Ja” za sprawą wielkiego J, łatwo
zajmuje miejsce części —i to bardzo szczególnej części — całego

11

biegunach, jak każdego psychologicznego pojecia. Wysoka sa-
moocena, duma, chwala, poczucie trzymetrowego wzrostu prze-
ciwstawia się niskiej samoocenie: przygnębieniu, bezwartościo-
wości, pogardy, małości. Bohater przeciwstawia się mnichowi.

Nadal muszę czytać większość prac Freuda. Dziwi mnie fakt,
że przy tym całym skupieniu na seksie nie dojrzał on związku
między samooceną a teorią libido. Podobnie Sullivan, który spe-
cjalizował się w systemie samooceny, nie zauważył tego. Podo-
bieństwo funkcji tego systemu do erekcji i kurczenia się genita-
liów jest dla mnie oczywiste. Tkliwość starej dziewicy jest
przysłowiowa. We wstydzie krew nabiega do głowy i genitaliów.
Po niemiecku genitalia nazywają się die Schamteile — części
wstydliwe.

W terminologii Freudowskiej zachowanie zmysłowe systemu
samooceny moglibyśmy nazwać zagubieniem/dyslokacja. Jedno-
cześnie możemy po raz pierwszy zerknąć w związki psychoso-
matyczne. Oczywiście erekcja jest zdecydowanie funkcją psy-
chologiczną, podczas gdy samoocena jest sprawą „umysłu”: to
funkcja (która fałszywie pojawia się jako miejsce wydarzenia),
którą ja nazywam fantazją lub wyobraźnią... tworzeniem obrazów.

w instytucie dla żołnierzy z uszkodzeniem mózgu. Później opo-
wiem o tym szerzej. W tym miejscu chcę jedynie nadmienić, że
profesor używał terminu „samoaktualizacja”, jednak nie w moim
rozumieniu. Kiedy usłyszałem ten sam zwrot dwadzieścia pięć lat
później z ust Maslowa, nadal go nie pojmowałem, a jednak
wydawał się dobry, jakby człowiek wyrażał siebie szczerze,
a jednocześnie czynił to rozmyślnie. I z tego terminu mógł po-
wstać program, koncepcja. Minęło jeszcze kilka lat, zanim po-
jąłem naturę samoaktualizacji w kategoriach cytatu z Gertrudy
Stein „Róża jest różą jest różą”.

Była w tym, na przykład, aktualizacja samokoncepcji, pod
Freudowską nazwą ideał ego. Jednakże Freud używał terminów
superego i ideał-ego wymiennie, jakby wykonywał sztuczkę ma-
giczną. Są to całkowicie odmienne zjawiska. Superego to mora-
lizująca, kontrolująca funkcja, którą można określić mianem ide-
ału jedynie poprzez stuprocentowe ego poddania-pragnienia.
Freudowi nigdy nie udało się zrozumieć „ja”. Utknął w ego. Ci,
którzy porozumiewają się po angielsku, będą mieć kłopoty, podą-
żając za rozumowaniem Freuda. Po niemiecku ego jest równo-
ważne Z „ja”. Po angielsku ego zbliża się do znaczenia systemu

AAAAAAAAAAA BN UL " z

organizmu. Coś zbliża się do staromodnej duszy lub do filozoficz-
nej esencji jako „przyczyny” tegoż organizmu.
Przeciwstawieniem tego jest potencjał i aktualizacja. Ziarno
pszenicy posiada potencjał stawania się rośliną, a sama pszenica
to jego aktualizacja.
Zatem samoaktualizacja znaczy, że ziarno pszenicy zaktuali-
zuje się jako pszenica, a nigdy jako żyto.

Muszę tutaj przerwać. Jeżeli to, co piszę, zostanie kiedykol-
wiek opublikowane, redaktor prawdopodobnie wykreśli to, co
następuje, albo umieści w stosownym kontekście.

Dla mnie jeden z dwóch moich „problemów” nosi miano
„popisywanie się”. Drugi — problem palenia i zatruwania się —
może poczekać. Jeżeli chodzi o pierwszy, to doświadczanie nudy
często wiąże się z „popisywaniem”. W jaki sposób — mam
nadzieję dowiedzieć się podczas pisania. Często w czasie rozmów
proszę o poklask, uznanie i podziw. Niby przypadkiem często
kieruję się lub spycham rozmowę na dane tematy nie po to, by
być błyskotliwym i promieniować, ale by przechwalać się uzna-
niem, jakie otrzymuję ja lub — co uważam za to samo — terapia
gestaltyczna. ,

Nuda także często prowadzi mnie (zauważcie zrzucenie odpo-

12

wiedzialności za własną nudę!) do obrażania innych ludzi lub
„wprowadzania ponurego nastroju”, a nawet flirtowania i gier
seksualnych. To będzie wymagało szerszego omówienia w innym
kontekście. Powinna znałeźć się tutaj jedna z przechwałek.
W „Nation” napisano: „I wszystkie dziewczęta przyznają, że nikt
nie całuje jak Fritz Perls”.

Ostatnio znalazłem bardziej konstruktywny sposób na nudę:
siedzieć i pisać. Gdyby nie nuda, prawdopodobnie nie usiadłbym
i nie przelewał zdań na papier. Brzmi to niczym odwrócenie
pewnych badań, jakie prowadziłem w szpitalu psychiatrycznym,
a mianowicie nuda jest wynikiem zablokowania szczerych zain-
teresowań. Czy mam teraz wyciągnąć wniosek, że samogloryfi-
kacja to szczere zainteresowanie, dla którego żyję, że zamęczam
się dla służby w imieniu Wielkiego Fritza Perlsa? Że nie aktuali-
zuję swojego „ja”, lecz samokoncepcję? To wydaje mi się nagle
takie słuszne oraz konieczne. Aktualizacja samokoncepcji grze-
chem. Czyżbym stawał się purytaninem?

Wróćmy zatem do „cnoty” samoaktualizacji i rzeczywistości
samoaktualizacji. Naciągnijmy przykład ziaren pszenicy i żyta do
granic absurdu. Oczywiste jest, że potencjał orła będzie zaktuali-
zowany w szybowaniu w przestworzach, w spadaniu na mniejsze

13

rane przez zapał twórczy, co kończy się grupim zachowaniem
różnego stopnia. Zamiast całości realnej osoby mamy fragmenta-
cje, konflikty i pustą rozpacz papierowych ludzi.

Homeostaza, ten subtelny mechanizm samoregulacji i samo-

kontroli organizmu, jest zastąpiony przez zewnętrzne, narzucone,
kontrolujące szaleństwo podkopujące zdolność przetrwania 0so-
byi gatunku. Psychosomatyczne symptomy, zagubienie, zmęcze-
nie i kompulsywne zachowanie zastępują radość życia.

Najgłębszy rozłam, od dawna wtopiony w naszą kulturę
i przez to brany takim, jaki jest, to dychotomia umysł-<ciało:
przesąd, że istnieje podział, a jednocześnie współzależność
dwóch rodzajów substancji, umysłowej i fizycznej. Stworzono
nie kończący się ciąg filozofii, by potwierdzić, że jedna z dwóch
idei, duch lub umysł, powoduje ciałem (np. Hegel) lub że mate-
rialistycznie te zjawiska lub epizjawiska są wynikiem lub super-
strukturą materii fizycznej (np. Marks).

14

FHOZOIOWANIC 10 CRSLUCHIAIT Y P14y PAUTK llaszyCci uUueaeAtual-
nych gier. Zasadniczo nalezy ono do klasy gier w „dopasowywa-
nie się”.

Prawdopodobnie są jeszcze inne gry, ale według mnie te dwa
rodzaje w znacznym stopniu zdominowują naszą orientację i na-
sze działania. Gry w porównywanie i dopasowywanie. Abstrakcje
sąfunkcjami organicznymi, ale kiedy wyrwiemy nasze abstrakcje
z kontekstu, wyizolujemy je, zamienimy na symbole i dane, stają
się materiałem dla gier. Weźmy kalambury lub krzyżówki jako
przykłady tego, jak dalece możemy usunąć abstrakcje z oryginal-
nego tekstu.

Największą książką na temat gier jest Magister Ludi (Mistrz
gier) Hermanna Hessego. Sensowne dla mnie jest obserwowanie
Bacha bawiącego się dźwiękami, tworzącego skomplikowane
układy tematów, głęboko oddanego ekstatycznym modłom.

Nie mogę przystać na twierdzenie, że zabawa jest zła, a powa-

15

zwierzęta, by się żywić, i w budowaniu gniazd. Oczywiste jest,
że potencjał słonia będzie aktualizowany rozmiarem, siłą i nie-
zdarnością. Żaden orzeł nie będzie chciał zostać słoniem, żaden
słoń orłem. One „akceptują” siebie; akceptują swoje „ja”.

Nie, one nawet nie akceptują siebie, bo to mogłoby sugerować
odrzucenie. Przyjmują siebie takimi, jakie są. Nie, nawet nie to, to
mogłoby sugerować możliwość odmienności. Są, czym są, czym są.

Jakiż byłby to absurd, gdyby, jak ludzie, fantazjowały, były
niezadowolone i zwodziły siebie! Jakiż byłby to absurd, gdyby
słoń zmęczony stąpaniem po ziemi zechciał latać, jeść króliki
i składać jaja. A orzeł chciał posiąść siłę i grubą skórę słonia.

Zostawcie to ludziom... niech próbują być tym, kim nie są...
niech mają ideały, którym nie mogą dorównać, niech będą prze-
klęci perfekcjonizmem, by oszczędzono im krytyki, niech otwo-
rzą drogę nie kończącym się torturom umysłu.

Różnica między czyimś potencjałem a jego aktualizacją po
jednej stronie płotu a zniekształceniem autentyczności po drugiej
staje się oczywista. Przymus podnosi brzydki łeb. „Powinniśmy”
wyeliminować, odrzucić, stłamsić, zanegować wiele cech i źródeł
szczerości i dodać, udawać, odgrywać, rozwijać role nie wspie-

Nic z tego. Jesteśmy organizmami, my (to znaczy jakieś
tajemnicze „ja”) nie mamy organizmu. Jesteśmy jedną, całościo-
wą jednostka, ale mamy swobodę wyodrębniania wielu aspektów
z tej całości. Wyodrębniania, nie odejmowania, nie odrywania.
Możemy wyodrębniać, zgodnie z naszymi zainteresowaniami,
zachowanie danego organizmu lub jego społeczną funkcję, fizjo-
logie, anatomie, to czy tamto, ale musimy pozostać czujni i nie
brać jakiejkolwiek abstrakcji za „część” całego organizmu. Pisa-
łem już o związku zainteresowania z abstrakcją, o wyłonieniu się
aspektów i gestaltu. Możemy mieć całą kompozycję abstrakcji,
możemy przybliżyć się do poznania osoby lub rzeczy, ale nigdy
nie posiądziemy całkowitej świadomości (używając języka Kan-
ta) das Ding an Sich, samej rzeczy.

Czyzbym stawał się aż nadto filozoficzny? W końcu bardzo
potrzebna jest nam nowa orientacja, nowa perspektywa. Potrzeba
orientacji to funkcja organizmu. Mamy oczy, uszy itd., które
orientują nas w świecie, i mamy nerwy proprioceptywne, by
wiedzieć, co się dzieje pod naszą skórą. Filozofować znaczy na
nowo orientować się we własnym świecie. Wiara to filozofia,
która przyjmuje za pewnik nasz całokształt odnośników.

. ,- E "" U PR R ]

ga warta uznania. Scherza mistrza nie są poważne, jednak on sam
zachowuje powagę przez cały czas. Szczeniaki bawią się. Lecz
czy bez tych gier nauczyłyby się polować i żyć?

Zagubiłem się.

Muszę zagrać, by się odnaleźć.

Alergii dostaję, gdy coś nie pasuje, chociaż bałaganiarskie
Mam obyczaje — pokój i ubranie — potrzeba mi porządku
W głowie,

Żeby poskładać fragmenty w całość.

Gestalt i chaos walczą ze soba.

Czym innym jest zrozumienie?

Zacznijmy od seksu.

To wiele gier między mężczyzną i kobieta,
Rodzicami i dziećmi,

Od delikatnego dotyku po gwałt i zbrodnię.
Tak wiele rodzajów i barw, Jedność z siłą eksplodującą

Perwersyjny i normalny, koszmarny i rozkoszny w grze. Jak zwierzę, którym stajemy się na koniec.
Koniec widać wyraźny:

  • " Ł Gra w końcu daje ukojenie.

16

Urgazm to Ostawezny LLi.
Brak panowania,

Rytm przyspiesza.

Bezmyślna natura bierze górę: happening bez gry.
Wyrywa unisono,

Głębokie oddalenie od świata

I zamknięcie silnego gestaltu.

Widać już jasno dwa stadia.
Jedno to miłość wieloraka;
Drugie pieprzenie. ,
Jedno to po tysiąckroć cudowna rzecz, wysublimowana
i wyrafinowana;

To środki zastosowane, jak mawia Dewey.

„Nic” nirwany choć pi'zez chwilę trwa.
Gestalt zamknięty, a satysfakcja
Przez pory skóry i duszy napływa.

Lecz życie toczy się dalej. Następna potrzeba, następna gra
Wyłania się z żyznej pustki.

Apetyt, zadanie, ból

Nie zaleczony, zepchnięty na bok przez seks,

Wymaga uwagi, domaga się, byś go wysłuchał.

Zbudź się i do dzieła!

Albowiem życie trwa, nieskończonym strumieniem
Niekompletnych gestałtów!

17

i fi ZE -

Gram słowami, a jednocześnie
Obraz sam się określa
I całkowity gestalt przelewa się na papier.

Musze pisać o sobie.

Jestem moim laboratorium. Nie znana mi jest prywatność
twoich doświadczeń.

Poza objawieniami.

Człowieka z człowiekiem nie łączy most.

Domyślam się, wyobrażam, współczuję, cokolwiek to znaczy.

Albowiem jesteśmy sobie obcy i tacy pozostaniemy

Poza wspólnymi elementami, gdzietyija

Scalimy się w podobieństwie.

Albo jeszcze lepiej, tam gdzie ty mnie dotkniesz,

A jaciebie,

Kiedy obcość stanie się znajoma.

18

k

431 sSluwa są lUWdlLybth, uY VAL
Zatem, siebie żyjąc, szukam niezdarnie
Słów, co grają w kalkulację.

Lecz gra według ścisłych zasad

Daje mi wsparcie i wzbogaca umiejętności.
Zadna wygrana nie wydrwi przegranej!
To zbyt poważne, nieomal jak śmierć!
Radość z nowo odkrytych dróg,

Nauka, jak iść nową drogą,
Wynajdowanie, czego jeszcze nie było,
Lub słów jeszcze nie wypowiedzianych.

„Fritz, odpocznij sobie.

Już dosyć zrobiłeś.

Znalazłeś swój zen, tao i prawdę.
Innym też to wyjaśniłeś...

19

e

=0

’/LJ
| NszET

Życie toczy się dalej tak jak ta książka.

Przez kilka dni nic nie pisałem.

Przyjaciołom pokazałem poprzednie stronice,
Albowiem cieszyłem się z niczego,

I nagle napisałem do rytmu,

! Czujac przenikajacy suchy opis.

: Jakby pojawić się miał nowy styl.

Prrrawszy od muzyki, skończywszy na rytmie,

Przez większość czasu prowadzimy gry

I krążymy wiecznie dookoła,

Unikając kolizji-dotknięcia.

Nadal bawię się autystycznie rytmem słów,
Walczę, by wracać do tematu.

Chcę także nauczyć się

Pisać wierszem.

Nie wierszem, który się rymuje, ale który ma rytm.
Co płynie górami.

I w dół, i w górę,

Co płynie jak woda,

Szemrząc z cicha.

A jednak proza, by wypowiedzieć, co

'W myśli i w sercu.

Bez oschłych nauk.

Ani poezji.

Gestalt wyłania się z ziemi,

Życie siebie żyje.

Bez plastikowej śmierci.

U (-SRI P 2 |

Nie kończący się rozwój szczerego znoju.
Czegoż chcesz więcej?
Jeszcze ci nie wystarcza?”

Niczego więcej już mi nie trzeba nad spokój odpoczynku,

Co siedzi, lecz nie nieruchomo jak kostki lodowe.

Spoczynek, co porusza się od środka,

Tam z głębi środka, na rytmiczną modłę. Wahadło, co jest jak
czas,

Serce, co bije, kurczy się i idzie.

Kontakt — cofnięcie, świat i ja

'W wypełniającej harmonii.

„Chodź, nauczaj innych, czego chcesz.

Myślisz o sobie, nie o świecie.

Bo tam, gdzie myślisz, że patrzysz W jasną głębię okien,
Są lustra.

Widzisz siebie, nie widzisz nas.

Wyrzuć siebie, pozbądź się siebie.

Zużyte ja, zabierz, co twoje,

g . .

mmr e yy

§

Lecz co jest realne? Czy ktoś wie?
Teraz utknąłem, to pewne.
Pojawiają się symptomy impasu:
7Zmieczanie nanika i <kLarga

20

wlali SIĘ VLIdLLIL, Zagiej s”
Rola innych to ty sam.

Chodź, zabierz to i urośnij jeszcze.
Przyswój to, co odrzuciłeś.

Jeżeli żywisz do czegoś nienawiść,

To do samego siebie, choć trudno to znieść.

Albowiem ty to ja, a ja to ty.

Nienawidzisz w sobie tego, czym gardzisz.
Nienawidzisz siebie i myślisz, e to ja.
Obrazy to najpodlejsza rzecz.

Niszczą cię i oślepiają.

Pagórkom nadają ogrom gór,

By usprawiedliwić twoje uprzedzenia.
Nabierz rozumu. Przejrzyj na oczy.

Patrz na to, co realne, nie na swoje myśli”.

m p m . o
„KFOŚ” nie potrafi się zdecydować, „to” nie płynie.
Obiecuję bogactwa, bronię się.

Chcę się ruszyć, ale utknąłem w błocie

I nie mogę unieść butów, by iść dalej.

Za bardzo kocham rytmiczny potok

By pozwolić nauczycielowi prawić kazanie

I sortować zjawiska

Niewidoczne, którym potrzeba perspektywy jak światła
By wyrazić to, co nieznane.

Co wiemy o grach?

Co jest ich przeciwnością?

Król Lear na scenie, traci władzę

Gdy zostawi szekspirowskie rekwizyty, papierową koronę.

21

N_
1 [) %ź A

Może to pijaczyna
Bez grosza i domu.

Lecz król na scenie też jest samotny
Bez władzy i domu.

Cóż więc jest prawdziwe? Co jest gra?
Zapytaj Pirandella, zapytaj Geneta.
Oni poznali strefę zmroku

Gry i prawdy.

To może być to,

To może być tamto,

To może być jedno i drugie.

Albowiem gra ma podwójny cel:
Rosnąć i kochać happening.

Albo: szczęście wzrastania

Zaprzecza stagnacji

Która nadchodzi z monotonii i implozji.
Wytarte słowa, niezmienne wzory

Są bezpieczne i pewne jak śmierć.
Rigor mortis, rigor vitae

Są takie podobne na wiele sposobów,
Jak widział to Freud.

Freud widział tez największą rzecz:

Że myślenie to próba, przygotowanie.
Lecz cóż próbujemy?

Sztukę, działanie? Jakie przedstawienie?

22

Bez próby podejmujemy ryzyko.
Jesteśmy spontaniczni
Impulsywni

Gotowi działać bez baczenia

Na niebezpieczeństwa
Prawdziwe lub zmyślone.

Bez próby wskakujemy

Nie sprawdzając czy to gorące czy lodowate.
Do diabła z konsekwencjami!

Po bohatersku

Z klapkami na oczach by przeżyć.

Lecz większość z nas jest inna.

Boimy się ryzyka i musimy się upewnić
Że nic się nie stanie, co zakłóci
Bezpieczną rutynę między dziewiątą a czwartą,
Ubezpieczenie, czeki, stałe związki.
Uczyliśmy się społecznych ról

Na studiach i w szkołach

Właściwe zachowanie by osiągnąć sukces.
'W ten sposób pchamy drabinę ku górze,
Odgrywamy największy hałas na ziemi
Używając siły w celach sadystycznych
Mnożąc pieniądze, których nam nie trzeba.

Wrzód żołądka wzmaga apetyt

Szyderstwo rodzi się ze śmiechu.

Koneksje lepsze niż przyjaźń

Wysiłek w grze, na próżno odzyskując

Naszą duszę w kościele w niedzielęi noworoczne postanowienia.
Lecz są także inne strony:

Ten grzeczny chłopiec to wredny bachor

Ten czysty narzuca się.
Ten słaby strzela z ukrycia

23

Ten pomocny okazuje się szkodnikiem.

Sny o młodości stały się koszmarami

By uprzykrzyć naszą egzystencję.

Cóż zrobiliśmy? Jakaż upiorna gra wyłoniła się
Z tych wszystkich obietnic?

F@:f

ot

Biorę za pewnik, że plemnik
Który wygra wyścig pośród milionów
Może nie zostać wybrany.

Jajo może wybrać jego kumpla.

L

Komórki wiedzą znacznie więcej

I)Iiż my uważamy w aroganckiej kalkulacji.
Świadomość-czucie (utracone)

Nadal jest nietknięte, jeśli pozwolimy.

Jajo może więc nie przyjąć
Najambitniejszego zalotnika.


35
o3

Małżeństwo dokonało się.
Tni-komórka zaczvna <ie dz7i

ś nomnażąć

24

(MechaniKa ni€ ma Zastoso wanta w syy

Życie to świadomość swoich potrzeb,

Swoich samowspierających uczuć. Każda komórka wybiera,
Asymiluje pokarm z plazmy.

Wykorzystuje materiał, z którego powstaje

Żółć, hormony lub myśli.

Ma umysł, zna swoje obowiązki.

Posiada społeczną świadomość.

Jego przetrwanie to pieśń, co służy
Całemu organizmowi.

Nie jak samolubna komórka rakowa

Co odbiera innym komórkom

Czego do życia potrzebują, kryminalista
Mikrożycia.

Potencjalny człowiek, samopowstający jako początkowy

, ) człowiek,
Otrzymuje wsparcie — tak, wszelkie wsparcie — w samym
Łonie matki.
Pokarm, ciepło, tlen,
Materiał
Do budowy zgodnie z wcześniej określonymi planami

w genach.

Pływa, nasłuchuje, kopie
By zyskać Lebensraum do zmobilizowania mięśni.

Bolesne narodziny, olbrzymia zmiana
Bez schronienia, ciepła, tlenu.

Teraz musi zacząć oddychać

Bo życie to oddech.

25

Zarabiasz na chleb, tworzysz wiasne 1de€
I zajmujesz miejsce z równymi sobie.
Jesteś dorosły

Reagujesz na istnienie

Nie obciążasz innych.

Nie jesteś neurotykiem, który żąda
Wsparcia z zewnętrznych źródeł.

26

Myśli, że bez pomocy przepadł.

Wciąga ciebie, wykorzystuje

Nie bacząc na twe żądania.

Manipulacja innymi to sztuka

Którą on wcześnie nabywa.

Odgrywa pewne role, wybrane dobrze

By zdominować innych, którzy mu wierzą.

Tworzy postać, która stuprocentowo

Każe ci wierzyć w jego szczerość

Gdzie baczne oko, nawykłe do wybornych sztuczek
Widzi tylko fałsz.

27

(Zasady psyche-oddechu nazywają się Psychologica)
Pojawia się pierwsza potrzeba wspierania siebie
Chcesz żyć, więc oddychaj,

(Sinica to ten impas,

Który tworzy się po wielokroć później) bo przyjdzie
Śmierć, jeżeli nie zaryzykujesz

Samowspierającego oddechu.

Krzycz z bólu, bo krzyk to oddech

By pokonać impas.

I przychodzi rozwój. Więcej samo-

-Wsparcia, więcej samo-wsparcia, więcej samo-wsparcia
Zastępuje zewnętrzną pomoc.

Wsparcie z zewnątrz znika.

Uczysz się chodzić, nie jesteś noszony
Bawisz się dźwiękami, potem słowami
Porozumiewasz się, wyrażasz siebie.
Napadasz na lodówkę, jeżeli cię nie nakarmili.
Wybierasz przyjaciół, jeśli miłość znika

Neurotykiem nazywam tego

Kto wykorzystuje swój potencjał do
Manipulowania innymi

Zamiast dorastać samemu.

Przejmuje kontrolę, szaleje od władzy

I mobilizuje przyjaciół i krewnych

Tam, gdzie jest impotentem

I nie korzysta z własnych Zrédet.

Czyni tak, bo nie zniesie

Takich napięć i frustracji

Które towarzyszą dorastaniu.

I: podejmowanie ryzyka też jest ryzykowne
Zbyt przerażające, by je brać pod uwagę.

CB
I

_)
V =

T / ( S
( x

28

FĄ L L
T

W co graja twoi pacjenci?

Jakie wybierają role?

Najczęściej w gry uzależnienia:

— Nie mogę żyć bez ciebie, mój drogi.
Jesteś taki wspaniały, mądry, dobry.
Rozwiązujesz moje problemy za drobną opłatą
A jeszcze lepiej, za to, że mnie lubisz. —
Gra w „jaki ja biedny” podobno
Sprawdza się też

Gdy trzeba stopić serce odległe

Okrutne i niechętne;

Niech poleją się tobie rzęsiste łzy

Mój ty spryciarzu

Aż rozpuści się maskara i rozmaże
Twoją fotogeniczną urodę.

Szantaż to następna:
— Nienawidzę cię, zabiję się.
Zostanę odkupiony, a ciebie czeka paskudna reputacja. —

Przeniesienie odpowiedzialności to fajna gra
Którą można grać wiecznie.

— Doktorze, widzę w panu mego ojca
Będziesz kochany i mądry.

Co on zrobił i czego nie zrobił!

Co powinien zrobić i czego nie powinien!
Co pamiętam lub czego zapomniałem...

Dlz.lczego pieprzyłem się z moją matką?
Leżę na tej twojej wspaniałej kozetce

GI

29

mnievi, ri‘nam nadzieję, dla was ta-kże.
Nie popychaj rzeki, ona płynie sama.
Teraz jestem zmęczony. Spotkajmy się kiedyś ni

rozmawiajmy o impasie...

edługo i po-

2

,
:% ) =
s 'ua@,„›.//

i iedzi jani j horym
ie kiedyś dowiedziałem, Rosjanie nażywają to/c .
e icy tkwi jądro, którego nie

punktem. Twierdzą, że w centrum nerwi .
da się leczyć. Jednak energie wokół jądra moż:

i zmusić do społecznie pożytecznej pracy.

30

na zreorganizować »

DŁYŁWCSVIUIY MIeGY VIBA pCWIIUbLI siLuUiv Wylll'dgul Wbpallild 5U-
dowiska w postaci pensji.

Uznaję nerwicę za symptom niepełnej dojrzałości. Mogłoby
to oznaczać przejście z medycznego do pedagogicznego punktu
widzenia, a to obejmowałoby reorientację nauk behawioralnych.

Domaganie się przez Lawrence'a Kubiego nowej dyscypliny,
nie doktoratu z medycyny czy psychologii, ale integracji podsta-
wowych kursów w medycynie, psychologii, filozofii i pedagogi-
ce, to wskazanie właściwego kierunku.

Jeżeli kiedyś stanę się „świętą krową” i ludzie będą mnie
słuchać, z pewnością będę zalecać taką dyscyplinę tak samo,
jakbym promował społeczności gestaltyczne jako skuteczne spo-
soby produkowania realnych ludzi.

Podczas moich doświadczeń z warsztatami nabrałem przeko-
nania, że w takim miejscu, pod adekwatnym przewodnictwem,
uczestnicy mogliby w ciągu kilku miesięcy odkryć w sobie po-

31

Przez lata, dekady i wieki

(Powinienem tyle przeżyć!)

Unikam dotyku i spotkania z tobą

Zatem oboje odgrywamy nieporuszonych
Symbolami, zrozumieniem i tabu. —

Naprawdę zaczynam się sobie podobać.

Szczególnie pisząc tę winietę atakującą psychoanalizę.
W końcu, Freudzie,

Dałem ci siedem najlepszych lat mojego życia.

Niepokoję się. Czuję podniecenie z pisania wierszem. SZCZe-
gólnie ten ostatni zblizony jestdo szczytowania. Jest jeszcze wiele
gier i ról do opisania. Ev Shostrom w Man the Manipulator i Eric
Berne w Games People Play szczegółowo opisali ten temat.

Oczywiscie jako miody człowiek w Niemczech pisywałem
wiersze. Od roku 1934, kiedy zacząłem mówić po angielsku,
bardzo rzadko mam kontakt z poezją. Teraz fascynuje mnie
zabawa z rytmem i szukaniem słów pasujących do rytmu, które
nie sa toporne, a jednocześnie wyrażają coś, co ma znaczenie dla

Amerykar"nska psychiatria nie przyjęła ani nie uznała chorego
punktu, pomimo że przy istnieniu wieloletnich terapii, wedłu,
o!(oło stu różnych szkół, rzadko dochodziło do pełnego ;vyleczeg-
nia nerwicy.

W za%ędzie pacjent ma się coraz lepiej, ale praktycznie utrzy-
muje swój status quo. Możliwe, że nerwica to społeczny symptom
chorego s.połeczeństwa. Możliwe, że dla większości terapeutów
stosowanie Fefapii jest raczej symptomem, a nie powołaniem: że
uzewnętrzniają swoje trudności i pracują nad nimi w in , ch
osobach zamiast w sobie. wm
, F_akty?znie wielu z nas widzi drzazgę w cudzym oku, a w swo-
im nie widzimy kłody. „Jeśli wpadły ci muchy do oc'zu to nie
widzisz much w oczach” (Paragraf 22). '

_ Możliwe, ż.e nerwica błędnie brana jest za problem medyczny.
że u;nawęna jest za chorobę raczej niż uznawanie choroby z;
neleŚę% że odgrywanie chorego to jeden z wielu sposobów,
w jaki ci, którzy nie czują się bezpiecznie, manipulują światem,
To częstoPyło określane „lotem w chorobę”, a różnica migdz, ,
chqroł?ą nerwicą a symulanctwem jest bardzo mała. Jako psychia)-/
tra wojskowy miatem wiele okazji studiowania tych przypadków

ir ZE 4 : A LRT *
b eee S Ł z 1 .
NT

tencjał aktualizowania samych siebie jako odpowiedzialnych,
wiecznie dojrzewających ludzi i wyjść z tego impasu, który
blokuje wszelkie szanse takiego osiągnięcia.

Impas zamanifestuje sam siebie na różne sposoby, ale w każ-
dym przypadku zostanie uziemiony w fantastyczne (oparte na
fantazji) zniekształcenie ważnej rzeczywistości. Nerwicowiec nie
widzi tego, co oczywiste. Stracił zmysły. Zdrowa osoba ufa
swoim zmysłom, a nie pojęciom, uprzedzeniom.

'W Nowych szatach cesarza Andersena wszyscy inni są zahi-
pnotyzowani, ale dziecko nie ma deluzji. Dla niego cesarz jest

nagi.

Dorośli złoszczą się i syczą:

  • Jak możesz być tak bardzo krnąbrny?
    Wszak piękny jest cesarski strój.

Ty mały głupcze, tylko spójrz.

Malec zbzikował, świat mu się wali.
— Jak teraz ufać mam zmysłom własnym?
Jak nie ujrzę, koniec z kochaniem.

32

A bardzo mi potrzebne jest.
Więc przełykam z trudem tę lekcję
I obym już przystosować się umiał. —

Ą przecież mogło być zgoła inaczej

(Któż zgłębił zasady powieściopisarstwa?)
Jeżeli dziecię okrzyk wzniesie

„Ten krol, o, przecież król jest nagi!”
Marsowa mina ani skarga

Nie stłumi dziecięcego wrzasku

I zedrze głupcom maski z lica

Tym co przystają na oszustwo

Och, wstyd, upadły królu, wstyd

Oszuście oszukańczy oszukany!!!

Widzę, że rytm naprzemienny nie wystarcza. Musi być tema-

tyf:zny fuch muzycznie powiązany z wersami. Od czasu do czasu
widzę, że to naprawdę się dzieje.

Bo wiersz powinien być jak song
Co niesie się doliną
Dźwięcznie niczym chiński gong.

Nęstępna linijka nie chce się pojawić. Ja sam to moje gryzmo-
ły! Nie chcę tracić czasu na próby i dopasowywanie słów. Nie
chcę pracować w mozole nad tym, by forma przerosła treść. Nie
chcę stworzyć impasu, przyznając się do ambicji.

Nie będzie mi przeszkadzał akcent
Kiedy oddam się pisaniu

A gdyby krytyk zabrał głos
Szykanując i podgryzając

Pokażę ja mu piekło

Bo aż świerzbi mnie

Zeby pokazać mu jak

Umiem nieźle się pieklić.

33

Fritz (buńczucznie): No to co? Zaprzeczam samemu sobie
i bawiłem się w dobieranie rymu.

Świadomość to podstawa
Pojęcie uniwersalne.
Dlatego mamy je aż dwa
I oba rozdzielone:
To „przestrzeń” co pokrywa całe „gdzie”
I „czas” co odpowiada wszystkim „kiedy”
Minkowski-Einstein pojednali je
Gdyż proces zawsze przecież
Trochę trwa i ciągnie się.

Dodawszy teraz też świadomość
Pojawia się tu wymiar trzeci

Co materię definiuje i twierdzi:
„Akceptuj nowy wymiar”:

Proces który jest „samo”-świadomy.

Jak węgiel nie odbija światła

Lecz mieni się jak bursztyn

Co świeci własnym blaskiem z wnętrza
Co płonie i ginie w transformacjach.

34

(E = mMelFRT z.))

I tak materia w moich oczach
Nabiera boskich związków.
Ityija,ijaiTy

To związek śmiercionośny;
Bierzemy udział, istniejemy
W naturze iście buddyjskiej

Bóg potrójny jest regułą

On siłą jest tworzącą

Wszelkich rzeczy we wszechświecie.
To jest prima causa świata.
Rozciąga się po wieczność

I wiecznie rośnie, nieskończony;
Wszystkowiedzący, a więc wie

O wszystkim, co do poznania jest.

Zatern materia także wieczna jest
Przestrzeń nad przestrzenie

A czas wiecznością zowie się...
Jeśli na kawałki nie potniemy
Zegarem ograniczonym

By mierzyć jego trwanie.

Gdy Berkeley-Whitehead powiedzieli:
Materia ma świadomość

Wiemy na pewno, ze tak jest

I to udowadniamy.

Szczura uczymy orientować

Się w krętych labiryntach.

Li 8

36

A wtedy ów pokaże jak ma kumpel też to robić
Co użyteczne dla gryzonia jest...

I to zadziwi wnet

Studenta behawioryzmu młodego.

A potem zmiel szczura mózg
I nakarm nim pobratymców.
Zdobędzie wiedzę o materii.

I bez zbędnego trudu

Prób i błędów.

To warunkowanie takie nudne
(Kij i marchewka na okrągło).

Drzewo sobie rośnie

Rozciąga swe korzenie

Ku soczystemu nawozowi.

Wykop to kuszące jadło

I schowaj w jakimś innym dole.

A potem patrz, jak się gną korzenie.
Namiary poprawione!

Nie można tego wytłumaczyć

I nazwać zwykłą „mechaniką”.
Tropizm wyczulony

Żywa świadomość swoich potrzeb
To jest właściwa nazwa.

Sprawności tyle dziedziczymy

Od przodków, których już nie znamy.
A umysłi materia jednoczą się

'W organizmie.

Molekuła będzie mieć
Drobniutki, mały kwant
Miliardowa część miliardowej.
Świadomość jednak nie da się
Tak dokładnie zmierzyć.

Ssaki posiadły takie miejsce

'W którym świadomość kondensuje się:
To mózg, gdzie różnorakie nerwy
Przekazują tę świadomość
Świadomość doświadczeniem jest...

A doświadczenie świadomością,

Bez świadomości nie ma nic
Nawet wiedzy, że nic nie ma.
Nie ma przypadkowych spotkań

Czegokolwiek z czymkolwiek
Iczucia, że zmysłom miejsca brak
By zdobyć zawartość

Przedmiot i podmiot

Nie mogą złączyć się.

Świadomość jest subiektywna

Obiektywna jest „co-ność”.
I wszystkie media świata

37

38

Tak pojawia się sedno nauxi

Jak jednostka zjawisk Husserla

1 odkrycie Ehrenfelda:
Niezmienne zjawisko z wszelkiej
Świadomości, tej, którą nazwał

I my nazywamy

GESTALT

Filozofowanie to nuda

I nie zaprzeczaj temu.

I jeśli przebrniesz przez to wszystko

O czym prawiłem w poprzednim rozdziale
To należy ci się wyjaśnienie

Tego, co niejasne; co nie pasuje

Gdzie powstają dziury i niekompletna
Konceptualizacja wymaga naprawy.

Co obejmie składnie
Sfery i rzeczy, uczniów
Umysł, i ciało, medycynę
I dorastanie.

Filozofia

Która ogarnie ludzkość

I wszystko.

Taka jaka jest

Teoria

Nicości lecz świadomości

Okazała się skuteczna.

Nie mogę rzucić „do diabła z tym”

Gdy wyjawiłem tę ideę

W tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim.

39

Wzrok, dźwięk, myśli i dotyk
Oparte są na wspólnym gruncie,
Który, denominując, obwieszczam:
Środkiem nad środki

Jest nic tylko świadomość

Która rozróżnia — jak oczy i uszy
Jak kinesteza i jak dotyk

I pachnie-śmierdzi-pachnie.

Wszechobecność Boga

To odzwierciedlenie świadomości.
Doświadczenie jako zjawisko
Pojawia się zawsze w teraz

I jest dla mnie prawem.

Prezent prezentujący prezencję

Pewność, która prawdziwie wyraża rzeczywistość.

Rzeczywistość jest niczym innym
Tylko sumą wszelkiej świadomości
Której doświadczasz tu i teraz.

Bo jestem uprzedzony i, jak ty,
Perspektywę mam niekompletną.

I słabą mam nadzieję, że uda mi się
Stworzyć pogląd taki,

Lecz grupa niejedna się utworzyła
O wielu śmiesznych nazwach

To grupy T i grupy spotkań

I świadomość sensoryczna.
Laboratoria i inne szufladki

By uczyć

Tralaritata, wyczulenia, wyczulenia.
(T brzmi niczym silnik...

Muzyka go zagłusza

Poważna dyskusja).

Nie są z nich cymbały, chcą dobrze

Nie zawsze ślepi naśladowcy, fragmentarycznie zorientowani.

Nie można na nich się pieklić

Za to, że składają części niepasujące
Do dorastania i do całości

Przez co omijają ważne stadia

'W drodze do celu terapeutycznego:
By skupić swe istnienie.

Bez środka rozpaczasz

On nie ma środka, on ma śmierć,
Katatoniczne odrętwienie.
Potrzeba mu podniety, artefaktów
Bez względu na to, w jakiej sferze
Wysokiej czy też niskiej klasy
Spędza swe istnienie.

Bankierowi trunku trzeba

TEi

i

40

Że realny kiedyś byłeś.
Pustoczłowiek naszych czasów
Plastikowy robot, żywy trup
Odnajdzie tysiąc sposobów

Na samozniszczenie.

Bez środka jesteśmy zagubieni,
Kuśtykamy bez przystanku.

Tak: nieświadomi, bez wyważonej łaski
Tak: galaretka i zesztywnienie

Frazesy i zwodniczość

Typowe są dla człowieka współczesnego

Lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku.

ZUppiwowi umunu'dny

By ich nakręciło i zapomnieli
Że zdrowy środek

Da im wystarczająco silne podniecenie
By żyć

(By żyć)

I tworzyć

(I tworzyć)

I być realnym

(Realnym)

Inaczasie

(Na czasie)

Icały czas

Z pełną świadomością.

41

  • SE

runkowywanie, w

zakuwanie i powtórki.
Przez całe zycie nienawidziłem drylu, nadmiernej dyscypliny

i nauki na pamięć. Zawsze ufałem w odkrywanie, wznosząc
okrzyk „aha!”, i szok rozpoznania.

Nawet teraz w prozie rzeka nie płynie. Siedzę przy biurku,
a zdania, zamiast spontanicznie płynąć, kotłują się: „Co powie-
dzieć?”, „Jak powiedzieć?”. Innymi słowy, znowu utknąłem —
nie wiem, do kogo się zwracać, straciłem kontakt, zbyt wiele
pomysłów, wszystkie potrzebne, by skończyć strukturę, podej-
ście, jakie przedstawiam.

Mam sporo nie dokończonych rękopisów. Za każdym razem,
kiedy utknąłem w niespójności, wyrwie w mojej teorii, rezygno-
wałem z próby pisania książki.

Lecz teraz wierze, że jest kompletna, tak jak mnie na to stać.
Wierzę, że jest to praktyczna teoria stosowna do naszego wieku.

uczenie się przez odkrywanie, a nie przez

42

M\l_y}yl\u.vvauv Jal\lJ HILWIAOLIWL, JaAKUO Sy olCIHIL UAICLUINIRUWAallc
na historię. Nawet jezeli tysiąc analityków zacznie korzystać z tej
metody, to nie sprawi to, Ze stanie się ona właściwa. '

PF›przez zrozumienie zmiennej natury organizmu i jej zalez-
ności qd praw dynamiki gestaltu postawiłem następny krok po
Freudzie w historii psychiatrii i nosi on miano efektywności P

Jaki bedzie trzeci krok, nie wiemy, ale mam juz pewne w;)]ne
przemyślenia co do tego. Podzielę się z wami moimi fantazjami
na ten-temat. Wszystkie teoriei hipotezy są fantazjami o modeJ] ach
funkcjonowania świata. Kiedy zostają zweryfikowane i zastoso-
wane w fizycznej rzeczywistości, same przyjmują charakter rze-
czywn/stpści. Stąd „nieświadomość” i „libido” są tak samo rzeczy-
wistością ąla freudysty jak „łuk odruchowy” i ,,bodziec—reakcjz),"
d!a} beh.awxorysty. Terminy te stają się określnikami wiary. Wąt-
pić w ich rzeczywistość, zakrawa na bluźnierstwo. To ~ samo
dotyczy mojego nastawienia do terminu „gestalt”.

43

Ostatnie dwa ustępy powstawały z wielkim trudem. Rzeka
przestała płynąć. Musiałem wrócić i „pracować” nad nimi rozmyśl-

nie; chociaż ostatecznie ubawiły mnie dwa przykłady świadomo-
ści materii. Docinanie behawiorystom. Sam jestem behawiorystą,

ale w innym sensie.

Rardziei wierze W powtórne uwarunkowywanie niż w uwa-

, quzc we Freudzie Edisona psychiatrii, zmieniającym podej-
ście opisowe na dynamiczne i od niechcenia, Prometeusz:i LJ
cyfera, niosacych światło. B
Zg czasów Freuda bogowie, jako manipulatorzy świata, prze-
kazali sx,v,ą magiczną moc siłom natury: gorąco, grawitację' Żlek-
tryczność. Sam Freud stał się niewolnikiem tej przemiany') Eros
potęga m1?0śc~i, i Tanatos, potęga odwróconej destrukcji .Zain:
teresowanie fizycznym aspektem życia zaczęło zastępo;)vać to
duchowe, tak jak w filozofii materializm dialektyczny Mark
zastąpił dialektyczny idealizm Hegla. Y
W nas;ych czasach wydarzyło się coś wielkiego, porówny-
walnego i podobnego do unifikacji bogów przez M,o'żesza ”
n'astame elelktroniki. Atom, materiał budulcowy w chejmii stz;
Sfl przysta:,łą wszelkiej energii. Pojęcie przypadkowości, p:)j ęcjie
i;mzru;z;ź::;”.runęło, ustępując miejsca zgłębianiu procesu i stru-
Zamteresowania naukowe przenoszą się z historii na zacho-
wanie ma:terii lub — jak w naszym przypadku — na „proc
i struburg ludzkiego zachowania”. Nie odkrycia Freuc,l,: lees
jego filozofia i technika stały się bezuzyteczne i muszą źost:(ZS

P PR o et e b

Teraz moja fantazja o trzecim kroku kieruje się ku psychoana-
lizie i praniu mózgów. Szokujace, prawda? Przywykliśmy do
równania: pranie mózgu równa się propagandzie indoktrynacji,
zatem kłóci się z moim przekonaniem do autentyczności i spon-
taniczności. Lecz poczekajmy chwilę, wstrzymajmy oddech. Pra-
nie to oczyszczanie — pranie mózgu z wszelkiego umysłowego
błota, jakie z sobą nosimy. Dla indoktrynatora oznacza to jedynie
wyczyszczenie do cna, dla wpisania nowego przekonania. Dla
niego oznacza to wypędzenie diabła, aby zrobić miejsce dla
Belzebuba. Nie ku Freuda i mojej uciesze.

I znowu Freud zrobił pierwszy krok. Uświadomiwszy sobie,
że pacjent nie ma kontaktu z rzeczywistością, utraciwszy zdol-
ność bezkonfliktowych relacji zeświatem, uświadomiwszy sobie,
że coś pośredniego zakłóciło związek ze światem, nazwał ten
niepokojący czynnik „kompleksem”. Na przykład, mężczyzna
nie może spać z własną żoną ze względu na podświadome fantazje
na temat swojej matki.

Freud śnił o praniu mózgu, uświadamiając sobie sytuację
Edypa i „analizując” ją, co dla niego oznaczało uświadamianie
sobie „zapomnianych” wspomnień związanych z manią pacjenta.

o tednowtanwierzyć nodeirzliwy Freud zaufał ulotnym

gadania, gadania, myśli, słów, słów, słów, dwadzieścia cztery
godziny na dobę.

Czy nadal jesteście przeciwni praniu mózgów?

ANAN

|

mm z nni A TS

RZ TTT TE _

wspomnieniom. Z własnego doświadczenia wszystkie te „urazy
wytwarzające nerwicę” okazały się wymysłami ad hoc pacjentów
dla usprawiedliwienia. To, co Freud nazywa „kompleksem”, ja
nazywam silnym, patologicznym gestaltem. Zawsze, kiedy ktoś
traci kontakt ze światem, powstaje rodzaj ziemi niczyjej, strefy
zdemilitaryzowanej, zamieszkanej przez wielkie siły, które roz-
dzielają „siebie” i „odmienność”. Obie strony, ja i odmienność,
łączą się tylko z tym, co przejściowe, a nie z sobą.

Nie dochodzi do twórczego spotkania. Jeżeli nakładasz ma-
skę, nawiązujesz kontakt z wewnętrzną stroną maski. Każdy, kto
spróbuje dotknąć ciebie dłońmi lub wzrokiem, nawiąże kontakt
jedynie z maską. Porozumiewanie, podstawowy związek między-
ludzki, jest niemożliwe.

Ta przejściowa strefa pełna jest uprzedzeń, kompleksów, im-
pulsów, myśli, myśli, gadania, gadania, gadania, myśli, myśli,

44

57

nia nie pomagają specjainie w zrozumieniu. INI€ mogę ddt Wdrl
tego; możecie wziąć to, co oferuję, ale czy znam wasze apetyty?

Kiedy mogłem pisać wierszem, wiedziałem, że spodoba się
wam płynięcie z prądem; wiedziałem, że coś przekażę, nastrój,
sedno, nawet małą grę słów.

Nadal tkwię w tym i zamierzam przebrnąć przez ten impas.
Zbyt łatwo ulegam chęci poddania się i rezygnacji. Jednak zmu-
szenie siebie do zrobienia czegoś wbrew skłonnościom też się nie
sprawdza. I tak zawieszony między Scyllą a fobią, unikiem,
ucieczką, a Charybdą ciężkiej pracy, obowiązku i wysiłku, cóż
mam począć?

Nie byłbym fenomenologiem, gdybym nie przewidział oczy-
wistego, to znaczy doświadczenia wciągnięcia w bagno. Nie
byłbym gestaltystą, gdybym nie potrafit doświadczyć utknięcia
w bagnie i zachować pewności siebie, że z chaosu tła wyłoni się
jakaś postać.

46

T 12
r %'7

Jaki rodzaj wbudowanej samokontroli posiada organizm; jaki
rodzaj samoregulacji umożliwia organizmowi, tym niezliczonym
milionom komórek, współpracować harmonijnie? Aż do epoki
mechanicznej dychotomia organizmu była idealna. Człowiek
dzielił się na ciało i duszę. Dusza miała oddzielne istnienie, często
nieśmiertelne, często poprzez ponowne narodziny wchodziła
w inne ciało, by nad nim zapanować. Kiedy sobie biologicznie
uświadomimy, Ze to, co nazywamy Zyciem, jest specyficzną
funkcją organizmu i że dowolny przedmiot pozbawiony tej funk-
cji klasyfikujemy jako martwy, jako rzecz, doszło do pewnych
teoretycznych przesunięć. Dlatego właśnie dychotomia nie zosta-
ła wyeliminowana, ale przesunięta gdzie indziej, gdzie akcepto-
wali ją zarówno naukowcy, jak i laicy, do dychotomii umysłu

47

J uwaga! Temat wyłania się. Organiczna samokontrola kontra
dyktatura. Dynamika tworzenia gestaltu kontra narzucanie z góry
prefabrykowanych celów. Dominacja życia kontra bicz moral-
nych uprzedzeń, zaplanowany potężny przepływ organicznego

"
s>

  • A
    Z ‘S
    @ zaangażowania kontra ciężar powinności. Wracam do ludzkiego
    V podziału: zwierzę kontra społeczeństwo; spontaniczność kontra

fié m rozmyślność.
_ : N
| / vz%g

wi

, Jestem dość zdesperowany tym rękopisem. Mam obraz, spo-
) glądając na kilim, już nieomal catkowicie utkany, a jednak nie
potrafię przenieść całego widoku, całkowitego gestaltu. Wyjaśnie-

i ciała. Funkcjaciała jest ttumaczona przez kilka częściowo sprzecz-
nych teorii: od mechanicznego łuku odruchowego na wzór automatu
wrzutowego na monety (to ten fragment z bodźcem-reakcją) do
mnogości biochemicznych reakcji, do kilku tajemniczych ele-
mentów zarządzających regulacją, utrzymaniem i celowością ży-
cia. Absolutność teorii bodziec-rekacja została obalona przez
Kurta Goldsteina. Chemiczny aspekt to jedna z kilku możliwych
abstrakcji, bardzo interesująca i ważna, ale jak do tej pory nie
potrafiąca wytłumaczyć teorii instynktu.

Coś jest nie tak z teorią instynktu, w innym razie nie mieliby-
śmy tak wielu autorów zajmujących się wagą i różnorodnością
rozmaitych „instynktów”.

Znowu zbaczam z tematu. Zamiast zapisać własne myśli
i doświadczenia, zachowuję się, jakbym chciał napisać podręcz-
nik i ułożyć, posortować, zreformułować, wyklarować problem.
'W zasadzie sprawę instynktu opisałem w roku 1942. Moje obecne
zmieszanie bierze się z pytania, czy mogę przypisywać sobie
oryginalność mojej teorii „braku instynktu”, jakby miało to jakieś
znaczenie.

Książkę, którą napisałem w 1942, zatytułowałem Ego, Hun- |

ee ł Anrenesina Erh olid 5 orracinyY ftyvtuł manrawda

freudowski stał się bardziej zrozumiały. A przynajmniej nie robił
tego,co robił Fenichel i inni: nie wykonywał intelektualnej żonglerki
z „uśpioną, negatywną kontrtransferencją”, „infantylno-zmysłową
sublimacją” itd., przedstawieniem, od którego zazwyczaj kręciło mi
się w głowie i którego nigdy nie potrafiłem powtórzyć. Nic dziwne-
go, ze Fenichel często niecierpliwił się za moją przyczyną.

Trudno jest sobie wyobrazić większy kontrast między naszym
życiem w Amsterdamie a tym rok później w Johannesburgu.
W kwietniu 1933 roku przekroczyłem granicę niemiecko-holen-
derską ze 100 markami (25 dolarów) ukrytymi w zapalniczce.
W Amsterdamie mieszkałem razem z innymi uciekinierami
w domu zaoferowanym przez gminę żydowską. Byliśmy upchani
jak śledzie w beczce. Oczywiście panowała przygnębiająca atmo-
sfera. Chociaż deportacje jeszcze nie nabrały rozmachu, to mocno
wyczuwaliśmy niebezpieczeństwo. Podobnie jak większość pierw-
szych uciekinierów z Niemiec, byliśmy wyczuleni na wojnę
i przygotowania obozów koncentracyjnych.

Pomimo że Lore z naszym pierwszym dzieckiem znalazła
dom u jej rodziców, nie byłem pewien, czy jesteśmy bezpieczni,

gdyż moje nazwisko znajdowało się na czarrej liście nazistów.
Proviechali Ar HnolonAMii Lilbo miaciany mZŹNIA! RnU I

SY r el e Mt NY UM BWJG NJD A 2

niezdarny. W tamtym okresie chciałem nauczyć się pisać na
maszynie. Po kilku latach ćwiczeń znudziło mi się. Postanowiłem
więc, podobnie jak z niniejszą książką, napisać cokolwiek, co

chciałem, by zostało napisane. Po dwóch miesiącach cała książka |

była skończona i bez specjalnej redakcji wydana w Durbanie,
w Republice Południowej Afryki.

Do Republiki Południowej Afryki przyjechałem w roku 1934.
W 1933, kiedy nastał Hitler, uciekłem do Holandii, co przerwało
moje kształcenie jako psychoanalityka. Moim analitykiem był
wówczas Wilhelm Reich, a opiekunami Otto Fenichel i Karen
Horney. Fenichel dał mi zagubienie; Reich — hardość; Horney
— ludzkie zaangażowanie bez terminologii. W Amsterdamie
moim zwierzchnikiem był Karl Landanner, inny uciekinier, psy-
choanalityk mojej żony we Frankfurcie w Niemczech. Był to
człowiek niezmiernie ciepły, który robił wszystko, aby system

48

E ) PJ Stidivaliod i)y uadv

. mieszkanie na poddaszu i w kompletnej nędzy przeżyliśmy na-

stępne kilka miesięcy.

Tymczasem starałem się jak najlepiej wykorzystać charyta-
tywność, ciągle pamiętając dwie osoby. Jedną z nich był aktor,
w zasadzie aktorzyna. Zwracał na siebie uwagę jedynie pewną
prawdziwą umiejętnością. Potrafił wypierdzieć całą melodię. Po-
dziwiałem tę jego zdolność i poprosiłem go kiedyś, by powtórzył
swoje przedstawienie. Wówczas wyznał, że dzień wcześniej musi
najeść się fasoli lub kapusty. Drugą osobą była młoda mężatka,
dość ekscentryczna i histeryczna. Przez pewien czas byłem jed-
nym z jej dwóch kochanków. Nie wspominałbym jej, gdybym
w pewnym okresie życia nie stał się naprawdę przesądny i nie
uwierzył w coś nadprzyrodzonego — w potęgę „minogry”.

Moja minogra to japońska statuetka z brązu, wysoka na dwa-
dzieścia pięć centymetrów, coś między jaszczurką a smokiem.

49

Wtedy postanowiłem pokusić los. Byłem już wtedy przeko-
nany, że ta minogra (minogame) przynosi mi pecha. Podarowa-
łem ją tej złośnicy i, to zbieg okoliczności lub nie, jej bogaty mąż
wyrzucił ją, a do tego miała jeszcze sporo innych kłopotów.

Jednocześnie nasza sytuacja zmieniła się całkowicie. Zupełnie
jakby zdjęto klątwę. Ernest Jones, przyjaciel i biograf Freuda,

50

Sa“]Ul\ble]bq&C_‘ lllCLUuy, Ldllsflllhbll:lul. 4 UKRUWilalesai LUWIIKCZ
własne zażenowanie i nakłaniałem załogę i pasażerów do rozmo-
wy. Później chodziłem na filmy i kilkakrotnie oglądałem ten sam
obraz. Nigdy nie zgubiłem akcentu niemieckiego, czego wstydzi-
łem się bardzo długo, ale nie kłopotałem się lekcjami dykcji.
Później w Ameryce często zaskaki wały mnie różnice w wymowie
amerykańskiej i brytyjskiej. Jak to obwieszczały paryskie sklepy:
„Mówimy po angielsku, amerykański rozumiemy”.

Przywitano nas wylewnie. Otworzyłem praktykę i założyłem
Instytut Psychoanalizy w Republice Południowej Afryki. W ciągu
roku zbudowaliśmy pierwszy własny dom w stylu Bauhausa,
w eleganckiej dzielnicy, z kortem tenisowym i basenem, z nianią
(urodziło nam się następne dziecko), gosposią i dwiema służący-
mi Murzynkami.

Przez następne lata mogłem pozwolić sobie na liczne hobby:
tenis ziemny i stołowy. Zrobiłem licencję pilota. Moi przyjacie-

51

Podarowano mi ją w Berlinie niedługo przedtem, zanim Hitler
doszedł do władzy. Dał mi ją słynny reżyser filmowy jako wyraz
uznania, zapewniając, że przyniesie mi szczęście.

Byłem co do tego sceptyczny. Jemu szczęścia nie przyniosta.
Mnie zdecydowanie też nie. Życie w Holandii było trudne, szcze-
gólnie gdy przyjechała moja rodzina i musieliśmy mieszkać na
tym lodowatym strychu, kiedy na dworze było poniżej zera. Nie
mieliśmy zezwolenia na pracę. Kosztowne meble, które ostatecz-
nie udało się nam wydostać, przyjechały w otwartym wagonie,
mocno zniszczone od deszczu. Pieniądze za meble i mój księgo-
zbiór nie wystarczyły na długo. Lore miała skrobankę, a po niej
depresję. Na dodatek, młoda kobieta, o której wspominałem,
zaczęła sprawiać kłopoty.

Ą 71

wykonał znakomita pracę dla prześladowanych żydowskich psy-
choanalityków. W Johannesburgu proszono go o stażystę-anali-
tyka. Posadę dostałem ja. Nie prosiłem o żadne gwarancje. Nie
tylko chciałem uciec przed tą desperacką sytuacją w Amsterda-
mie. Przewidywałem także przyszłość. Powiedziałem przyjacio-
łom: „Nadciąga największa wojna świata. Nie ma takiego miej-
sca, dokąd moglibyście uciec z Europy”. Wtedy myśleli, że
zwariowałem, ale później gratulowali mi wyczucia.

Inna przeszkoda, dwieście funtów jako gwarancja za emigra-
cję, cudownym sposobem została wkrótce pokonana. Dostaliśmy
pożyczkę, która pokryła to plus koszt podróży.

Ostatnią przeszkodą była bariera językowa. Pozałaciną, greką
ifrancuskim uczyłem się trochę angielskiego w szkole. Uwielbia-
łem język francuski i byłem w nim niezły, ale nigdy nie przepa-
dałem za angielskim. Teraz musiałem się go nauczyć, i to szybko.
Zaatakowałem go na czterech frontach. Podczas trzytygodniowe-
gorejsu na „Balmoral Castle” czytałem każdą łatwą i ekscytującą
powieść, jaka wpadła mi w ręce, na przykład kryminał. Czytałem,
nie martwiąc się detalami, domyślając się z kontekstu, co się
dzieje. Studiowałem także gramatykę i słownictwo za pomocą

D LL „Z e

T . R ĄŁ

e ŁI

le lubili ze mną latać, chociaż Lore qigdy mi nie ufała. Moją Wpadłem w pułapkę skostnienia psychoanalitycznego tabu:
najw1ększą_ rafio;cnq było, kred)/ sam pnloth&_/ał(;m SamOIOI›-WY* dokładna pięćdziesięciominutowa godzina, żadnego fizycznego
łączałe'rr-l silnik i w cudownej samotności i ciszy schodziłem kontaktu wzrokowego i społecznego, żadnego osobistego zaan-
lotem ślizgowym. gażowania (kontrtransferencja!). Osaczyły mnie wszystkie atry-
buty prostolinijnego, szacownego obywatela: rodzina, dom, służ-
ba, zarabianie większej ilości pieniędzy, niż mi było potrzeba.
Pochwyciła mnie dychotomia pracy i zabawy: od poniedziałku do
piątku kontra weekend. Właśnie wyplątałem się ze złośliwości
i zbuntowania, aby nie stać się zautomatyzowanym zombi jak
większość ortodoksyjnych analityków.

Mieliśmy także bardzo rozległe lodowisko. Jakże ja uwielbia-
łem tańczyć na lodzie. Obszerne, zamaszyste ruchy, gracja i rów-
nowaga... temu nic się nie równa. Nawet zdobyłem medal w pew-

lIyUll ZŁAWVPUGAaLII.
Wycieczki na pełne morze, pływanie w Oceanie Indyjskim,
mnogość zwierząt do obserwacji w naturze, kręcenie filmów na

skromną skalę, reżyserowanie sztuk (studiowałem u Maxa Rein- |

hardta) i wydobywanie z amatorów, co się da, wizyty u szamanów,
opracowywanie wynalazków, nauka gry na altówce, dorobienie
się kosztownej kolekcji znaczków, przejście kilku zadowalają-
cych romansów i paru niezbyt zadowalających, zawiązanie cie-
płych i trwałych przyjaźni.

Jakaż różnica w porównaniu z naszym poprzednim życiem.
Zawsze zarabiałem dosyć pieniędzy, aby związać koniec z koń-
cem, i zawsze byłem zaangażowany na wiele sposobów, ale nigdy
nie do tego stopnia. Była to eksplozja aktywności, zarabiania
i wydawania pieniędzy. Lore nazywała mnie skrzyżowaniem pro-
roka i menela. Zdecydowanie pojawiło się niebezpieczeństwo
utraty obydwu.

52

TR A(Ay ÓY

Pierwsza przerwa nastąpiła w roku 1936, roku wielkich na-
dziei i wielkich rozczarowań. Miałem wygłosić odczyt w Czecho-
słowacji na Międzynarodowym Kongresie Psychoanalitycznym.
Chciałem wywrzeć wrażenie za sprawą samodzielnego pilotazu
i artykułu przesączonego Freudem.

Zamierzałem przelecieć 4000 mil ponadcałą Afryką... pierw-
szy latający psychoanalityk. Znalazłem używaną Gypsy Moth,
która latała sto mil na godzinę. Kosztowała dwieście funtów, ale
ktoś się wtrąciłi mnie przelicytował. Zatem to zostało wyelimino-
wane i musiałem płynąć statkiem.

Artykuł, jaki przedstawiłem, dotyczył „oralnych oporów”,
i nadal napisany był w terminologii freudowskiej. Spotkał się
z głęboką niechęcią. Werdykt: „Wszystkie opory są analne” za-

53

skoczył mnie. Chciałem rozwinąć teorię psychoanalizy, ale nie
uświadamiałem sobie wówczas, jak bardzo rewolucyjny był mój
artykuł i jak bardzo wstrząsał, a nawet burzył podwaliny teori
Mistrza.

Moi przyjaciele krytykują mnie za polemizujący stosunek do |
Freuda. „Tyle masz do powiedzenia, twoja pozycja jest bezpiecz- |
nie osadzona w rzeczywistości. Po co ta wieczna agresywność

wobec Freuda? Zostaw go w spokoju i rób, co do ciebie nalezy”

Nie potrafię. Freud, jego teorie, jego wpływ sądla mnie nazbyt
ważne. Mój podziw, zmieszanie i mściwość są bardzo silne.
Jestem głęboko poruszony jego cierpieniem i odwagą. Czuję

wielki przestrach przed tym, jak wiele, i praktycznie całkiem sam, 1

osiągnął, za pomocą nieadekwatnych umysłowych narzędzi psy-
chologii asocjacyjnej i mechanistycznie zorientowarej filozofii
Jestem głęboko wdzięczny za to, co osiągnąłem, sprzeciwiając się
jemu.

54

Z TTT
przetrwania gatunku jestto seks. Lecz czy nie jest sztuczne stawianie
jednego przed drugim? Czy gatunek może przetrwać bez utrzymy-
wania osobnika i czy osobnik istniałby bez seksu swoich rodziców?

Wszystko to jest takie oczywiste. Wstyd mi, że o tym w ogóle
piszę. Nie mówiłbym o tym, gdyby nie sugestie, że stanowi to
podstawę nie tylko Marksowskiej, ale i Freudowskiej filozofii.

55

Czasami natrafiamy na twierdzenie, które nagle i niespodzie-
wanie rozświetla ciemności ignorancji jaskrawym błyskiem. Do-
świadczyłem tego jako nastolatek. Schiller, bardzo niedoceniany
przyjaciel Goethego, napisał:

Und so lange nicht Phiłosophy

Die Welt zusammen haelt,

Erhaelt Sie das Getriebe

Durch Hunger und durch Liebe.

(Dopóki nie nadejdzie dzień, kiedy nad światem zapanuje
filozofia, będzie nim rządzić głód i miłość).

Później Freud pisał w podobnym nastroju: „Żyjemy za sprawą
sił w naszym wnętrzu”. Wtedy popełnił straszny błąd, by ratować
swój system zorientowany na libido. Dla niego usta noworodka
miały energię jeszcze nie podzieloną na strefę libido i funkcję przyj-
mowania jedzenia. Praktycznie opuścił drugą funkcję i zajął stano-
wisko przeciwstawne z Marksem. Za główną siłę motoryczną czło-
wieka Marks uznaje podtrzymywanie życia; Freud na pierwszym
miejscu stawia libido. Nie jest to kwestia „to czy tamto”, ale „obu”.

T ettt AanhniLo wiożtno funLnia jact ntryemaonia junrią Ala

Wilhelm Reich sprébowat te dwie rzeczy po*qf:zyé. POpeipii
błąd, próbując te dwa Weltanschanungen łączyć na wyspkxm

zi;›mie abstrakcji zamiast na podstawowym. W rezultacie do.
:30 do odrzucenia i ublizania. Komuniści odrzuc £0, ponieważ
byt psychoanalitykiem, a analitycy odrzuci go, bo był komuni-
stą. Zamiast na krzesło o szerszej podstawie wpadł między dwą
krzesła. Narobił sobie kłopotów, łącząc oba system , zanim jesz-

Y: y J
cze zdążył połączyć własne utrzymanie z własnym seksem, Zo-
y y
stał, jakby to powiedzieć, ukarany za po wałcenie podstawowych
J y za pog P Y

praw ogólnej semantyki — Korzybski pomszczony.

Góra: Przestań mówić o Reichu. Trzymaj się własnych za-
miarów i tematu, oporów oralnych.

Dół: Zamknij się. Mówiłem ci nieraz, to moja książka, moje
Wyznania, moje przemyślenia, moja potrzeba wyjaśnienia tego,
co dla mnie niejasne,

Góra: Słuchaj! Czytelnicy uznają cię za starego gadułę.

Dół: Więc wróciliśmy do mojego „ja” kontra mój obraz,
Jeżeli czytelnik chce zaglądać mi przez ramię, to proszę bardzo,
może nawet patrzeć przez dziurkę od klucza. Co więcej, nieraz
namawiano mnie, abym spisał swoje wspomnienia.

Góra: Fritz, zaczynasz się bronić.

Bx F

JN

Dół: A ty marnujesz czas mój i czytelnika. Więc siedź cicho,
czekaj, bo ja ci tak każę. Pozwój, że będę, jaki jestem, i przestań
chronicznie szczekać.

Góra: Dobrze, ale wrócę, kiedy będziesz się mnie najmniej
spodziewać i potrzeba ci będzie wsparcia od własnego mózgu:
„Komputerze, proszę, prowadź”.

Nie chcę już więcej o tym myśleć,

Ale bez reszty oddać jak na złość
Myśli, w której pojawia się

Poważna postać, ważny gość

Wrócę do seksu i żywności,

Byście się nauczyli wiele,

Bo czuję, jak teraz wchodzi mi w kości
Smutek za nauczycielem.

N

3

sE

U

Bylepiej zrozumieć mój szacunek dla Reicha, musimy wrócić
do mojego psychoanalityka przed nim, Wegra nazwiskiem Har-
nick. Żałuję, że nie potrafię, w pewnym sensie, opisać starfu
głupoty i moralnego tchórzostwa, do jakich zredukowało mnie
jego tak zwane leczenie. Może wcale nie miało to być leczenie.

57

] PJCN il oadliol, U) sANN stab
się psychoanalitykiem?

W tamtym okresie Lore zaczęła naciskać na ślub. Wiedziałem,
że nie należę do tych, co to się żenią. Nie byłem zakochany w niej
do szaleństwa, ale łączyło nas wiele wspólnego i często dobrze
się bawiliśmy. Kiedy rozmawiałem o tym z Harnickiem, zrobił
typową, psychoanalityczną sztuczkę: „Nie wolno ci podejmować
ważnychdecyzji podczas psychoanalizy. Jeżeli się ożenisz, zerwę
nasze sesje”. Będąc zbyt tchórzliwym, by skończyć swoje życie
na kozetce na własną odpowiedzialność, przeniosłem ją na niego
i wymieniłem psychoanalizę na małżeństwo.

Jednak nie byłem gotowy, by zrezygnować z psychoanalizy.
Ciągle prześladowany myślą, że sam jestem zbyt głupi albo
upośledzony, byłem zdeterminowany pokonać ten problem.
Zrozpaczony, skonsultowałem się z Karen Horney, jedną z nie-
wielu osób, którym naprawdę ufałem. Jej werdykt brzmiał: „Je-

58

taK Glugie€ przerwy, gapiąc się I rozmyslając.

Znowu straciłem z nim kontakt, aż dziesięć lat później od-
wiedziłem go na krótko przed moim wyjazdem do Stanów.
Wtedy naprawdę się przestraszyłem. Nadął się jak olbrzymia
ropucha, a egzema na twarzy przybrała na sile. Jego głos dudnił
pompatycznie, kiedy pytał mnie niedowierzająco: „Nie słyszałeś
o moim odkryciu, orgone?”. Zapytałem więc o to. Oto, czego się
dowiedziałem.

Jego pierwsze odkrycie, muskularna zbroja, było ważnym
krokiem poza Freuda. Abstrakcyjne pojęcie oporu zostało spro-
wadzone na ziemię. Opory stały się wtedy funkcjami organiczny-
mi, a opór analny, ciasna dupa, musiał oddać swój monopol
rezystancji.

59

Prawdopodobnie była to dydaktyczna analiza, by przygotować
mnie do statusu akredytowanego psychoanalityka. Zostało jedy-
nie stwierdzone, co następuje: „Terapeuta powinien być wolny
od kompleksów, niepokojów i winy”. Później doszła mnie plotka,
że Harnick zmarł w szpitalu dla umystowo chorych. Ile w tym
pomogła mu psychoanaliza, nie wiem.

Harnick wierzył w bierną analizę. Ten sprzeczny termin ozna-
cza, że chodziłem przez półtora roku, pięć razy w tygodniu, aby
leżeć na kozetce i nie być analizowanym. W Niemczech uścisk
dłoni brało się za pewnik: on nie podawał mi ręki ani na początku,
ani na końcu. Pięć minut przed końcem godziny, drapał podłogę
nogą, aby dać znak, że wyznaczony czas wkrótce się skończy.

Zajmował się co najwyżej jednym zdaniem na tydzień. Na
początku jednym z jego twierdzeń było to, że wydawałem mu się
bawidamkiem. To wskazało mi drogę. Pustkę kozetkowego życia
wypełniłem romantycznymi opowieściami, by zbudować obraz
casanowy, jakim on mnie widział. Aby dotrzymać tempa, musia-
łem angażować się w coraz więcej, głównie zmyślonych, przy-

gód. Po około roku chciałem się od niego uwolnić. Byłem zbyt.

wielkim tchórzem moralnym, aby to po prostu rzucić. Po nieuda-

nei analizie 11 Clarvy Uonnal iabioz wiakboe sne Łor

dynym analitykiem, który dotartby do ciebie, jest Wilhelm Reich”.
W ten sposób rozpoczęła się pielgrzymka do kozetki Wilhelma
Reicha.

Następny rok, to już zupełnie inna historia. Reich był żywy,
pełen temperamentu i buntu. Bardzo chciał omawiać moją sytua-
cję,szczególnie politycznąi seksualną, a jednocześnie oczywiście
nadal analizował i prowadził normalną grę w poszukiwanie ge-
nów. Lecz przy nim znaczenie faktów zaczynało słabnąć. Zain-
teresowanie nastawieniem przeniosło się na dalszy plan. Jego
książka Character Analysis (Analiza charakteru) znacznie się do
tego przyczyniła.

Podczas jego seminariów poznatem kilku miłych ludzi, którzy
później okazali się dobrymi terapeutami, takich jak Helmuth
Kaiser. Potem uderzył Hitler. Reich także musiał w pośpiechu
uciekać. Wyjechał do Norwegii. Od tamtej pory stał się dość
szczególny. Z wyjątkiem pośredniczenia w tłumaczeniu jego
książki przez Sylvię Beerman, jedną z moich studentek w Afryce,
straciłem z nim kontakt, aż do ponownego spotkania na Psycho-
analitycznym Kongresie w roku 1936. Był moim trzecim rozcza-
rowaniem. Siedział z dala od nas i ledwo mnie rozpoznał. Spędzał

Następny krok naprzód z kozetkowego życia to fakt, że tera-
peuta teraz faktycznie nawiązał kontakt z pacjentem. „Ciało”
trafiło na należne mu miejsce.

Później, kiedy zajmowałem się pacjentami, leczonymi uprzed-
nio przez zwolenników Reicha, zazwyczaj trafiałem na pewne
paranoidalne symptomy, choć niezbytsilneiłatwedo wyleczenia.
'Wówczas przyjrzałem się teorii zbroi po raz kolejny i uświado-
miłem sobie, że sama idea zbroi jest formą paranoidalną. Zakłada
atak ze strony otoczenia i obronę przed nim. Zbroja muskularna
w zasadzie pełni funkcję gorsetu, zabezpieczenia przed eksplozją
ze środka. Mięśnie przejęły funkcję implozywną.

Moją drugą obiekcją wobec teorii zbroi jest to, że wzmacnia
teorię defekacji Arystotelesa-Freuda: „Emocje sprawiają kłopot.
Potrzeba katharsis, by pozbyć się z organizmu zakłócaczy spokoju”.

Natura nie jest tak marnotrawna, by stwarzać emocje jako
kłopoty. Bez emocji jesteśmy martwymi, znudzonymi, nieza-
angażowanymi maszynami.

Trzecią obiekcją jest, że te przełomy uzewnętrzniają materiał,
wypierają się i odrzucają go, a mógłby on być zasymilowany jako
część „ja”. Promują one formację cech paranoidalnych. Innymi
słowy, materiały, Które wychodzą w tych przełomach, nadal
uznawane są za ciała obce. Wszystko, co zostało zmienione, to
miejsca akcji. Szansa wzrostu i wyzdrowienia została utracona.

60

Jednakże w porównaniu z wagą postawienia ogromnego kro-
ku ku podejściu holistycznemu niniejsze obiekcje na niewiele się
zdają. Nie przy wynalezieniu orgone, wytworu fantazji Reicha,
która już wtedy zbłądziła.

Rozumiem, co się stało. Uczyniwszy z pojęcia rezystancji
rzeczywistość do zweryfikowania, Reich musiał uczynić to samo
z głównym terminem Freuda, libido.

Teraz opór istnieje, nie ma co do tego wątpliwości, ale libido
było i jest hipotetyczną energią wynalezioną przez Freuda dla
wyjaśnienia jego modelu człowieka. Reich zahipnotyzował siebie
samego i swoich pacjentów, by wierzyli w istnienie orgone jako
fizycznego i widzialnego odpowiednika libido.

Zbadałem działanie orgone-boksu z pewna liczbą jego właści-
cieli i nieodmiennie natrafiałem na błędne myślenie: sugestyw-
ność, którą można skierować w dowolną stronę, jaką wybrałem.
Reich zmarł w więzieniu, ale nie wyrzekł się swych idei. Enfant
terrible wiedeńskiego instytutu okazał się geniuszem, jedynie by
przyćmić siebie jako „szalonego naukowca”.

Pisać o czwartym rozczarowaniu, moim spotkaniu z Freudem,
jest o wiele trudniejsze. Nie, to nieprawda. Spodziewałem się, że
będzie trudniej, ponieważ w moim ekshibicjonistycznym okresie
traktowałem to lekko i udawałem, że wiedziałem więcej o Freudzie,
niż było w istocie. Fakty są następujące: z wyjątkiem S. Friedlan-
dera i K. Goldsteina moje spotkania z takimi sławnymi ludźmi,
jak: Einstein, Jung, Adler, Jan Smuts, Marlena Dietrich i Freud,
były przypadkowe. Głównie prowadziły do niczego, poza dostar-
czeniem mi pewnego materiału do przechwałek i niebezpośred-
niego ujmowania moich słuchaczy tym, jaki jestem ważny —
blichtr często przyćmiewał wzrok i osąd.

Jedno popołudnie spędziłem z Albertem Einsteinem: bezpre-
tensjonalność, ciepło, pewne fałszywe polityczne domniemania.
Wkrótce straciłem samoświadomość, rzadka dla mnie sztuczka
w tamtym okresie. Nadal lubię cytować pewne jego twierdzenie:
„Dwie rzeczy są nieskończone, wszechświat i ludzka głupota, a ja
nie jestem jeszcze całkowicie pewien co do wszechświata”.

Moje spotkanie z Sigmundem Freudem, przeciwnie, okazało

61

się rozczarowaniem roku 1936 numer cztery. W Wiedniu byłem
już wcześniej. Pojechałem tam w 1927 za namową Clary Happel.
Od około roku uczęszczałem do niej na terapię we Frankfurcie.
Pewnego dnia, ku memu zdziwieniu, oświadczyła, że moja tera-
pia skończyła się. Powinienem pojechać do Wiednia na kontrolę.

Byłem zadowolony, ale sceptyczny. Nie czułem, że cokolwiek
skończyłem, i fakt, że werdykt zbiegał się z końcem pieniędzy,
nie wzmacniał przekonania.

Tego roku poznałem Lorę. Najwyraźniej w uniwersytecie
uznawany byłem przez nią i inne dziewczęta za kawalera nadają-
cego się do ożenku. Nadszedł czas, by ujść mackom przerażającej
ośmiornicy małżeństwa. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że
Lore dogoni mnie wszędzie, gdzie się udam. Wiedeń, miasto
moich snów... a może raczej powiemy, miasto moich koszmarów?

3

Pojechałem do Wiednia bez pieniędzy. Nie miałem żadnych
źródeł utrzymania i nie zarabiałem dużo. Kiedy miałem pienią-
dze, lubiłem je wydawać, a kiedy ich nie miałem, udawało mi się
przeżyć bez niczego. Clara Happel nie wyleczyła mnie z mojej
niespokojnej, cygańskiej natury, z czego się cieszę. Wynająłem
tani, umeblowany pokój w Eisengasse tylko po to, aby porzucić
go bardzo szybko z dwóch powodów. Pierwszy, jak niesie opo-
wieść, to zdechły karaluch w moim łóżku, fakt, którym nie
przejmowałbym się zbytnio, ale za to dziesiątki jego krewnych,
którzy przyszli wyrazić swój żal! Nie! nie! nie!

A na dodatek werdykt mojej gospodyni, która powiedziała:

— Zadnych odwiedzin pań po dziesiatej wieczorem.

— Dlaczego właśnie po dziesiątej?

— Hm, przed dziesiątą może dojść do czegoś. Po dziesiątej
na pewno dojdzie!

Z takim rozumowaniem trudno było polemizować. Freud
określał to mianem Suppen Knódellogik — logika macy.

Wiedeń mnie przygnębiał. W Berlinie miałem wielu przyja-
ciół i dużo rozrywki. My, głupcy, wierzyliśmy, że mozemy zbu-
dować nowy świat bez wojen. We Frankfurcie czułem, że należę
— nie całkowicie, raczej dodatkowo — do egzystencjalnej, ge-
staltycznej grupy, która miała tam swój ośrodek. Psychoanaliza 1

Ą
<9

G

63 |

z Happel była bardziej przymusem, obsesyjną myślą, wymuszoną
regularnością, z pewnym — niezbyt dużym — doświadczeniem,

W Wiedniu psychoanaliza miała dla mnie znaczenie zasadni-
cze. Zakochałem się powierzchownie w pięknej, młodej pani
doktor na stażu. Była jak wszyscy freudyści ogarnięta rozmaitymi
tabu. Zupełnie jakby wszyscy wiedeńscy, hipokrytyczni katolicy
zaatakowali praktyków „żydowskiej nauki”.

Trudno jest mi pisać o tym roku spędzonym w Wiedniu,
Ostatnie piętnaście stron napisałem bez wysiłku, między semina-
riami. W końcu tak się podnieciłem pisaniem „tego”, że zawład-
nęło mną całkowicie. Widzę, że kilkakrotnie wymieniam środek.
Jak dotąd ostatni tydzień pisania najwyraźniej formuje mój środek,
podniecenie przenosi się z kręcenia filmów i taśm na samoekspre-
sję. Pisanie wierszem zniknęło. Ha! Nieprawda, nie całkowicie.
Oto interesujące przeciwstawienie: Moja pogarda dla poezji znika.
Doświadczam poetycko Esalen, naszego pięknego miejsca i na-
szych seminarzystów. (Prowadzę akurat czterotygodniowy war-
sztat). Wobec obecnego okresu w mej biografii nie czuję tego
samego. W zeszłym tygodniu napisałem wiersz dla dziewcząt
w recepcji i nie uważam go za zbyt poetycki. Od czasu do czasu
poiawia sie w moiei fantazii wiersz na temat* Śmierć kontra

£
— BŚ 1O

Lecz nagle rzecze diabeł stary:
— Mnie też potrzebna praca.
Mam w głowie cud tortury,
Niech mi zabawa się opłaca.

— Wnet zadam ci pytania głupie,
Aż będzie ciebie skręcać.

Brak odpowiedzi — ciebie złupię,
Staraj się nie wykręcać.

I tu anielski dzwonek dzwoni:

%g2 D .. „- U SRR żniAłna=<

umieranie. Ten temat wart jest poezji. A jednak strofy pisane dla
dziewczat, o co goście zasypują mnie ustawicznie pytaniami, były
miłą rozrywką. Wykorzystaliśmy nawet ten wiersz w filmie pod
tytułem Fritz, który kręci Larry Booth. Co więcej, byłem zado-
wołony, kiedy usłyszałem odpowiedź: Dobra dykcja i wyczucie.
Niewiele z mojego ciężkiego berlińskiego akcentu.

Chcecie posłuchać wiersza?

„Oczywiście!”

Cóż, skoro nalegacie, to ulegnę z przyjemnością.

Jest takie miejsce podobne do Raju,
Gdzie wszelkich uciech mnóstwo,
Dziewki jak w Seraju,

Łaźnie i słońce,

Istne bóstwo.

— WIUJ DULL, PU W Sl WA WSUINACdIMY
Nic złego diabeł ci nie zrobi!
On tylko jest bardzo ciekaw!

Mam nadzieję, że podoba się wam tak bardzo jak mnie. Cóż,
te popisy na nic się zdały. Nadal nie mam ochoty wracać do
Wiednia, 1927. Cojest przyczyną takiej fobii na tle Wiednia? Coś,
czego się wstydzę? W ciągu ostatnich dziesięciu Jat pojechałem
do Wiednia kilkakrotnie. Podoba mi się opera, teatr, kawiarnie,

jedzenie.

Podnosi się mgła. Die Wiener Mdderln, wiedeńskie dziwki,
pomimo swej reputacji, nie atakowały mnie specjalnie. Nigdy
w Wiedniu nie miałem romansu. Pomiędzy ekstremami burżu-
azyjnego purytanizmu a prostytucją nie było tam zbyt wiele.
Brakowało mi łatwego i swobodnego nawiązywania związków
erotycznych, jakie znałem dobrze z Berlina i Frankfurtu.

65

Helene Deutsch, Z Grugiej strony, wyaawata mi się bardzo
piękna i zimna. Kiedyś dałem jej prezent i zamiast „dziękuję”
dostałem interpretację.

Był tam Mistrz, gdzieś w tle. Spotykanie się z nim byłoby zbyt
bezczelne. Jeszcze nie zasłużyłem na taki przywilej. W 1936 roku
uznałem, że już nadszedł czas. Czyż nie byłem siłą przewodnią
tworzenia jednego z jego instytutów i czyż nie pokonałem 4000
mil, by uczestniczyć w jego kongresie? (Swędzi mnie, żeby
napisać: „w Jego kongresie”).

Umówiłem się na spotkanie, przyjęła mnie starsza kobieta
(prawdopodobnie jego siostra) i czekałem. Nagle drzwi otworzy-
ły się na jakieś siedemdziesiąt centymetrów i tam był on, przed
moimi oczami. Wydawało się dziwne, że nie chce przejść przez
drzwi, ale wtedy nic nie wiedziałem o jego fobiach.

— Przyjechałem z Afryki Południowej, aby wygłosić odczyt
i zobaczyć się z panem.

66

Nadal w moim życiu, chociaż w ciągu ostatnich kilku lat mój
umysł jest coraz bardziej zrównoważony, pozostają cztery nie
dokończone sprawy. Fałszuję, chociaż idzie mi coraz lepiej. Ni-
gdy nie skoczyłem na spadochronie. Nigdy nie nurkowałem
(chociaż znalazłem w Monterey szkołę i jeszcze mogę się na-
uczyć). I ponadto nie spotkałem się w cztery oczy z Freudem,
żeby wytknąć mu jego błędy.

Tawielka potrzeba pojawiłasię niedawno, jako niespodzianka
podczas komicznej sesji ze studentem. Ta sesja była, jak setki jej
podobnych, filmowana na wideo i — jak tosię czyni z niektórymi
— przegrana na film szesnastomilimetrowy.

Moje rozstanie z freudystami nastąpiło kilka lat temu, ale duch
nigdy nie zniknął. Spoczywaj w spokoju, Freudzie, ty uparty,
święty-diabelski geniuszu.

Oto historia moich czterech rozczarowań w Roku Pańskim
1936.

67

i
1

Przyjąłem posadę asystenta w szpitalu psychiatrycznym,
w którym moimi szefami byli Wagner-Jauregg, słynny z leczenia
syfilisu mózgu, i Paul Schilder. Schilder był bystry i całkiem
dobrze pojmował strukturę/funkcję/związki organizmu. Na jego
wykładach nie czułem się zbyt dobrze. Jego falset i niespokojne
ruchy sprawiały, że kuliłem się w sobie, a jednak było w nim coś,
co dało się lubić, coś szczerego. Inny psychoanalityk, który
wywarł na mnie wrażenie, to Paul Federn, szczególnie pewne
zdanie z jego wykładów. Wyobraźcie sobie bardzo szacowną,
patriarchalną postać, która mówi: „Man kann gar nicht genug
vógeln” (Nigdy dosyć jebania). I to w atmosferze, gdzie szano-
wano jedynie rżnięcie umysłu.

Kiedy spotkałem go ponownie w Nowym Jorku, odbyliśmy
wiele dyskusji na temat natury ego. On widział ego jako rzeczy-
wistość; ja zajmuję stanowisko, że „ja” jest zaledwie symbolem
identyfikacyjnym. Co to oznacza, nie mam ochoty teraz omawiać.

Moimi przełożonymi byli Helene Deutsch i Hirschman, ciepły
i spokojny człowiek. Kiedy raz go zapytałem, co sądzi o różnych
parafreudowskich szkołach, jakie się rozwijały, jego odpowiedź
brzmiała: Wszystkie robią pieniądze.

— A kiedy pan wraca? — zapytał.
Nie pamiętam dalszego ciągu rozmowy (może czterominuto-
wej). Byłem zszokowany i rozczarowany.

Jeden z jego synów został wydelegowany, aby zabrać mnie na
obiad. Zamówiliśmy moją ulubioną potrawę, pieczoną gęś. Spo-
dziewałem się szybkiej, „bolesnej” reakcji, ale byłem zaledwie
otępiały. Potem powoli, powoli, przychodziły zwroty: Ja ci poka-
żę... Nie możesz mi tego zrobić. Oto, co dostaję za moją lojalność
w dyskusjach z Kurtem Goldsteinem.

=

„L, G

Wycieczka do Europy w 1936 roku wcale nie byta całkowitym
rozczarowaniem i nie wszyscy zwrécili się przeciwko mnie, ale
tylko nieliczni trwali przy mnie. Czułem na przykład wsparcie ze
strony Ernesta Jonesa, mojego sponsora z Republiki Południowej
Afryki. Wydawał się nawet entuzjastycznie nastawiony do moich
uwag w dyskusji o niepokoju.

Po koneresie spedziliśmy kilka dni na Wegrzech. Podczas

pozostali przez trzy tygodnie rejsu — wybrali mnie na skarbnika
sportowego. W ostatni dzień podróży zaszczycili mnie śpiewem
Auld Lang Syne. Nie zasługiwałem na to. Byłem poruszony do
głebi, pobiegłem do kabiny i wypłakałem się. Samotny Cygan
Jamentujący nad brakiem przynależności?

Jakże pięknie pomaga takie pisanie. Próbowałem sprawić, by
psychoanaliza stała się mym duchowym domem, moja religia.
Moja niechęć do podejścia Goldsteina nie wynikała z lojalności
wobec Freuda, ale ze strachu przed ponownym brakiem ducho-

wego wsparcia.
c
5 Ś
/ *

==

W Stanach Zjednoczonych jesteśmy świadkami dezintegracji

3 K rZAIZY iala rantyeyn orakbon m nrża! banlnn

sneroniynunuronaj rali

partyjki szachów zapytał mnie:

— Jak człowiek może być taki cierpliwy? — Przytuliłem tenj
komplement do zapadniętego brzucha. i

Nie pamiętam, jak wróciłem do Johannesburga. Prawdopo-]
dobnie statkiem, jak gdyby w tym zakątku świata linie lotniczej
jeszcze nie nastały. Mojej samoocenie oberwało się, a jednocześ-
nie czułem się wolny. Między biegunami bezwartościowośc
i arogancji zdawał się rosnąć ośrodek pewności siebie. Nie, to}
nieprawda. Ta pewność była tam zawsze, ale nie byłem jej świa;
dom. Raczej uznawałem, że wiem, czego chcę. Byłem wstrząśj
nięty, kiedy zaskoczyła mnie przerażająca, boska machina, przedj
którą spokorniałem i zmalałem. Mógł to być cesarz albo Freud]
wielka aktorka lub inspirująca myśl; heroiczny czyn, śmiałą
zbrodnia albo niezrozumiały jezyk... to wprawia mnie w podziw

W drodze powrotnej pasażerowie — wszyscy obcy i tacy

68

A ZRA IR TŁ AW MApPiat

jako duchowy przywódca i Seelsorger (nadzorca dusz) tracą zna-
czenie. Desperacka próba ratowania Boga trwa. Liczne denomina-
cje, wygładzanie réznic, które poprzednio były paliwem dla wściek-
łej nienawiści, wzywają do międzydenominującego zrozumienia.
„Duchowni świata, jednoczcie się!” „Jednoczcie się, by zaprzeczyć
wyrokowi Nietzschego, że Bóg nie żyje!” Wielu kapłanów zaczęło
polegać na psychoterapii bardziej niż na modlitwie.

Jako dziecko doświadczyłem podobnej dezintegracji religii
żydowskiej. Rodzice mojej matki przestrzegali ortodoksyjnych
obyczajów. To rodzina, w której zachodzą dziwne, ale często
ciepłe i piękne wydarzenia. Moi rodzice byli Żydami zasymilo-
wanymi, szczególnie ojciec. To znaczy szedł na kompromis mię-
dzy wstydem za swoje pochodzenie a przestrzeganiem niektórych
obyczajów — chodzeniem do świątyni w ważne święta na wypa-
dek, gdyby przypadkiem gdzieś był Bóg. Ja na taką hipokryzję

69

Wpadłem we własną putapke. Kiedy zajmowałem się psychoj
analizą we Frankfurcie, zupełnie nie zajmowałem się tamtejszyny
egzystencjalistami: Buberem, Tillichem, Schelerem. Tyle tylkę
się przedostało: egzystencjalna filozofia wymaga wzięcia odpą

70

bY HAE projiaz BeJ yy oyt Z JUJBKY WSZystka, W
jest?

Rzeczywiście, jest! Co dosyć dziwne, przychodzi z kierunku,
w którym nigdy nie uzurpowano sobie statusu filozofii. Przycho-
dzi z nauki zgrabnie upchanej w college'ach; przychodzi z podej-
ścia zwanego... psychologią gestaltyczną.

Gestalt! Jakże mam udowodnić, że gestalt to nie jest jeszcze
jedna koncepcja człowieka? Jak mam twierdzić, że gestalt jest —
nie tylko dla psychologii — czyms, co jest wrodzone w naturze?

Gdyby za czasów bogów lub odmiennych form energii ktoś
twierdził, że wszystkie energie mieszczą się w najmniejszej, niepo-
dzielnej cząsteczce — zwanej atomem — cały świat śmiałby się
zniego. Dzisiaj bierze się za pewnik, że energia atomowa to energia
nad energie. Bomba atomowa z pewnością jest rzeczywistością.

Rozumiem dobrze, że możecie nie zgadzać się ze mną, iż
wszystko jest świadomością, ale nie mogę przyjąć waszej niechę-

7

nie mogłem się zgodzić i dość wcześnie zdeklarowałem się jako
ateista. Ani nauka, ani przyroda, filozofia czy marksizm nie
mogły wypełnić pustki duchowegodomu. Dzisiaj wiem, liczyłem
na psychoanalizę, że zrobi to dla mnie.

Po roku 1936 próbowałem znaleźć dla siebie nową orientację.
Ogarniały mnie przeklęte i nieokreślone wątpliwości co do syste-
mu freudowskiego. Stałem się sceptykiem, nieomal nihilistą
negowałem wszystko. Buddyzm... zen... religia bez Boga? Pra-
wda, spodziewatem się wiele po zen, w chłodny, intelektualny
sposób.

Potem przyszło oświecenie: koniec z wszelkim duchowym,
moralnym, finansowym wsparciem z jakiegokolwiek źródła!
Wszystkie religie to niezdarne twory człowieka, wszystkie filo-
zofie to intelektualne gry na przystosowanie. Sam musiałem
wziąć pełną odpowiedzialność za własne istnienie.

(Szą
c (41 35 ,

wiedzialności za własne istnienie. Lecz która z egzystencjalnych
szkół posiada Prawdę przez duże P?

Pełen sceptycyzmu szukałem dalej i oto, gdzie się znalazłem.
Pomimo wszystkich antykonceptualnych i fenomenologicznych
uprzedzeń żadna egzystencjalna filozofia nie stoi na własnych
nogach. Nie mówię nawet o typowym amerykańskim egzysten-
cjaliście, który prawi i ględzi o istnieniu, ale stąpa po ziemi jako
martwy, konceptualizujący komputer. Nie, mówię o zwykłych
egzystencjalistach. Czy jest ktoś, kto nie potrzebuje zewnętrzne-
go, konceptualnego wsparcia?

Kim jest Tillich bez swego protestantyzmu, Buber bez chasy-
dyzmu, Marcel bez katolicyzmu? Czy wyobrazacie sobie Sartre’a
bez wsparcia komunistycznych idei, Heideggera bez wsparcia ze
strony języka lub Binswangera bez psychoanalizy?

Czy nie ma zatem możliwości ontologicznej orientacji tam,
gdzie Dasein — fakt i sposób naszego istnienia — sam siebie
manifestuje, zrozumiały bez wyjaśnień; sposób postrzegania
świata nie poprzez przeciwstawianie się jakiejś idei, ale gdzie
rozumiemy uprzedzenia wobec konceptualizacji; perspektywa,
gdzie nie jesteśmy zadowoleni, biorąc abstrakcję za cały obraz —

in e el aAd Ffiovenonyi: nenol+e kennyielanct 1n- A yri LA

ci wobec idei gestaltu i będę cierpliwie opisywać pewne aspekty
jej znaczenia.

Jednak wpierw podstawowa identyfikacja: 1926, Frankfurt —
Kurt Goldstein, Clara Happel, Lore, a teraz profesor Gelb, wykła-
dowca psychologii gestaltycznej, uczeń Wertheimera i Kohlera.

Bawię się „szóstką”:

1896 Moi rodzice przenoszą się z dzielnicy żydowskiej do
centrum Berlina, do modniejszej części. Nic z tamtego
okresu nie pamiętam.

1906 Bar micwa, kryzys dorastania. Jestem bardzo niegrzecz-
ny i sprawiam rodzicom wiele kłopotów.

1916 Wstępuję do wojska.

1926 Frankfurt.

1936 Kongres psychoanalityczny.

1946 Emigracja do Stanów.

1956 Miami na Florydzie. Zaangażowanie z Marty, najważ-
niejszą kobietą w moim życiu.

1966 Terapia gestaltyczna pojawia się na mapie. W końcu
znalazlem społeczeństwo, miejsce istnienia; Esalen.

Prosisz go o powtórzenie zdania „Śniegjest czarny”,aon nieumie
tego zrobić i nic naświecie nie zmusi go do tego. Będzie z uporem
trwał przy twierdzeniu „Śnieg jest biały”.

Mój związek z psychologami postaci był szczególny. Podzi-
wiałem większość ich prac, szczególnie wczesne dzieła Kurta
Lewina. Nie mogłem podążyć za nimi, kiedy stali się logicznymi
pozytywistami. Nie czytatem ich książek, jedynie niektóre arty-
kuły Lewina, Wertheimera i Kóhlera. Najważniejsza dla mnie
była idea nie dokończonej sytuacji, niepełnego gestaltu. Akade-
miccy gestaltyści oczywiście nigdy mnie nie akceptowali. Z pew-
nością nie byłem czystym gestaltystą.

Najczęściej wyobrażałem to sobie tak, że oni wszyscy byli
alchemikami szukającymi złota, catkowitej weryfikacji, a ja cie-
szyłem się, wykorzystując mniej ujmujące, ale równie użyteczne
produkty uboczne.

Gestalt to niepodzielne zjawisko. To esencja, która jesti znika,
jeżeli całość zostaje rozerwana na komponenty.

N - Ą

Dodatem jedno nazwisko do ważnych osób z Frankfurtu.
Profesor Gelb — zapomniałem, jak miał na imię. Oczywiście,
mógłbym zadzwonić i spytać Lore, która była zaangażowana aż
do stopnia pisania rozprawy doktorskiej na temat stałości Farbe-
na. Nie, nieprawda, nie mogę się z nią skontaktować teraz. Jest
w Tampie, z warsztatem, prawdopodobnie dla Amerykańskiej
Akademii Psychoterapeutycznej.

Gelb był postacią raczej bezbarwną, ale dobrym nauczycie-
lem. Znany jest ze swej pracy nad urazami mózgu, którą pisał
wraz z Goldsteinem, szczególnie nad przypadkiem Schneidera.
Odkryli oni, że uraz mózgu oznacza nie tylko utratę pewnych
umiejętności, ale zmianę całej osobowości. Następuje regresja,
dedyferencjacja. Co najważniejsze, pacjent traci zdolność myśle-
nia i rozumienia w pojęciach abstrakcyjnych i używania języka.
Nabiera niewinności dziecka. Na przykład, nie umie kłamać.

72

73

UE UU L

..,,__„„„„„„.„..,_„.,
mówiąc dynamicznie, czymś mniej niż części składowe, to zna-
czy minus wyprodukowane ciepło. Podobnie dla rozdzielenia
atomów, rozbicia gestaltu, trzeba dodać elektryczność, by dać
atomom oddzielne istnienie. Z tego możemy wyciągnąć kilka
wniosków. Bez elektronicznego wsparcia i po wydaniu wrodzo-
nej energii cieplnej atomy te tracą swoją niezależność i muszą
tworzyć związki. Ta integracja, związek, może nie być sympto-
mem siły, ale słabości.

Gestaltyści mogą się nie zgodzić: „Popatrz na ten silnik.
Całość to coś więcej niż części składowe. Nawet jak mamy
nadmiar części — dodatkowe świece i tłoki itd. — są one niczym
w porównaniu z silnikiem”. Nie zgadzam się. Akceptuję funkcjo-
nujący silnik jako jeden gestalt i akceptuję oddzielne części jako
inny — może jako towar, złom albo potencjalny silnik — zgodnie
z kontekstem, w jakim się pojawiają. Z pewnością nie silny

74

ZN

ŁY y IR

napisałem obszernie o tej kwestii. Bez jasnego zrozumienia
związku między figurą a tłem nie jest możliwe żadne wyraźne
porozumienie. To tak, jakbyś spodziewał się słuchać radia, kiedy
sygnał (na przykład słowa) tonie w głośnych szumach tła (trzaski
statyczne).

Może najciekawszą i najważniejszą właściwością gestaltu jest
jego dynamika —- potrzeba spełnienia silnego gestaltu. Każdego
dnia wielokrotnie doświadczamy tej dynamiki. Najlepsza nazwa
na niekompletny gestalt to nie dokończona sytuacja.

Chcę wykazać błąd Freuda i porównać go z akademickim
i moim własnym, gestaltycznym podejściem, i w ten sposób
przebrnąć przez pewne powierzchowne podobieństwa. W tym
kontekście chcę wykazać terapeutyczną bezradność Freudow-
skiej (i każdej innej) teorii instynktu.

Freud zauważył, że niektórzy z jego pacjentów wykazują

75

Właśnie wydarzyło się coś bardzo interesującego. Zastana-
wiałem się, jak wyjaśnić zasadę gestaltu na przykładzie cząstecz-
ki wody — H20 i jej części składowych, atomów wodoru i tlenu
— kiedy uświadomiłem sobie, że twierdzenie wyrazone przez
gestaltystów nie może być słuszne. Uznają oni, że całość to więcej
niż części składowe. Innymi słowy, poprzez konfigurację coś
zostaje dodane do świata. To zrujnowałoby nasz obraz równowa-
gi energii we wszechświecie. Coś zostałoby stworzone z niczego,
idea, która przewyzszytaby nawet boską siłę tworzenia. Zostało
bowiem napisane, że Bóg stworzył świat z fohu wawohu, czyli
z chaosu. Czy zatem pozwolimy gestaltystom przypisywać two-
rzeniu gestaltu więcej siły, niż nasi bogobojni przodkowie przy-
pisywali Bogu?

Zanim zezwolimy nato, jeszcze raz przyjrzyjmy się i — nawet
jeśli jest to wyłącznie moją fantazją — spróbujmy innego wyjaś-
nienia. Nie jestem ani chemikiem, ani fizykiem, zatem mogę
rozmijać się z prawdą. 2H + O = H20 jako wzór jest poprawny;
w rzeczywistości jest to fałsz. Jeżeli spróbujemy wymieszać te
dwa gazy, tlen i wodór, nic się nie dzieje. Jeżeli dodamy tempe-
raturę, eksplodują, zrezygnują ze statusu atomów i stworzą mo-
lekularnv oestalt H>O czyli wode W tvm nrzvnadku oectalt iect

gestalt, z wyjątkiem może sytuacji, kiedy części byłyby złożone
w domu pośrodku salonu.

Gestaltyści w inny, wysoce interesujący sposób przyczynili
się do naszego rozumienia: zróżnicowanie gestaltu na pierwszy
plan i tło. Ten przyczynek wiąże się z semantyką, czyli znacze-
niem znaczenia.

Zazwyczaj, jeżeli myślimy o znaczeniu, mamy dwie przeciw-
stawne opinie — obiektywna i subiektywną. Obiektywna twierdzi
jedno lub też słowo ma jedno albo kilka znaczeń, które można
ująć w definicje — w innym razie słowniki nie zarobiłyby na
siebie.

Druga, opinia subiektywna, to ta „Alicja w Krainie Czarów”
twierdząca, że „Słowo oznacza to, co chcę, aby znaczyło”. Żadnej
z nich nie da się obronić. Znaczenie nie istnieje. Znaczenie to
proces twórczy, przedstawienie tu i teraz. Akt tworzenia może być
nawykowy i tak szybki, że nie potrafimy go wyśledzić lub też
może wymagać godzin dyskusji. W każdym razie, znaczenie
zostaje stworzone poprzez powiązanie pierwszego płanu z tłem,
na którym pojawia się figura. To często jest nazywane konteks-

tem, powiązaniem lubsytuacją. Wyrwanie twierdzenia z konteks-
1: łoatwn nNnrawadsi Ar fatcon W Fo ooy and Aorocelny

potrzebe ciągłego powtarzania tego samego układu doświadczeń.
Niektórzy, na przykład, sabotowali samych siebie w momencie
odnoszenia sukcesu. Freud nazwał takie nastawienie „kompul-
sywnym powtarzaniem”. To jest z pewnością ważna obserwacja
i adekwatny termin. Powtarzające się koszmary i podobne gestal-
ty z łatwością można odnaleźć w wielu nerwicach. Wątpliwe jest,
czy powinniśmy włączyć do tej kategorii potrzebę pięciu wizyt
w tygodniu u tego samego terapeuty, o tej samej porze, w tym
samym miejscu, na tej samej kozetce, bez względu na deszcz czy
słońce, w smutku i radości, w zdenerwowaniu czy w spokoju.

Freud zakończył swoją teorię twierdzeniem, że życie to kon-
flikt między Erosem a Tanatosem. Tak jak każdy z nas uczestni-
czy w życiu, tak samo on uczestniczy, według własnej teorii,
w śmiertelnym instynkcie, Tanatosie. Oznacza to, że każdy z nas
cierpi z powodu kompulsywnego powtarzania. To przypuszcze-
nie zdaje się mocno naciągane.

Jak można przejść z kompulsywnego powtarzania do instynk-
tu śmierci (Skąd szpinak wziął się na dachu? Krowa nie umie
latać!)? Jednym zwodniczym ruchem, panowie! Widzicie, oto to
powtarzanie — teraz stało się ono nawykiem. Nawyk pozbawia
was wolności wyboru. Sprawia, że wasze życie kamienieje. Ska-

czynność staje się automatyczna, staje się częścią „ja”, usuwa tło
i ustępuje miejsca „myśleniu”, niezakłóconemu szukaniem kla-
wiszy. Innymi słowy, „dobre” nawyki są częścią procesu wzra-
stania, aktualizacją potencjalnej umiejętności.

Prawdą jest, że kiedy powstanie nawyk — kiedy ustalony jest
gestalt — jest tam i staje się częścią organizmu. Zmiana nawyku
wymaga ponownego usunięcia nawyku z tła i zainwestowania
energii (jak zaobserwowaliśmy na przykładzie H20), by zdezin-
tegrować lub zreorganizować nawyk.

Freud nie rozpoznał różnicy między patologicznym, kompul-
sywnym powtarzaniem a organicznym tworzeniem się nawyku.

Kompulsywne powtarzanie nie może opróżnić przedpola i zo-
stać zasymilowane. Wręcz przeciwnie, pozostaje ono ciągłym
źródłem uwagi i stresu tylko dlatego, że gestalt nie ma końca,
tylko dlatego, że sytuacja pozostaje nie zakończona, tylko dlate-
go, że rana się nie zagoi.

Kompulsywne powtarzanie nie jest nakierowane na śmierć,
ale na życie. Jest to powtarzana próba radzenia sobie z trudną
sytuacją. Powtórzenia to inwestycja w stronę spełnienia gestaltu,
aby uwolnić energie wzrostu i rozwoju. Nie dokończone sytuacje
nowstrzymnia działanie: sa hlokadami na ścieżce doirzewania

— — DZ

mienienie to śmierć. Voila! Proste, prawda? Teraz patrzcie:
śmierć też może być życiem. Jeżeli skamienienie skierujemy na
zewnątrz, stanie się ono agresją, która jest bardzo żywa. Czuję się
jak skurczybyk, ale ktoś musi zobaczyć, że król jest nagi.

Gdzie tkwi błąd? W założeniu, że każdy nawyk to skamienie-
nie. Nawyki to zintegrowane gestalty i jako takie z zasady są
ekonomicznymi narzędziami natury. Jak Lore kiedyś mi wyjawi-
ła, „dobre” nawyki wspierają życie.

Jeżeli uczysz się pisać na maszynie, na początku będziesz
musiał zorientować się, gdzie znajdują się poszczególne litery,
potem przesuń palec nad klawisz, który cię interesuje, i naciśnij
go z pewną sita. Twoja orientacja, jak również manipulacja
klawiszami, przejdzie drogę od obcości ku znajomości, od nie
kończącego się strumienia odkryć i powtórnych odkryć do pew-
ności — to znaczy wiedzy. Coraz krótszy czas koncentracji, aż

76

N TE E PC E

K

Najprostszym przykładem nie dokończonej sytuacji jest cho-
roba. Chorobie może położyć kres lekarstwo, śmierć albo trans-
formacja organiczna.

Fakt, że choroba, zniekształcona forma życia, zniknie za spra-
wą leczenia lub śmierci, jest oczywisty. A także, że choroba,
szczególnie jeżeli towarzyszy jej ból, nabierze wagi zjawiska
chronicznego, które niechętnie będzie cofać się w tło, a już
zupełnie nie dasię zasymilować i nie zechce zniknąć z pierwszego
planu. To często zmienia się za sprawą transformacji organicznej.

Jeżeli ktoś jest całkowicie ślepy, będzie inwestować wiele
wysiłku w utrzymanie lub polepszenie tego, co ze wzroku mu
zostało. Porzucił już nadzieję. W oczach współtowarzyszy jest
kaleka, ale on sam staje się innym organizmem, żyjącym w innym
Umwelt (środowisku), polegającym na różnych sposobach orien-
tacji. Jest teraz organizmem bez oczu, tak jak my jesteśmy orga-

77

nizmami o dwóch, a nie o dziesięciu nogach. Jego szanse na
zadowolenie znacznie się poprawiły, patrz Helen Keller, która
miała kilka wad.

Jezeli nie sprawujemy kontroli, jeżeli organizm nie jest kontro-
lowany rozkazami, jakże możemy funkcjonować? Jak osiąga się
współpracę tych milionów komórek? Jak one mają radzić sobie ze
sprostaniem innym wymogom życia? Jeżeli odrzucimy nawet dy-
chotomię umysł/ciało, jakaz cudowna siła sprawia, że nadal tykamy?

Czy mamy wbudowanego dyktatora, który podejmuje decyzje,
czy mamy zgodną radę, rząd z władzą wykonawczą? Czy jest tam
nieświadomość, emocje, liczący mózg, które wykonują to zada-
nie? Czy jest Bóg, dusza przenikająca ciało i zajmująca się jego
wszelkimi wymaganiami i zadaniami z nieskończoną mądrością?

Nie wiemy! Możemy jedynie fantazjować, rysować mapy,
budować modele, opracowywać hipotezy i sprawdzać co sekundę
ich poprawność i niezawodność. A jeżeli wiemy, co nam to da?

Żadna teoria się nie liczy, jeżeli jest od niej jeden wyjątek.
Jeżeli oszukujemy, ukrywamy dowody, nie jesteśmy naukowca-
mi, ale manipulatorami, hipnotyzerami, szarlatanami lub przynaj-
mniej propagatorami wysokiego mniemania o sobie.

79

es ZDT

Czy z mgły ignorancji wyłaniają się jakieś kamienie na budo-
wę godnej zaufania, kompletnej, dającej się zastosować i zunifi-

kowanej teorii człowieka i jego funkcji?
Kilka, jeszcze niezbyt wiele, ale dosyć, aby wskazać nam

konkretne cele.
Osią mego podejścia uczyniłem świadomość, uznanie feno-

menologii za pierwszy i niezastąpiony krok ku poznaniu wszyst-
kiego, co jest do poznania.

Bez świadomości nie ma niczego.

Bez świadomości jest pustka.

wypełniają nicość, którą moglibyśmy nazwać nadprzyrodzoną
pustką lub próżnią.

Czasar.'ni nicość przybiera pozadany aspekt, na przykład kiedy
jest doświadczana w kontekście bólu, niepokoju lub rozpacz
Szalom, hebrajskie powitanie, to pokój, brak konfliktu. Nirwar?a.
to zakończenie kłopotów życia. Lete to zapomnienie, wyrugowa-
nie tego, co nietolerowane.

Czasa-r.m nigość jest wynikiem destrukcji, a w psychoanalizie
— represji: anihilacja niechcianych rzeczy, ludzi i wspomnień.

Nxcogc. w pojęciu Zachodu można także przeciwstawić
wschodniej idei nicości. Rzeczy nie istnieją; każde wydarzenie
jest procesem; rzecz jest jedynie przejściową formą wiecznego
procesu. Wśród filozofów sprzed Sokratesa to samo utrzymywał
Heraklit: panta rei — wszystko płynie; nigdy nie wchodzimy do
tej samej rzeki dwukrotnie. :

Kiedy mówimy, że dziewczyna ma pusto w głowie, jest to
obraza. W oriencie może to być wielkim komplementem; moja
głowa nie jest zaśmiecona, jest otwarta. '

, Moje pierwsze filozoficzne spotkanie z nicością to nic w for-
mie zera. Znalazłem je pod postacią kreatywnej obojętności za
enrawa Siomunda Friedlandera

Przeciętna osoba jest ostrozna wobec n?cości. Wyc?uwa
w tym coś podejrzanego. Dla niej absurdalne jest zwrócenie się
ku niej i wykorzystanie jej filozoficznie. - )

Jest wiele istnień: rzeczy, istoty, związki chemiczne, ws;ech-
świat, gazety i tak dalej, bez końca. Z pewnością nie traktujemy
ich jako należących do jednej kategorii.

Nie widzę zbyt wielu kategorii nicości i wierzę, że warto, a dla!

naszych celów nawet trzeba, omówić kilka z nich. Jako przykład

weZmy historię stworzenia. , w an
Z tego, co wiemy, czas jest nieskończony, nie ma początku ani

końca. Dla człowieka niemożliwe było tolerowanie_idei, że na“
początku jest „nie”. Wymyślił więc historie o tym, jak powstał

świat, historie, które różnią się tak jak kultury i które sprytnie

omijają odpowiedź na to, skąd wziął się stwórca. Historie te|

80

r—v„—_a

'W moim życiu uznaję trzech guru. Pierwszy to S. Friedlander,
który nazywał siebie neokantystą. Nauczyłem się od niego zna-
czenia równowagi, wyzerowania przeciwności. Drugim jest Se-
lig, nasz rzeźbiarz i architekt w Esalen Institute. Wiem, że byłby
bardzo zły, gdyby wiedział, że o nim piszę. To naprawdę jest
wtargnięcie w jego prywatność. Ecce homo! On jest prawdziwym
Mensch, człowiekiem całkowicie bezpretensjonalnym, pokor-
nym, mądrym i obeznanym. Jako mieszczuch nie miałem zbyt
wielu kontaktów z przyrodą. Obserwacja jego, jego zaangażowa-
nia i rozumienia ludzi, zwierząt i roślin, porównywanie jego
wyciszeniai zdobywanie zaufania z moim podnieceniem i odgry-
waniem primadonny, poczucie w końcu obecności człowieka,
wobec którego czuje sig gorszy, i ostatecznie poczucie wzajemne-
go poszanowania i przyjaźni, która nastała... wszystko to pomog-
ło mi pokonać większość mojej pompatyczności i pretensjonalno-

81

SO
%@ĘV

Wiem, jak dostałem Mitzie, pamiętam delikatnie krytyczne
oczy moich pierwszych spotkań z Seligiem, ale Friedlander raczej
kryje się we mgle. Kiedy moja matka wspomniała pewnego dnia
paczki żywnościowe, jakie mu wysyłałem, byłem zaskoczony. Te
paczki należą do roku 1922.

82

J YY A Ą AT E.

Papierowe pieniądze trzeba było nosić w torbach. Ludzie
biegali, aby kupić coś za pieniądze, które zarobili tego dnia
wieczorem, ponieważ nazajutrz rano ich wartość był już mniejsza
o połowę. Hipoteka nie była warta tyle co papier, na którym
została podpisana.

Tę krytyczną sytuację uratowało dwóch pacjentów plus moja
czujność. Jeden z nich byt bankierem. Nie wiem nic o gieldzie i jej
manipulacjach. Pewnego dnia bankier zaproponował, abym kupił
trochę akcji za cenę około stu razy większą od moich miesięcznych
zarobków. Powiedziałem mu, że oszalał, ale on tylko się uśmiechnął:
„Może mi pan zaufać! Ja podejmę ryzyko. Kupi pan udziały teraz,
a zapłaci za nie za cztery tygodnie”. Tak też zrobiłem i po miesiącu
zapłaciłem jedną piątą ich wartości. Zrobiłem to jeszcze raz; potem
nie było już potrzeby. Ocalenie przyszło z innego źródła, od
pacjenta, który był rzeźnikiem z Bremerhaven.

83

ści. Moim ostatnim guru była Mitzie, piękna, biała kotka. Nauczy-
ła mnie zwierzęcej mądrości.

Dwukrotnie w życiu byłem wściekły przez to, że stracitem
zapis wizyjny. Za pierwszym razem członek mojej grupy doznał
déja vu razem z transem i petit mal (drobnego napadu epilepsji).
Mieliśmy włączony magnetowid. Byłem przejęty faktem, że mam
szanse na uwiecznienie prawdopodobnie jedynej taśmy z takim
symptomem. Pomimo mojej wyraźnej uwagi „Nie zmazywać”
taśma została wymazana i użyta powtórnie.

'W następnym wydarzeniu brała udział Mitzie. Pewnego ranka
obudziłem się i zobaczyłem moje półmetrowe sombrero przesu-
wające się obok łóżka. Podniosłem kapełusz, a w środku znajdo-
wała się Mitzie, która w przednich łapach trzymała ptaszka.
Doznałem szoku. Trzy tygodnie wcześniej mój salon usłany byt
piórami, pewny znak, że Mitzie złapała i zjadła ptaka. Zabrałem
ptaka sprzed jej smutnych oczu. Ptak był nietknięty i po dziesięciu
minutach dochodzenia do siebie sam odleciał. Skąd mogłem
wiedzieć, że Mitzie jedynie wyraża swoją czułość? Ktokołwiek
słyszał o kocie tulącym ptaka? Gdybym nie był zszokowany,
mógłbym zrobić zdjęcie, uwieczniając to rzadkie zjawisko.

Inflacja marki niemieckiej już nabierała tempa, chociaż jesz-
cze nie galopowała. Zywności, szczególnie mięsa, brakowało.
Moja zdolność do postrzegania rzeczy w perspektywie była
w tamtym okresie zaletą, tak jak później pokonałem niebezpie-
czeństwo obozu koncentracyjnego i zamętu drugiej wojny świa-
towej, tak samo pokonałem inflację.

Obawy co do obecnych niebezpieczeństw związanych z infla-
cją w Stanach wywołują śmiech. Inflacja! Nie macie pojęcia, co
to takiego inflacja! Jezeli pieniądz wytrzymuje oprocentowanie,
powiedzmy, czterech procent, prawo równowagi mówi, że pie-
niądz traci na wartości 4% rocznie, i to właśnie jest stopień waszej
inflacji.

Czy niemiecka inflacja została spreparowana, aby wymazać
długi wojenne, nie wiem, ale tak podejrzewam. Fakt jest taki, że
dolar szybko powędrował z czterech marek do dwudziestu, potem
do stu, potem do tysiąca i ostatecznie do wielu tysięcy, później
pogalopował do milionów marek i skończył kursem kilku miliar-
dów. Wartość marki zbliżyła się do „zera”. Mam historyczną
kolekcję niemieckich znaczków od podzielonych ksiąstewek do

imperium, przez Trzecią Rzeszę aż do rozpadu na RFN/Ber-
Lo NPT Znoreli

inflania 7airmitin Lilbao otenn

Wkrétce po wybuchu pierwszej wojny światowej gospodarka
żywnościowa w Niemczech zaczęła podupadać. Wkrótce słowo
Ersatz (środek zastępczy) nabrało złowieszczych konotacji. Po
wojnie, a szczególnie podczas inflacji, zaopatrzenie w żywność
nie poprawiło się. Pewien zabawny epizod może to zobrazować,

Rok 1919. Mój przyjaciel Franz Jonas udał się wraz ze mną
na semestr studiów do Freiburga. Pewnego pogodnego dnia po-
szliśmy na wycieczkę, z nadzieją na zdobycie jakiegoś pożywie-
nia u rolników. Wszystko, co zdobyliśmy w wyniku całodzien-
nych wysiłków, to dwa jajka. W drodze do domu trochę się
upiliśmy, co wprawiło nas w wesoły nastrój. Wygłupialiśmy się,
a kolega klepnął mnie w kieszeń, gdzie schowałem jajka. Od tej
pory poszukiwania prowiantu zostały zakazane. Bałagan zamiast
drogocennego śniadania! W Niemczech gotowane jajko na śnia-

danie to nieomal symbol statusu.

ale nie jest wyleczony, a te długie podróże pociągiem nie poma-
galy jego głowie. Miał wielu przyjaciół, którzy chcieli skonsulto-
wać się ze mną, a w Bremerhaven nie było żadnego Nervenarzt
(rodzaju neuropsychiatry).

— Nie jestem zainteresowany — odpowiedziałem — tortu-
rami w rozklekotanym pociągu.

— Cóż — odparł — moglibyśmy płacić panu amerykańskimi
dolarami.

Serce mi zamarło. To niemożliwe. Takie cuda się nie zdarzały.
Ale to była prawda.

Trudno pojąć, co oznaczał dolar w czasach galopującej infla-
cji. Choćby jeden przykład zamiast wielu. W 1923 roku zamie-
rzałem wyjechać do Stanów. Nigdy nie miałem pieniędzy na
wydrukowanie mojego dyplomu lekarskiego, co można było
zrobić dopiero po zapłaceniu za wydruk pracy. Nie interesowatem
się medycyną jako taką, a moja praca opisywała głupi temat:
Lipodystrophia adiposo-genitalis, czy coś w tym rodzaju, rzadka
choroba, kiedy to kobiety wyglądają jak kangury z wielkimi
fatdami tłuszczu ponad talią i szczupłą dolna partią. Nie byłem
zainteresowany jej publikacją. Pojechałem do kasztelana, swego
rodzaiu kwestora uniwersvtetm i zaprononowsłem mu dolara

Koniec wolnych skojarzeń! Wréémy do mojego zbawcy,
rzeźnika-anioła, który spadł z nieba nad Bremerhaven wprost do
mego gabinetu... a może lepiej powiedzieć, do spiżarni? Rzeźnik
cierpiał na bóle głowy i oczywiście chciał zostać wyleczony, jak
twierdzą wszyscy neurotycy. Bremerhaven było oddalone
o osiem godzin podróży pociągiem, a on przyjeżdżał raz w tygo-
dniu z wielką paczką mięsa i kiełbas. Mieszkałem z rodzicami

i siostrą Else. Nigdy nie było nam tak dobrze, ale to nie wszystko.

Po kilku tygodniach rzeźnik zaczął twierdzić, że czuje się lepiej,

84

ZE UE E

jeżeli załatw1 mi wydruk Oczy mu zapłonęły; nie wnerzył włas-
nym uszom. „Całego dolara?” — zajął się tym i w ciągu tygodnia
miałem wszystko wydrukowane i podpisane, a kasztelan był mi
dozgonnie wdzięczny, chociaż sam nie musiałem nawet ruszyć
palcem. Taka była magia dolara w roku 1923.

Wówczas byłem już bogatym człowiekiem. Uzbierałem 500 do-
larów, za które mogłem kupić kilka kamienic w Berlinie. Zamiast
tego wykorzystałem je na wyjazd do Nowego Jorku.

Bremerhaven miało reputację przedmieścia Nowego Jorku.
Był to niemiecki port dla jednej z dwóch transatlantyckich linii,
które posiadały takie wielkie statki jak „Bremen” i „Europa”.
Załogi opłacano w dolarach. Przez kilka miesięcy jeździłem do
Bremerhaven raz w tygodniu na dwa dni. Miałem nawet sporo
pacjentów, a w tamtym okresie wykorzystywałem głównie hipno-
zę. Poza tym sporo się bawiłem.

85

Owczesna psychologia była mieszaniną fizjologii i czterech
klas umysłu: rozsądku, emocji, siły woli i pamięci.
Nie mógłbym nawet zacząć wymieniać jakiejś setki różnorod-

Jeżeli spróbuję zracjonalizować i posortować to, co przycią- nych wyjaśnień i celów', które stworzono dla przedstawienia
gało mnie do Friedlandera i jego filozofii, myśli, uczucia i wspo- Prawdy (znowu przez dl_lze ?)- )
mnienia wirują mi w głowie. Filozofia to magiczne słowo, coś, W cate to zamieszanie Friedlander wprowadził prosty sposób

86 87

Niemieccy lekarze przewaznie byli sztywni i przywdziewali
maski wielkiej szacowności. Jestem pewien, że podczas tych
wypraw przyglądali mi się, marszcząc brwi. Ja też marszczyłem,
Oni należeli do snobów, do snobistycznoburżuazyjnej wyższej
klasy średniej. Ja i kilku moich przyjaciół należeliśmy do berliń-
skiej bohemy, która zbierała się w Cafe of the West, a później
w Romanische Cafe.

Spotykało się tam wielu filozofów, pisarzy, malarzy, politycz- !

nych radykałów oraz pewna liczba czepialskich. Oczywiście do

tłumu należał także Friedlander, chociaz głównie spotykaliśmy |

się w pracowni malarskiej. Friedlander zarabiał, pisząc bardzo
humorystyczne opowiadania pod nazwiskiem Mynona, które

czytane od tyłu brzmi anonym. Jego filozoficzne dzieło Creative :
Indifference (Kreatywna obojętność) wywarło na mnie olbrzymi |

wpływ. Jako osobowość, był pierwszym człowiekiem, w którego

obecności czułem się pokornie i skłaniałem się w uwielbieniu. |

Nie było miejsca dla mojej chronicznej arogancji.

co trzeba zrozumieć, aby zrozumieć siebie samego i świat, anti-
dotum na moje egzystencjalne zmieszanie i zaskoczenie. Zawsze
radziłem sobie z tym, co trudne i wyszukane. Pytanie „Ile anioł-
ków może tańczyć na łebku od szpilki?” to tanie oszustwo mie-
szające symbole i rzeczy. „Co było pierwsze, jajko czy kura?” nie
tylko zakłóca ogólny obraz ciągłego procesu, ale celowo opusz-
cza punkt rozpoczęcia, „Które jajko i która kura?”. Reich był
typową ofiarą takich bałaganiarskich rozważań.

W szkole czytaliśmy Sofoklesa i Platona w greckim oryginale.
Lubiłem dramaturga, ale Platon, jak wielu innych filozofów,
stawiał ideały i domagał się zachowań, których oni sami z pew-
nością nie przestrzegali. Miałem dosyć tej hipokryzji za sprawą
mego ojca, który głosił kazania o jednym, a robił co innego.

Jeżeli chodzi o Sokratesa, to zdystansował moją arogancję,
mówiąc: „Wszyscy jesteście głupcami, skoro uważacie, że coś
wiecie! Ale ja, Sokrates, nie jestem głupcem. Wiem, że nic nie
wiem! Todaje mi prawo torturowania was pytaniamii wykazania,
jacy z was głupcy!”. Ile chwały możecie dać temu intelektowi?

L

bezpośredniej orientacji. Czymkolwiek to jest, rozmieni się ono
na elementy przeciwstawne. Jeżeli pojmie nas jedna z przeciw-
nych sił, to wpadłeś w pułapkę lub przynajmniej przewróciłeś sig.
Jeżeli pozostaniesz w punkcie zerowym, trzymasz równowagę
i masz perspektywę.

Później zrozumiałem, że jest to zachodni odpowiednik nauk
Lao-Cy. Nastawienie kreatywnej obojętności jest dla mnie oczy-
wiste. Nie mam nic do dodania do pierwszego rozdziału Ego,
Hunger and Aggression.

O, rany, utknąłem! Było to jedyne zdanie, jakie się pojawiło,
Odnosiło się do starego gówna! Sesja terapeutyczna sprzed go-
dziny byta ciężka i przeładowana. Ostatecznie wydobyłem pewne |
animozje. Czarne nietoperze opuściły pokój. Poleciały do dziury.
Tańczyły, zawróciły jeszcze raz nad garbem.

cym sygnałem i trzaskami. W nocy audycja z muzyką klasyczną
„American Airline” dociera całkiem nieźle. Nie mamy też żadnej
gazety. Słucham więc jednej audycji, jeśli to możliwe. Raz na
tydzień łapię wiadomości z „Newsweeka”. Sensacja tego tygo-
dnia: znaleźliśmy się w „Life”. Dziwne, zupełnie jakby nas sza-
nowano. A mam jeszcze pracować na złą reputację!

G
S
(7_%55/

. Siedziałem smutny, nie reagując na uwertury oka, sam otwie- |

? rałem oczy, smutek, zmęczenie, brak reakcji. Minęło kilka dni, §
zanim przeszła mi depresja. Tym razem powstrzymywałem się $

w pełni, opierałem się impulsowi, by nie sięgnąć po fałszywe |

pocieszenie. Dzisiaj zajęło mi to jedynie dwadzieścia minut. §

Znowu jestem sobą. Pióro wędruje po papierze. Jest prawie |

pierwsza. Przez ostatnie dwie noce pisałem aż do trzeciej nad ;

ranem. Wstałem wcześnie. Wysłuchałem wiadomości o pierw- ;

szej. Nie mamy UKF-u ani telewizji. Tylko długie fale ze słabną-

Dalej, Fritz, przestań już narzekać,
Po coci się wściekać?

Bądź pisarzem zabaw i pląsów!
Poezja bywa dobra, jak i kontemplacja
Twych niepokojących dąsów,
Szaleristw i wariactwa.

Siadaj i opowiedz nam, jak

Lepiej aniżeli dusza lub Bóg
Twórcza pustka może

Dać nam zrozumienie.

Wrzuć no ten rozdział do kosza,
Niech idzie do śmieci.

Dodaj próbek, ilustracji,

A światła ciemnościom.

88

89

D DJ WIĘDSZY CII Uslqe-
nięć sztuki.

Zero to nicość. Punkt obojętności, z którego rodzą się prze-
ciwności. Obojętność, która automatycznie staje się twórcza, gdy
tylko zacznie się rozróżnianie. Możemy wybrać na chybił trafił
dowolny punkt i wycelować w niego. Jeżeli postanowimy wy-
strzelić pocisk w dniu x/y/z, zaczynamy odliczać dni, godziny,
minuty, sekundy aż do zera, a potem liczymy w górę sekundy,
minuty, godziny i dni.

Zbilansowany budżet to taki, w którym kredyt i debet zerują
się, obojętnie, czy budżet dotyczy groszy czy milionów.

Mamy w zwyczaju nazywanie punktu zerowego „normal-
nym”.Następnie mówimy onormalnej temperaturze, normalnych
wynikach krwi itd..., bez końca. Jakikolwiek plus czy minus
nazywamy anomalią, oznaką dysfunkcji... choroby, jeżeli plus
lub minus jest znaczny.

90

nia równowagi. Jakikolwiek brak — wapnia, aminokwasów,
tlenu, czułości, uznania itd. — stwarza potrzebę otrzymania tego
skądkolwiek. Nie posiadamy „instynktu” zdobywania wapnia,
aminokwasów, tlenu, czułości, uznania itd., stwarzamy tysiące
możliwych „instynktów” ad hoc, kiedykolwiek konkretna rów-
nowaga zostaje zakłócona.

Wszelki nadmiar stwarza tymczasowy instynkt pozbycia się
go — dwutlenku węgla, kwasu mlekowego, nasienia, kału, zde-
nerwowania, niechęci, zmęczenia itd. — po to, by odnowić orga-
niczną równowagę.

Każdy oddech odnawia zapas tlenu i pozbawia dwutlenku
węgla. Oddychanie często, niesymetrycznie, równe jest wdycha-
niu. „Odetchni

Aby oczyścić „brudne” powietrze, wpierw zrób wydech! Je-
żeli wdychanie staje się fetyszem, to możesz zapaść na astmę,
desperacką próbę natury wyciśnięcia zużytego powietrza.

91

Światło i ciemność — przeciwności nie dajace się pogodzić,
widziane z abstrakcyjnego punktu widzenia. Jak może być świat-
ło, kiedy jest ciemno, sama esencja nicości? Jedno wyklucza
drugie.

A teraz popatrzmy nato drzewo w słońcu. Widziciecień? Cień
bez światła, światło bez cienia? Niemożliwe! W takim razie,
światło i ciemność określają siebie nawzajem; dają sobie powód
do istnienia.

Czy w kinie na wolnym powietrzu wyświetla się filmy za
dnia? Aby otrzymać postacie na pierwszym planie, w tle potrze-
bujemy ciemności. Dla uproszczenia trzymajmy się porównania
do czarnobiałego filmu. Potrzebny nam jest kontrast między bielą
aczernią. Potrzeba nam zrównoważonego kontrastu. Zbyt mocny
kontrast, a obraz będzie ciężki, zbyt słaby, a będzie płaski. Wasze
telewizory mają pokrętła do nastawienia optymalnie wyważone-
go kontrastu. I znowu biel i czerń nawzajem się określają. Obraz,
który jest całkowicie biały lub czarny, stanowi nicość wobec
swej zawartości. Zawartość obrazu to rozróżnienie na czarne
i białe kropki posiadające znaczenie.

Idac dalej po drabinie, znajdujemy Rembrandta, którego prze-
. s Ł _ *

ćwiatła i niemnnćni ta isdnn sw

W przypadku biologicznego organizmu punkt normalności
zero musi być utrzymywany, bo inaczej organizm przestanie
funkcjonować i umrze. Każda komórka, każdy organ, każdy
organizm ma znaczną liczbę funkcji do utrzymania. Każda ko-
mórka, każdy organ, każdy organizm zajęte są pozbywaniem się
wszelkiego nadmiaru (+) i wypełnianiem braków (-, by utrzy-
mać punkt zero, punkt optymalnego funkcjonowania. Każda ko-
mórka, każdy organ mają wewnątrzorganiczne środowisko (pły-
ny ustrojowe, nerwy itd.), w którym są zamknięte. Dla całego
organizmu środowiskiem jest świat, w którym musi on utrzymać
subtelną, organiczną równowagę.

\ £

L

Jakiekolwiek zakłócenie równowagi organicznej stanowi nie-
kompletny gestalt, niedokończoną sytuację zmuszajaca organizm
do kreatywności, do znalezienia sposobów i środków przywróce-

W szybkim tempie „leczyłem” każdą psychogeniczną astmę, na
jaką natrafiłem. W większości przypadków za astmą krył się
wstyd, strach przed dzikim dyszeniem towarzyszącym orgazmo-
wi. Strach przed zdradzeniem się z masturbacją, spodziewaniem,
że ktoś odkryje naszego kochanka w łóżku, to sytuacje, nad
którymi pracowałem. Pozwalałem im odgrywać „jebanie”. Koń-
czyli ten impas z małymi zawrotami głowy, a potem z ogromną ulgą.

LA

Mam w swoim śmietniku pewną liczbę tak zwanych cudow-
nych wyleczeń. Oto królik wyciągnięty z cylindra. Te wszystkie
ozdrowienia są niczym cuda w takiej samej mierze jak to, że
widzimy drzewo, którego niewidomy zobaczyć nie może. Rzecz
jedynie w tym, że moje najbliższe otoczenie jest mniej zatłoczone
niż u innych, a zatem widzę to, co oczywiste. Muszę opisać
następujący przypadek jako dowód braku równowagi.

Przysłano do mnie pewnego skrzypka, który dostawał skurczu
lewej ręki zaledwie po piętnastu minutach gry. Miał ambicję
zostania solista. Skurcze nie zdarzały się, kiedy grał w orkiestrze.
Wszystkie badania neurologiczne dały ujemny wynik. Najwy-

92

raźniej przypadek psychosomatyczny, zatem potrzebna była psy-
choanaliza. Widziałem wiele długotrwałych psychoanaliz. Czę-
sto się spoty}(a okresy od pieciu do dziesięciu lat, ale ten był
wyjątkowy. Ów skrzypek uczęszczał do sześciu różnych terapeu-
tów przez dwadzieścia siedem lat. Nie trzeba mówić, że ciągłe na
nowo przerabiano kompleks Edypa, masturbację, ekshibicjonizm
itd. Kiedy trafił do mnie i rzucił się w stronę kozetki, powstrzy-
małem go i poprosiłem, aby przyniósł skrzypce.

— Poco?

— Chcę zobaczyć, jak udaje się panu wywołać ten skurcz.

Przyniósł skrzypce i zagrał pięknie, na stojąco. Zauważyłem,

  • żeopiera się na prawej nodze, a lewa krzyżuje. Po około dziesię-

ciu minutach zaczął nieznacznie drżeć. Drżenie narastało i w cią-
gu następnych kilku minut zaczął coraz wolniej przebierać palca-
mi, a wiele nut zagrał niedokładnie. Przerwał.

— Widzi pan? — zapytał. — Jest mi coraz trudniej. Jeżeli
zmuszam się do grania, dostaję skurczu i w ogóle nie mogę grać.

.— A w orkiestrze nie dostaje pan skurczu?

— Nigdy.

— Siedzi pan?

— Oczywiście, ale jako solista muszę stać.

— Dobrze. Pozwoli pan, że wymasuję mu ręce. Prosze stanąć
z nieco rozstawionymi stopami, uginając nogi nieznacznie w ko-
lanach. I proszę zacząć jeszcze raz.

Po dwudziestu minutach idealnej gry do oczu napłynęły mu
łzy.

— Nie mogę w to uwierzyć — wyszeptał. — Nie mogę.

Minęła już godzina przeznaczona na jego wizytę, ale kazałem
poczekać następnemu pacjentowi. To było nazbyt ważne! Chcia-
łem mnieć pewność i pozwolić mu pograć jeszcze kilka minut.

Co si¢ wydarzyło? Mamy kilka biegunów, które w przypadku
braku równowagi będą wywoływać konflikt i rozłam. Najpo-
wszechniejsza jest dychotomia prawo/lewo. Mniej powszechna
przód/tył lub podstawowa góra/dół rozpoznana przez Lore. Część
nad talią spełnia głównie funkcje kontaktowe, dolna funkcje
wspierające. Mój pacjent miał wystarczającą podporę, kiedy sie-

93

Wi lcguly WgY I WA Z NI M UD
wać? Co więcej, nie piszę nawet o tym, co martwi mnie w tej
chwili.

Jest kwadrans po trzeciej w nocy, a ja nie mogę spać. To
bardzo rzadki przypadek. Zazwyczaj potrafię zlokalizować moje
nadmierne podniecenie i dojść z nim do ładu. Rozpływa się
i znika. Świadomość „ja” blednie, świadomość ciała pomniejsza
się, a potem „nic” aż do rana.

Larry Booth nakręcił film w kolorze pod tytułem Fritz. Ten
film to wiersz, dość ekscytujący portret mnie samego, chociaż
pojawiła się uwaga, że moje ciepło i miłość nie pojawia się tak
jak na filmach z sesji terapeutycznych. To mi nie przeszkadzało.
Natomiast niepokoi i denerwuje mnie moja własna paranoidalna
postawa. To stało się dosyć rzadkie. Czuję, że jestem wykorzy-
stywany. W zasadzie i faktycznie jestem usprawiedliwiony, jeżeli
chodzi zgodę i sytuację finansową. Jednak nie mogę sobie pozwo-

94

AUAIGITURICSy Palanu, lawet w syluacjacHi, Kicdy Dyicm po
niewłaściwej stronie. Po pierwszych kilku dawkach LSD te okre-
sy bardzo się wyróżniały i zwykle były przesadzone. Wtedy
traciłem perspektywę i doświadczałem wielu fantazji na temat
zemsty. Wiem, że to pora, aby opowiedzieć o środkach psychode-
licznych i moich związkach z nimi, ale robię się ociężały i zmę-
czony. Muszę to odłożyć na później. Czy to pisanie da mi sen?

l?/ [

dział, ale stanie głównie na prawej nodze nie zapewniało mu
wystarczającego wsparcia dla subtelnych ruchów palcami lewej
dłoni. Gdy tylko prawa noga zmęczyła się dźwiganiem całego
ciężaru, zaczynał się chwiać i musiał odzyskiwać réwnowage
nieomal co sekundę. Ten brak równowagi stwarzał wysiłek dla
górnej części ciała, a szczególnie dla lewej dłoni. Musieliśmy
jeszcze popracować przez kilka tygodni, nie tylko, by odzwyczaić
go od kozetki terapeutycznej, ale by zmiękczyć „ponurą determi-
nację” — zaciśnięte szczęki itd. Nie wiem, czy mu się udało. Grał
wystarczająco dobrze, ale nigdy nie widziałem na afiszach jego
nazwiska jako solisty.

W tamtym okresie zdobyłem już pewną pozycję w Nowym
Jorku i zacząłem zyskiwać sławę kogoś, kto chętnie zajmował się
niemożliwymi przypadkami. W zasadzie decyzja o pozostaniu
w Stanach była bardzo delikatną sprawą.

Jestem w niewielkim impasie. Mam ochotę pisać o moim
przyjeździe do Stanów, a jednocześnie nie jestem z tego zbytnio
zadowolony. To skakanie z jednego kontekstu w drugi zdaje się
być tanim chwytem, techniką. Nie jest to nawet kontrapunkt
wspierający się wzajemnie. Ale kto inny, jeśli nie ja, ma ustano-

z L b RA wermiasnż 1. ćrztotnibLa » nr > niaro WY A

mnie na to. Zarabiam dobre pieniądze. Zatem do diabła!

Przeżyłem okropieństwa Flandrii, przeżyłem wiele obrzuca-
nia błotem, przeżyłem ten czas w Holandii i wiele innych kłopo-
tów... nadal nie mam do tego racjonalnego stosunku. Nadal jest
to owo aroganckie „samonastawienie”: „Nie możesz mi tego

lić na szczodrobliwość i zrobienie z siebie naiwniaka. Nie stać

ś

z wybraniem duszy lub Boga, albo tez „życia” za sprawcę funk-
cjonowania organizmu. Mamy już jakiś ruch; mamy jeden, do-
brze zdefiniowany związek organizmu ze środowiskiem i wpro-
wadziliśmy podstawową funkcję organiczną — konieczność
odkrywania.

Czuję teraz potrzebę obrony przed mianem behawiorysty.
W pewnym sensie jest to prawda. Interesuje mnie zgłębienie, jak
zachowuje się materia, a szczególnie ludzka istota. Różnica mię-
dzy moim nastawieniem a wielką klasą psychologów, którzy
nazywają się behawiorystami, jest zdecydowana. Jest to różnica
między zaludnionym miejscem a miastem-widmem.

Świadomość to doświadczenie nad wyraz osobiste. Ja nie
mogę byś świadom twojej świadomości, mogę jedynie uczestni-
czyć w niej niebezpośrednio. Behawiorysta obserwuje ludzi
i szczury, „jak gdyby” nie posiadali świadomości, „jak gdyby”
byli rzeczami. W rezultacie behawiorysta staje się inżynierem i wa-
runkiem zachowania — to znaczy kontrolerem i manipulatorem.

Lecz nawet on uzna podstawową funkcję odkrywania. Nie
uświadomiwszy sobie wstrząsów i apetytów, żadne zwierzę nie
zada pytania: „Jakiego zachowania ten eksperymentator spodzie-
wa się po mnie?”.

Wazne jest dla mnie, aby używać terminów, które obejmują
cały zakres abstrakcji i pasują do każdego języka. Szkoda, że nie
mamy jakiegoś wspólnego terminu na określenie gestaltu —
wzór, melodia, konfiguracja są już nazbyt konkretne. Wierzę, że
w trakcie naszych rozważań natrafimy na pojęcie gestaltu. Mam
nadzieję, że całe to pisanie ostatecznie pomoże w dobrym jego
sformułowaniu. Zrozumienie gestaltu jest proste w przypadku
melodii. Jeżeli przetransponujemy temat muzyczny z jednej gamy
na drugą, temat pozostanie taki sam, chociaż faktycznie zmieni-
liśmy wszystkie nuty. Jeżeli dobrze znamy melodię, a ktoś zaśpie-
wa jej pierwsze trzy nuty, automatycznie ją dokończysz.

'W ten sposób wróciliśmy do podstawowych praw tworzenia
gestaltu — napięcie wynikające z potrzeby spełnienia nazywa się
frustracją, spełnienie to satysfakcja. Satis — dosyć; facere —
robić: Zrób tak, aż będziesz miał dosyć. Innymi słowy, spełnienie,

Dzisiaj podczas lunchu rozmawialiśmy o uczeniu. Zasugero- §
wałem, że nauka to odkrywanie. To odnosi się do faktów. Nauka |
umiejętności to odkrywanie, że coś jest możliwe. Nauczanie to |
pokazanie, że coś jest możliwe. Odkrywaj: odkryj, zdejmij pokry- :
wę, spraw, ze wyłoni się coś lub umiejętność, dodaj coś „nowego”. :

Komórka lub organizm, straciwszy swój środek — punkt zero, §
normalność, punkt twórczej obojętności — odkrywa tę nierów.
nowagę i jednocześnie odkrywa sposoby jej odzyskania. Moze ;
być to proces prosty lub bardzo skomplikowany, który sugeruje,
że przynajmniej całe życie organiczne posiada świadomość. Brak §
wody, na przykład, stwarza tymczasowy instynkt zwany pragnie- §
niem, potem odkrywa źródło wody, powiedzmy butelkę piwa, §
potem odkrywa sposób otwarcia tej butelki, a następnie odkrywa,
że picie gasi pragnienie. Wyrażone wzorem, brzmi: Stan organi-
zmu to —x woda. Poprzez przyjęcie +x woda, otrzymujemy zero, §
zniwelowanie nierównowagi.

Otrzymawszy taki wzór, czynimy mały postęp w porównaniu

97

96

to znaczy my miclisily, poliitwdsa L Lot powaoa k
kę. Oficjalnie jeszcze nie zerwałem z freudyzmem. To przyszło
później. W zasadzie co do minuty mogę określić moment, kiedy
zrzuciłem ideologiczne kajdany i zacząłem przeciwstawiać się |
systemowi Freuda. Przez lata miałem inklinacje do wyolbrzymia- |
nia tej opozycji. Nie potrafiłem docenić Freuda i jego odkryć.

Przełom nastąpił, kiedy spotkałem w Kapsztadzie Marię Bo-
naparte, grecką księżniczkę. Była przyjaciółką i uczennicą Freu-
da. Właśnie skończyłem i skopiowałem rękopis Ego, Hunger and
Aggression, i dałem jej do przeczytania. Kiedy go zwróciła, zasto-
sowała wobec mnie terapię wstrząsową, której mi było potrzeba.

— Skoro nie wierzysz już w teorię libido — powiedziała —
to lepiej złóż rezygnację.

Niezupełnie wierzylem własnym uszom. Naukowe podejście
oparte na wierze? Oczywiście miała rację. Libido w pewien]
nieokreślony sposób związane było z hormonami płciowymi, ale

98

ZEĄ AJ sp p
uwiądł. Mogłem o to walczyć, gdyby nie wojna. Afrika Corps
Hitlera swobodnie wędrował po północnej Afryce. Dywizja połu-
dniowoafrykańska została odcięta w Tobruku. Nie wiedziałem,
co robić. Mój doktorat z medycyny nie był ważny. Chciałem
wstąpić do wojska jako lekarz, ale odesłano mnie do domu
z żądaniem, abym zdał egzamin z higieny. Dzięki temu mógłbym
dostać przydział. Przez kilka miesięcy studiowałem przedmiot,
wraz z dwoma kolegami, ale kiedy przyszło do egzaminu, oni
zdali, a ja oblałem.

Wkrótce potem wydano ustawę tymczasowo uznającą zagra-
niczne stopnie naukowe. Zostałem zatem przyjęty jako oficer
medyczny i przeszedłem szkolenie. Nazwano nas gangiem łańcu-
chowym. Niezły z nas byt widok. Dziwnie było znowu stać się
żołnierzem i przechodzić musztrę. Potem przydzielono nas do
szpitali.

99

napełnienie siebie, aż będziesz miat dosyć. Przy satysfakcji nie.
réwnowaga zostaje zniesiona, znika. Incydent skończył się.

Tak jak na wszelkich poziomach egzystencji spotyka się rów-
nowage i odkrywanie, podobnie jest z frustracją, satysfakcją
i spełnieniem. Myślę o sytuacji przedłużonej wojny zjej frustra-
cjami i możliwym spełnieniem — pokojem. Mam na myśli oczy-
wiście konkretne frustracje walczącego człowieka i porównuję
własne położenie podczas pierwszej i drugiej wojny światowej —
przerażenie kontra wygodny schron przeciwlotniczy.

ł

Kiedy zjawił się Hitler, miałem już pozycję w J ohannesburgu;

ee T e 8t e by

Freud, cierpiacy tak jak ja na systemasyfa, musiał znaleźć po-
wszechny sposób określania swojego modelu człowieka. To na-
rzędzie do określenia nosiło nazwę libido. Po bliższym przyjrze-
niu okazywało się, że to powszechne narzędzie było niby dżoker
w talii kart. Mogło oznaczać wiele rzeczy, niech to będzie popęd
płciowy, miłość, czułość, oddanie, tworzenie gestaltu, siła twór-
cza. Biedny Wilhelm Reich, próbował znaleźć odpowiednik tej
semantycznej mieszaniny w fizycznej rzeczywistości.

W każdym razie nie złożyłem rezygnacji. Nie zostałem wy-

ezyeoany M£A: 7wi076L 7 Inctutinterm Dcovrshnonolizyitn cotaonninuwn

Tam zycie bieglo wyznaczoną rutyna. Dziwiły mnie ilości 1

wypijanej herbaty. Mój ordynans budził mnie „dobrą filiżanką |
herbaty”. Potem herbata na śniadanie, herbata o dziesimej’ |
o czwartej, herbata do obiadu i herbata przed snem.

Nasz dowódca był oficerem rezerwy i postanowił udowodnić j
swoją przydatność. Wszystko musiało być zapisane w trzech'
kopiach i zarejestrowane. Pozbyliśmy się go po roku. Jego miej-
sce zajął regularny zawodowy pułkownik. Zwołał nas i powie- §
dział: „Panowie, jesteście oficerami i lekarzami. Ufam, że jeste-
ście ludźmi odpowiedzialnymi i wiecie, co robicie. Proponuję,
abyście zamiast pióra raczej używali telefonu”. Poczuliśmy ulgę,
że on nie cierpi na biurokrację. Obrót pacjentami podwoit się
w mgnieniu oka.

Siostra oddziałową na moim oddziale była ochotniczka z Van-'!
couver, piękna, wysoka blondynka. Była ciepła, a zarazem ase-
ksualna. Osoba cicha i jednocześnie najwydajniejsza, najbardziej §
godna zaufania, jaką spotkałem w życiu. Szanowałem ją tak
bardzo, ze nigdy się do niej nie zalecałem. Czyżby lis i kwaśne
winogrona? Moze. 1

Pacjenci oczywiście byli dzieleni według rasy. Podział rasowy |
no anartheidzie w 1946 roku wzrósł nie wierzcie ani nrzey |

chociaż jest to zbytnie uproszczenie. Brytyjczycy przewaznie

mieli nerwice charakteru, Żydzi histerię, a Burowie cechy
kompulsywne.

Moi koledzy powoli zaczęli pojmować istnienie chorób psy-
chosomatycznych. Szef oddziału chorób wewnętrznych na po-
czątku powiedział: „Za każdą nerwicą kryje się wrzód żołądka”.
A na końcu: „Perls (nie uznawano amerykańskiej zażyłości zwra-
cania się po imieniu, chyba że między bliskimi przyjaciółmi),
miałeś rację: Za każdym wrzodem żołądka kryje się nerwica”.
Byłem zadowolony, wybaczyłem mu nawet tę małą omyłkę, jaką
uczynił co do mnie.

W palcu u prawej stopy rozwinęło mi się zapalenie. Objawiło
się bolesną opuchlizną. Zdiagnozował to jako podagrę, a ja się
-wściekłem. Ja i podagra, to nie pasuje! Pomimo zastosowanych
leków ból był nie do wytrzymania. Nalegałem na prześwietlenie.
Ukazało ono drzazgę, najwyraźniej pozostałą po poprzednim
pęknięciu. Mała operacja i po kilku dniach znowu byłem zdrów.

Miałem sporo małych ran po jeździe na motocyklu i uprawia-
niu innych sportów i tylko jeden poważniejszy uraz: wstrząs po
ciężkim upadku na lodowisku. Na szczęście nie było pęknięcia
czaszki ani trwałego urazu mózgu.

i

moment, Ze pod bardziej liberalnym reżimem Jana Smutsa gdzie-
kolwiek czuć było równość. Biali nazywali się Europejczykami,

a czarni tubylcami. Żadnemu tubylcowi nie wolno było spać |

w jednym domu z Europejczykiem ani korzystać z tej samej
ubikacji. Mieli oddzielne autobusy i wydzielone miasta.

Wśród tubylców wyróżniałem z zasady dwa rodzaje załama-

nia umysłowego. Jedno z nich przynależało do zurbanizowanych
tubylców, którzy zazwyczaj mówili po angielsku lub w afrikaans,
nieślubnej wersji holenderskiego. Taki pacjent przeważnie cier-
piał na poważny neurotycznie niepokój. Jednak prosty tubylec,
rekrutowany spośród pasterzy bydła lub z kopalni, miał schizo-
freniczny rodzaj nerwicy. Z takimi nie mogłem nawiązać konta-
ktu, nawet poprzez tłumacza, więc posyłałem ich do szamana;
często wracali wyleczeni.

Europejskie nerwice można było zazwyczaj zaszufladkować,

100

Pierwsze olśnienie przyszło po jednym z moich tak zwanych
cudownych uzdrowień. Pewien żołnierz cierpiał na duże obrzęki
na całym ciele. Przysłano go do mnie jak do ostatniej deski
ratunku.

101

Psychiatra nigdy nie opiera diagnozy na podstawie braku
objawów neurologicznych lub podobnych. Musi istnieć wyraźna
psychologiczna wskazówka. Ów żołnierz miał wielką rozpacz
w oczach i trwał jakby w odrętwieniu. W wojsku oczywiście nie
mieliśmy czasu na zabawy w psychoanalizę lub w jakąś inną
czasochłonną forme terapii. Zaaplikowałem mu pentothal i do-
wiedziałem się, że był w obozie koncentracyjnym. Mówiłem do
niego po niemiecku, doprowadziłem go do tych momentów roz-
paczy i zdjatem z niegociężar, aż się rozpłakał. Wypłakał wszyst.
ko, co mu leżało na sercu, a może lepiej powiedzieć, na skórze. |
Obudził się zdezorientowany, a kiedy już całkiem doszedł do §
siebie, doświadczył typowego satori, swobodnego i całkowitego i
bycia na świecie. W końcu zostawił obóz koncentracyjny i był:
z nami. Obrzęki zniknęły.

Takie spektakularne ozdrowienia jak to były oczywiście rzad-
kie. Zazwyczaj zastosowanie psychoterapii oznaczato ciężką pracę. |

Bang! Ktoś przeszkadza. Wejdź, G. Zjedz marcepana. Grete, §
moja siostra, okazuje mi swoją miłość, przysyłając najwyborniej- 3
sze stodycze. Dzielg się nimi niechętnie, ale czynię to. [

Opowiedziałem G. tę cudowną rzecz, która właśnie się wyda-'
rzyła. Zaczynam doceniać siebie samego, moją ostrość widzenia:'
Jakże to odmienne od popisywania się i przechwałek. Jakże różne !
od żądzy bycia docenianym i od jej krétkiego żywota. 1

Dzisiaj rano przy śniadaniu — nie, tuż po przebudzeniu —:
znowu zaczął się wir. Szukam czegoś po omacku jak we mgle:;
Fantazjując, znowu piszę zawzięcie, tematy tłoczą się, ale wiele}
kwestii stworzy symfonię tylko wtedy, gdy nada się im strukturęj
i zintegruje. ]

Widzę, że moje pisanie przybiera formę ksiazki, i to opaslego;
tomu. Nigdy nie uświadamiałem sobie, co miesci się w moim
śmietniku i czego trzeba się pozbyć. Wiem, że wiele moich|
doświadczeń będzie miało wartość dla licznych czytelników. Jużl(
otrzymałem wartościowe recenzje od przyjaciół, którym pozy-§
czyłem fragmenty rękopisu. |

Pewna uwaga zawstydza mnie i doprowadza do wściekłości:
„Kiedy ta książka wyjdzie?”. 1

102

— Czy możecie zostawić mnie w spokoju i pozwolić robić
swoje! Cieszę się, że mam ochotę pisać. Cieszę się, że robię coś,
co integruje wasze i moje potrzeby. Zatem nie popychajcie rzeki,
ona płynie sama!

A jeśli te myśli napierają na mnie, żadne fantazjowanie, ocze-
kiwanie, próby nie wskażą im nurtu. Formacja postać/tło, najsil-
niejsza, przejmie tymczasowo kontrolę nad całym organizmem.
Takie jest podstawowe prawo organicznej samoregulacji — żad-
na konkretna potrzeba, żaden instynkt, cel, żadne konkretne za-
łożenie nie będzie miało wpływu, gdy nie jest poparte przez
energetyzujący gestalt.

Jeżeli będzie pojawiał się więcej niż jeden gestalt, zunifiko-
wana kontrola i działanie są w niebezpieczeństwie. W naszym
przykładzie z pragnieniem nie pragnienie zdąża za wodą, ale cały
organizm. Ja idę za nim. Pragnienie mną kieruje.

103

|

Jeżeli pojawi się więcej gestaltów, to może dojść do rozłamu,
dychotomii, wewnętrznego konfliktu, osłabienia potencjału, któ.
ry trzeba zainwestować w dopełnienie nieskończonej sytuacji.
Jeżeli pojawi się więcej gestaltów, to ludzka istota zaczyna „de.
cydować”, często decydując się na zabawę w samotorturę braku
zdecydowania. Jeżeli chce się pojawić więcej niż jeden gestalt
i natura zostawiona jest samej sobie, wówczas nie będzie decyzji,
ale preferencje. Taki proces oznacza porządek zamiast konfliktu.
Nie ma hierarchii „instynktów”; jest hierarchia pojawiania się
najpilniejszego gestaltu.

Po zamknięciu ów gestalt wycofa się w tło, by opróżnić
pierwszy plan i by mógł się pojawić następny gestalt lub nagła

sytuacja. Kiedy jeden gestalt jest usatysfakcjonowany, organizm !

może zająć się następną pilną frustracją. Wszystko po kolei.
Kiedy jakiś gość, pilny list lub rachunki, albo seminarium, wy-
magają mojej uwagi, pisanie będzie odbywać się w tle. Nie
zniknie, nie będzie zapomniane ani stłumione. Zachowa żywot-
ność wymiany pierwszy plan/tło. Kiedy moje zajmowanie się
książką pozostaje blisko pierwszego planu, zwracam mato uwagi
na gadaninę przy stole lub piękno krajobrazu. Każda interferencja
w elastyczność wymiany pierwszy plan/tło wywołuje neurotycz-
ne lub psychotyczne zjawisko.

Pierwszy plan i tło muszą wymieniać się z łatwością. W innym
razie pojawiają się zakłócenia zgodnie z wymaganiami mojej
istoty. Jeżeli nie, dochodzi do akumulacji nie dokończonych sytua-
cji, utartych poglądów, sztywnej struktury charakteru. Pierwszy
plan i tło muszą łatwo wymieniać się rolami. W innym razie docho-
dzi do zakłóceń w systemie uwagi — zagubienia, utraty kontaktu
z rzeczywistością, braku koncentracji i zdolności zaangażowania.

Kiedyś przeczytałem artykuł personelowi szpitala. Chciałem
go tak uprościć, aby nawet lekarze mogli zrozumieć zasadę two-
rzenia się gestaltu. Wybrałem częsty symptom, bezsenność, i opi-
sałem znaczenie bezsenności jako próbę organizmu radzenia
sobie z problemami, które są ważniejsze od snu. Przerażające
przesłuchanie następnego dnia, niespełniona zemsta, niespodzie-
wana niechęć, silne i nie kontrolowane impulsy to tylko niektóre

104

ztakich nie dokończonych sytuacji, które przeszkadzają w wyco-
faniu się ze świata, które my nazywamy snem. Aby poradzić sobie
z nie dokończoną sytuacją, organizm musi produkować zwięk-
szoną ilość podniecenia. Zbytnie podniecenie i sen nie współgrają
ze sobą. Dlatego, jeżeli nie możesz zasnąć i nie zastosujesz
podniecenia wobec niekompletnego gestaltu, wówczas musisz
poszukac' innego zaworu bezpieczeństwa i zezłościć się na bez-
senność, twardą poduszkę albo ujadającego psa. Im bardziej się
złościsz, tym mniej możesz spać. Zamknięcie oczu nie sprowadza
snu; sen pozwala zamknąć oczy. Możesz także szukać pomocy
u współczesnej psychiatrii, wśród środków nasennych, tłumika
podniecenia naszej siły życiowej, i wepchnąć nie rozwiązany
problem pod dywan.

Niech żyje amerykańskie życie umiarkowanego podniecenia
z jego uzupełnieniem — przemocą. A może zalecimy każdemu
obywatelowi dużą dawkę środków uspokajających na śniadanie?

Mieszkam na terenie Esalen Institute. Jak zwykle położył:.:m
się spać późno i wstałem wcześnie, wyglądając przez okn-o. Klfo
Big Sur, niespokojne fale, wodorosty unoszące sięna pow1erzcbn1
wielkimi, brązowymi łatami. W zeszłym roku zbocza przed moim
domem były nieomal nagie. Teraz pokrywają je najrozmaitsze
kwiaty, nasycając kolorami, czekając, aż namaluje je Corot lub
Renoir. Plaża nie ma piasku. Tylko głazy i skały czekające, aż fgl_e
przyjdą się z nimi bawić. A one przychodzą, jedna po drugne;.
Łagodnie podpełzają, a potemskacza i tańczą, obejmują kamienie
i topnieją, umierają w bieli. ,

Jedna ze skał schodzących na plażę ma historyczne znaczenie.
W pewnym filmie siedziała na niej Elizabeth Taylor. Nigdy nie
zszedłem na dół i nie oddałem hołdu skale. Słyszałem, że —
jednak nie mam na to dowodu — w tej scenie kamień ?ostał
pokryty pianką i pomalowany, aby był bardziej fotogeniczny,

106

1€, alC wymagam ICh DCEZWZĘEIĘGHIE 0U ZaWOUOWLOW — PsyGilla-
trów, psychologów, pielęgniarzy itd. Przychodzą często pełni
rezerwy, zupełnie pozbawieni wsparcia poza zawodową rolą,
boją się zejść do nas, śmiertelników, często nie chcąc przyłączyć
się do cudownego odkrycia Whittakera — „pacjenta ukrytego
w terapeucie”. (Zbyt wielu terapeutów nadal niechętnie przyznaje
się, że jest, a nawet, że zostało wyniesionych do roli pacjenta).
Oni zwykle — spotkałem chyba tylko jeden czy dwa wyjątki —
są rozczarowani brakiem pruderyjności i nadskakiwania i szokuje
ich brak oczekiwanego podniecenia nagością. Można tam zoba-
czyć wszystko, od spokojnego, zrelaksowanego unoszenia się na
wodzie po wściekłe uściski, od wspólnych śpiewów po omawia-
nie seminariów. Czasami nudzą się, zamykają w sobie i zniżają
się do niskiego poziomu opowiadania żartów. Dotykają siebie
nawzajem, głównie w formie masażu. Otwarty seks i przemoc są
rzadkie.

107

albo też uczynił zimną skałę wygodniejszą i bezpieczniejszą.
W końcu tyłek gwiazdy filmowej to prawdopodobnie wysoko
ubezpieczona ruchomość.

Wydry morskie, które bawią się dookoła, najwyraźniej nie
doceniają świętości skały. Mój dom stoi na samym klifie, równe
trzysta stóp nad słynnymi gorącymi źródłami siarkowymi, które
nadały nazwę naszej miejscowości. Bije ich tu około dwudziestu
do trzydziestu. Temperatura sięga 130 stopni. Odór siarki nie jest
odrażający, woda jestcudownie miękka. Łaźnie wychodzą na morze
i nocne niebo nabite diamentami. Często występuje mgła, a zimą
przychodzą ulewne deszcze. Temperatura powietrza nigdy nie spada
poniżej zera, a dni upalne są naprawdę rzadkie.

Ta prezentacja nie mówi nam nic o roli kąpieli. Po obu
stronach są wanny i baseny. Czasami nawet szesnaście osób
tłoczy się w jednym basenie. W wannach myjemy się i namydla-
my. Te czynności nie są akceptowane w basenie. Czasami płcie
się dzielą, a czasami mamy wspólne sesje kąpielowe, zazwyczaj
po wieczornych seminariach. Czasami grupy terapeutyczne spo-
tykają się po południu, a rodziny personelu przed kolacja.

Moim nieprofesjonalnym grupom zalecam te wspólne kąpie-

. ą1. ' +. .

Rzadko się boję. Dobry psychiatra musi ryzykować życie
i reputację, jeżeli chce osiągnąć coś rzeczywistego. Kompromis
i stuzenie pomocą nie sprawdzają się. Jedna osoba, która okazała
sięterapeutką pierwszej klasy, ostatecznie dała upust wściekłości,
kiedy pracowała ze mną. Stała nade mną z ciężkim krzesłem,
gotowa mnie uderzyć. Powiedziałem ze spokojem: „Proszę, już
przeżyłem swoje życie”, a ona przebudziła się z transu.

Raz wezwano mnie do grupy, abym uspokoił dziewczynę,
która atakowała każdego fizycznie. Członkowie grupy próbowali
ją przytrzymać i uspokoić. Na próżno. Ona ciągłe wstawała i biła
się. Kiedy wszedłem, wycelowała głową w mój brzuch i zaatako-
wała, a ja nieomal się przewróciłem. Pozwoliłem jej się wyżyć,
aż sprowadziłem ją na podłogę. Wstała znowu. Potem trzeci raz.
Znowu ją powaliłem i powiedziałem, dysząc: „Pobiłem w życiu
niejedną sukę”. Wtedy ona wstała, objeta mnie ramionami: „Fritz,
kocham cię”. Najwyraźniej dostała to, o co prosiła przez całe
życie.

Takich kobiet w Stanach są tysiące. Prowokuja, kuszą, są
wredne, graja mężom na nerwach i nigdy nie dostają za swoje.
Nie trzeba być paryską prostytutką, aby dostać to i szanować
swojego mężczyznę. Przysłowie mówi: „Mój mąż już się mną nie
interesuje, przestał mnie bić”

Kiedyś wydarzyło się coś, co naprawdę mnie przestraszyło.
Wielu pacjentów cofa agresję i skierowuje ją na samych siebie,
na przykład dusząc się. Pozwalałem im wyżywać się na mnie
idusić mnie samego. AŻ pewnego dnia jedna dziewczyna potrak-
towała to dosłownie. Nie przejrzałem jej schizofrenicznej natury.
Zacząłem już tracić przytomność, kiedy w ostatniej chwili we-
pchnąłem ręce między jej dłonie i rozerwałem uścisk. Od tej pory
pozwalam im jedynie dusić moją rękę. To też potrafi być bolesne.
Po świecie chodzi całkiem sporo dusicieli. U pacjentów ze sporą
fantazją do tego celu wystarczy poduszka.

Ja sam mam słabe skłonności do agresji bez odpowiedniej pro-'"
wokacji. Mogę się zdenerwować i dwukrotnie dosłownie wyrzuci-
łem ludzi z seminarium, jeżeli destruktywność stawała się nie do
“opanowania, a sarni nie chcieli wyjść. Jeżeli jestem zaatakowany,

Kiedyś trafiła się prawdziwa dziwka, ktf'›ra sk_łóciła dwóc)h
mężczyzn. Jeden z nich, najwyraźniej chcąc się popisać, przemó- §
wił zadziornie i groził, że zabije drugiego i p‘opadn'le w amok.
Kiedy przyszedł do naszego basenu, wstałem i pomimo mojego ?
wieku walnąłem go prosto w nos. Ku memu zdziwieniu Przewró— |
cił się, nie stawiajac jakiegokolwiek oporu, i rozpłakał się.

\

108 109

oddaję mocno. Kilka razy do agresji doprowadziła mnie zazdrość,
ale przeważnie zadowala mnie torturowanie mojej ukochanej
pytaniami i nieublaganymi żądaniami szczegółowej spowiedzi.
Jezeli chodzi o gry miłosne, w łaźni i gdzie indziej, powściąg-
liwość nie ma do mnie zastosowania. Freud nazwałby mnie
polimorficznym zboczeńcem. Nauczyłem się nawet czerpać ra-
dość z ukradkowych pocałunków przyjaciół płci męskiej. Kiedyś
potrafiłem z radością pieprzyć się godzinami, ale teraz, w moim
wieku, wolę, jak ktoś mnie uwodzi, a ja sam nie muszę niczego §
robić. Podoba mi się moja reputacja, jednocześnie starego j
zbereźnikai guru. Niestety ten pierwszy traci siły, adrugi wzrasta. i

G
U,
sY,

[v —/_jć"j

Kiedyś urządziliśmy przyjęcie w „dużym domu” w Esalen.
Pięknadziewczyna leżała kusząco na kanapie. Ja siedziałem obok 3

niej i powiedziałem coś w rodzaju:
— Strzeż się mnie, jestem starym zbereźnikiem.

— A ja — odpowiedziata dziewczyna — jestem młodą :

zbereźniczką.
Potem mieliśmy krótki i rozkoszny romans.

'W zasadzie to pisanie sprawia mi przyjemność. Nigdy nie
spodziewałem się, ze pójdzie ono tak łatwo. Rozważam możli-
wość napisania sztuki... jeszcze tego sobie nie wyobrażam. Jesz- §
cze jest dość nieokreślona. Będąc dobrym aktorem i producentem

110

pierwszej klasy, wszystko robiłbym pod szyldem Frirza. Teraz
sporo osób tłoczy się w tej książce, szydzi z mej chuci, gardzi mną
za brak opanowania, dziwi się moim językiem, podziwia moją
odwagę, jest zaszokowanych mnogością przeciwstawnych cech
i zdesperowanych, ponieważ nie mogą mnie zaszufladkować.
Mam ochotę nawiązać rozmowę, ale...

/ £

y PŚDĄ so

\

Okno jest szeroko otwarte. Lekko przerazajacy pomruk fal.
Delikatny wiatr porusza papiery na biurku, zbyt staby, by je
porwać. Tak jak moja miękka broda głaszcze twarz i piersi
dziewczyny, które aż drżą w niemej rozkoszy, a ich sutki prężą
się w dumnej erekcji, cierpliwie czekając, aż je lekko ugryzę.

Moje dłonie są silne i ciepłe. Ręce starego zbereźnika są zimne
i wilgotne. Mam uczucie i miłość... nazbyt wiele. A skoro pocie-
szam dziewczynę w smutku i rozpaczy, a szloch ustępuje, ona
przytula się mocniej, a głaskanie wypada z rytmu i prześlizguje się
popiersiach i biodrach... gdzie kończy się żał, a perfumy nakłaniają
twe nozdrza do wąchania zamiast popuszczania kropelek.

Te spotkania i odkrycia są jak temperatura w Big Sur. Oczy-
wiście, nie ma tu mrozów ani upałów. Lecz wówczas nie ma
indolencji jednostajności tropikalnej wyspy. Chłód jest zimny
i przejmujący. Deszcz mokry i błotnisty. Popołudniami słońce

111

4

praży dach, az można się udusić. Nie znam żadnych innych takich
ekstremów. Nie zabijam i nie zdradzam stosunków kawalersko-
-małżeńskich. Prowadzę płynne związki, począwszy od nazbyt
częstych pocałunków do długotrwałej lojalności.

Die Engel die nennen es Himmelsfreud

Die Teufel die nennen es Hollenleid

Die Menschen die nennen es Liebe (H. Heine)
(Aniołowie zwą to „niebiańska radością”
Diabły — „piekielną torturą”

Człowiek zaś „miłością”)

Esalen zaczęło się od gospody, a jedyną jej atrakcję stanowiły
gorące łaźnie. Kiedy tu przybyłem, nadal była ona powszechnie
dostępnym zajazdem, w którym zaczęto organizować wykłady
i seminaria, a bar i restauracja były otwarte dla wszystkich. Go-
spodę prowadzili Mike Murphy i Dick Price. Teraz jesteśmy
rozwijającym się prywatnym instytutem, którego dyrektorami są
Mike Murphy i Dick Price. Przejezdzajace mieszczuchy i domo-
krążcy sprzedający narkotyki są wyprowadzani lub wyrzucani.
Przez pewien okres, jakiś rok temu, z łatwością można było tu
zaopatrzyć się w marihuanę lub LSD, ale Mike postawit temu kres.
Teraz jesteśmy dumni, że potrafimy wprawić ludzi w nastrój bez
narkotyków. Mówi się, że dajemy natychmiastowe lekarstwo, na-
tychmiastową radość i natychmiastową świadomość sensoryczną.

Jak, do diabła, weszliśmy w to wszystko? Oczywiście, z po-
czątku była intensywna tęsknota za odkupieniem i zbawieniem.
Mistycyzm, ezoteryka, ponadnaturalność, pozazmysłowa percep-
cja najwyraźniej pasują do ducha tego miejsca. Medytacja jogi
dla wejścia na wyższe poziomy egzystencji widocznie zbiega się
z niezadowoleniem z nudy miejskiego życia. Odrzucona dusza
dokonywała komercyjnego ponownego wejścia.

Piękno polegało na tym, że ludzie szczerze próbowali wejść na
niewerbalny poziom egzystencji, ale nie uświadamiali sobie, że
medytacja, podobnie jak analiza, to pułapka. Podobnie jak psycho-
analiza zakłóca równowagę, chociaż po drugiej stronie skali.

Te dwie nierównowagi można porównać do procesu defeka-
cji. Zatwardzenie i rozwolnienie to przeciwne typy wydalania,
oba zakłócające optymalną funkcję, (+) konta (-). W psychiatrii
mamy przeciwności katatonicznego odrętwienia (— podniecenie)
i schizofrenii (+ podniecenie).

/
S — =

/JL%—@J”

! Pierwszy całus jest niby test Rorschacha
Dotykasz ust nieznajomego
Zastajesz je zaciśniętym „Nie chcę”
Albo chciwością, co cię wciąga
Obojętność, która cię sprawdza
Dziobnięcie, które cię oddala
Delikatne ostrzeżenie: uważaj
Druzgocący cios, aż braknie tchu
Przeciągły liz sugerujący seks
Cuchnąca gardziel, z żołądka smród
Suchość — oziębłości znak
Sztywność jak zapaśniczy chwyt
Nijakość gąbczastości

Nieliczne tylko dają ci spełnienie:
Oczekiwanie skrywające obietnicę
Scalenia się w jedno.

Odgrodź się od środowiska

I zatop w izolacji.

Każdy pocałunek jest inny

Jeżeli odkryjesz subtelności

W wigorze zaangażowania.

112

113

cielu, nie bój się biędów. biędy (0 nie grzechy. bigdy to jedynic
sposób zrobienia czegoś inaczej, może bardziej twórczo. Przyja-
cielu, nie przepraszaj za błędy. Bądź z nich dumny. Miałeś
odwagę dać coś z siebie.

Aby skupić się na środku, trzeba lat; jeszcze więcej lat trzeba,
aby zrozumieć i być teraz. Do tego czasu strzeż się obu ekstre-
mów, zarówno perfekcjonizmu, jak i cudownego uzdrowienia,
natychmiastowej radości, natychmiastowej sensorycznej świado-
mości. Do tej pory strzeż się wszelkich pomocników. Pomocnicy
to oszuści, którzy obiecują coś za nic. Psują cię, uzależniają
i powstrzymują przed dojrzałością.

Dobrze jest odgrywać kaznodzieję i cieszyć się pompatycz-
nym stylem Nietzschego.

Jak cel Esalen trafił w moją strzałę, wycelowany w jej stronę
na całe lata, zanim dowiedziałem się o istnieniu celu?

Około roku 1960 praktykowałem w Los Angeles. Nadal cier-

114

VIV Hao LA Noi mAA e p W ZJ AE
siedzenie blisko siebie było dobre.

Przeważnie jestem wciśnięty między nieznajomych, którzy
zasypują mnie pytaniamii wymagają mojej uwagi. Potem czekam
w klatce powietrznej i błogosławię moment, kiedy uda mi się
zasnąć.

Lubię latać tak samo, jak nienawidzę bycia pasażerem w sa-
molocie. W przeciwieństwie do jazdy samochodem... tak samo
lubię, kiedy mnie wożą, jak nie lubię prowadzić samochodu.

Rejs z Los Angeles do Nowego Jorku trwał piętnaście miesię-
cy. Pierwszy przystanek, Honolulu na Hawajach. To było jak dźja
vu Miami Beach. Zanim wpłynęliśmy do portu, doświadczyłem
chyba najwspanialszego widoku w życiu.

Kiedy ląduje się w Los Angeles w nocy, widać ściśnięte
choinki olbrzymich rozmiarów, które na ciebie czekają. Ich prze-
pych sprawia, iż zapominasz, że to tylko tandetne neony. Zapo-

115

%

Medytacja, ani nie sraj, ani nie wstawaj z nocnika, wydaje mi
się edukacją w stronę katatonii, natomiast psychoanalityczna
technika walki idei promuje myślenie schizofreniczne. Doświad-
czyłem zarówno spokojnego siedzenia w Zendo, jak i słowotoku
na kozetce. Teraz obie te rzeczy spoczywają w grobowcach
w moim śmietniku.

Nie cierpię używaniai zatwierdzania słowa „normalny” w od-
niesieniu do kreatywnej obojętności. Używane ono jest o wiele
za często dla przeciętnej, a nie optymalnej funkcji. Nie cierpię
używaniai uznawania słowa „idealny” w odniesieniu do kreatyw-
nej obojętności. Czuć je osiągnięciem i pochwałą.

Uwielbiam używać i uznawać słowo „środek”. To dziesiątka
na tarczy. Takiej tarczy, która za każdym razem trafia w strzałę.

"Uwielbiam wszystkie nieudane spotkania strzały z celem z prawej

i z lewej, z góry i z dołu. Uwielbiam wszystkie próby, które
zawodzą na tysiace sposobów. Dziesiątka jest tylko jedna, a dobrą
wolę liczy się tysiącami.

Przyjacielu, nie bądź perfekcjonistą. Perfekcjonizm to prze-
kleństwo i stres. Albowiem drżysz, żeby tylko trafić w sam
środek. Jesteś perfekcy_]ny Jezeh soble na to pozwolisz. PrzyJa-

piałem po dwóch operacjach w Miami, oderwaniu się od Marty
i nazbyt częstych wycieczkach w LSD. Nie zjawiło się nic, co
byłoby tego warte. Pomimo wsparcia nie mogłem przedostać się
do profesji i nie mogłem pozbyć się uczucia skazania na życie.
Nie miałem nawet depresji. Miałem dosyć tego psychiatrycznego
bałaganu. Nie wiedziałem, czego chciałem. Przejścia na emery-
turę? Wakacji? Zmiany zawodu? Wybrałem wycieczkę z Los
Angeles do Nowego Jorku, ale inną drogą — statkiem dookoła
świata.

Zawsze kochałem rejsy, dokładnie odwrotnie do zatłoczonych
samolotow pasażerskich. Z wyjątkiem jedynego razu, kiedy w ze-

nnn it Zai A avtcr st nRalonialiźeeee Ar EKurnny VW Aviinrno

minasz o wiszacym nad miastem smogu, który wita cię przy
wjeździe do miasta stu miast.

Teraz pomnóż wielokolorowy blichtr wielokrotniei wykąpsię
w nim. To mi się przytrafiło przed Hawajami.

Kocham srebrne migotanie firmamentu, jak wszyscy. Teraz
zostało ono wzmocnione czystym oceanicznym powietrzem i po-
myślałem, że moze uda mi się wydobyć z tego coś jeszcze.
Wziąłem małą dawkę LSD i wtedy to się stało.

Nie do opisania to nijakie określenie. Nie było żadnej odległo- §
ści, żadnych dwóch wymiarów. Każda gwiazda była bliżej lub

dalej, każda wykonywała kolorowy taniec niczym Wenus, zanim

spadnie do oceanu. Wszechświat, pustka nad pustkami, po raz

pierwszy został wypełniony.

A’%

ty sig i błyszczały miłością, aż zrobiło mi się miękko w kolanach.
Do tej pory czasami widzę te oczy. Niemożliwa miłość stała się
możliwa.

Przedtem tylko raz w życiu widziałem taką miłość w czyichś
oczach. Lotte Cielinsky, moja pierwsza miłość. Musiałem grać
w komedii francuskiego szlachcica. Ona przyszła na tyły sceny
ikiedy mnie zobaczyła w kostiumie i makijażu, jej twarz przeszła
transformację, jak gdyby niebo otworzyło się tylko dla niej.
Piękna, najpiękniejsza.

Pewien japoński lekarz opracował metodę łeczenia nerwic.
Trzydni włóżku. Pacjentowi wolno wstać jedynie poto, aby pójść
do ubikacji. Wypróbujmy to! Wykorzystajmy to, żeby zrobić
przerwę w paleniu! Młody lekarz nie mówić angielski. Wszystko
organizuje asystent bez wykształcenia medycznego. Proszę o tłu-
macza. Tak, ale muszę zapłacić ekstra.

Mam dobry pokój dla siebie. Może jestem tutaj pierwszym
Europejczyklem Inni pacjenci gapią się na mnie jak na dziwne
zwierzę. Żona lekarza przynosi mi jedzenie, podaje mi je na
kolanach. Mijam gabinet lekarski drugiego dnia mojego pobytu.
Lekarz siedzi sztywno, jak ma w zwyczaju, najwyraźniej czeka
na mnie cały dzień Nie 7nam ohveraidw Dziewosyvno ftMimono

Potem Japonia— Tokio i Kioto. Niemożliwością jest opisanie
kontrastu miedzy tymi dwoma miastami, chociaz dzieli je zale-
dwie nocny przejazd szybkim pociagiem. W Tokio ludzie nieczu-
li, nie§wiadomi siebie nawzajem, stłoczeni tak, że dla porównania
sardynki w puszce mają więcej Lebensraum. Przynajmniej nie
nabijają sobie siniaków. A jednak przeżyłem tam największe
doświadczenie: kochające oczy staruszki kucającej w rynsztoku,
która czyściła mi buty. Wyrzuciłem niedopałek papierosa. Łako-
mie go podniosła. Wówczas oddałem jej opróżnioną do połowy
paczkę. Odwróciła głowę w moją stronę. Ciemne oczy rozpływa-

116

NU U E WU w

J UA ANAN YŁ

bardzo, bardzo słabo zna angielski. ł

Znoszę to przez ponad dwa dni, potem wybucham, wybiegam
ikupuję papierosy. Dostaję rachunek. Dwie godziny tłumaczenia
przez dziewczynę kosztuje trzy razy więcej niż trzy dni w sana-
torium. Nie czuję się wyleczony. ,

Japoński psycholog, którego poznałem w Stanach, zasugero-
wał mistrza zen Roshi Ihiguru. Zen w pigułce. Satori w tydzień.
Bez żartów. M., inny amerykański psycholog, i jajesteśmy pierw-
szymi europejskimi uczniami. My plus ośmiu młodych Japończy-
ków stanowimy klasę. To wielkie wydarzenie. Zwołano prasę
i fotoreporterów. Zatrzymałem wycinki z gazet.

M. i ja mamy dla siebie duży pokój. Musimy rozwijać mate-
race na noc, ponieważ w ciągu dnia każdy uczeń ma u mistrza
kilka minut prywatnej audiencji. Podczas audiencji muszę poło-
żyć się przed nim na plecach. On zadaje mi jakieś wyświechtane

117

ANIC sqUzy, LLUY MU5 UULLUL JaRivS Uo WILLUINL LAY 51071, dlb 3

samo doświadczenie było interesujące. Kiedy przyszło do płace-
nia, doznałem szoku. Cena wyniosła dziesięć dolarów, co obej-

mowało pokój, wyżywienie i czesne za cały tydzień. Kiedy mi to |

powiedziano, nie mogłem tego przyjąć i dałem trzydzieści dola-
rów, które on przyjął z wdzięcznością i namalował dla mnie
obrazek pędzelkiem, a żona dołożyła premię w postaci słodkawe-
go rysunku kwiatów.

Popełniłem jeden głupi błąd. Trzeciego ranka powiedziano :

mi, że woda jest gotowa na kąpiel. Była tam wielka beczka
z parującą wodą, szeroka na dwie stopy, a głęboka na trzy. Nie
wiedziałem za bardzo, jak się w tym zanurzyć, ale udało mi się
wgramolić i namydlić. Wykorzystałem wielką warząchew, która
zwisała obok beczki, aby spłukać głowę. Było niewygodnie, ale
lepsze to niż nic.

118

PYn gU Oswitaczna, Jeze takVWY ToJN SU E UE WA
jest produktem czystej fantazji Hermanna Hessego.

Do jednego z najbardziej zaskakujących i spontanicznych
doświadczeń satori doszło dwanaście lat temu w Miami Beach.
Szedłem sobie Alton Road, kiedy poczułem, że naszła mnie
transformacja. Wówczas nie wiedziałem nic o środkach psy-
chodelicznych, nawet ich nie brałem. Poczułem, że cierpnie mi
prawa strona, jest nieomał sparaliżowana. Zacząłem kuleć, twarz
mi zwiotczała, poczułem się jak wiejski głupek, intelekt popadł
w stan odrętwienia i przestał działać. Niczym uderzenie błyska-
wicy światzaczął istnieć na nowo, trójwymiarowy, pełen kolorów
iżycia... zdecydowanie nie za sprawą depersonalizacji... niczym
„bezżyciowa” wyrazistość, ale z pełnym odczuwaniem: „To
właśnie to, to jest prawdziwe”. Było to całkowite przebudzenie,
odzyskanie zmysłów lub odnalezienie mnie przez zmysły, a może
zmysły nabrały sensu.

119

pytania i wtedy jestem zwalniany na reszte dnia. Mistrz to mały, |
pompatyczny mężczyzna, o dość wysokim głosie, który siebię
i swoją pracę traktuje bardzo poważnie.
Wstajemy o piątej rano i mamy „siedzieć” w słynnej pozycji 4
lotosu w słynny sposób, wykrzywiając nogi praktycznie przez |
cały dzień. Nam, dwóm obcym przybyszom, wkrótce zezwolono §
na korzystanie z krzeseł. Po dwóch dniach mistrz wprowadzit §
swoją specjalność. „Wydychajcie z jednoczesnym szczekaniem,] 1
Powtarzajcie to ??? razy”. Czym się różni „róbcie to przez mmu_
ty” od „róbcie to godzinami”? 1
Jedzenie jest zadziwiająco dobre. Zona mistrza poświęca się !
by uzupełnić japońskie potrawy zachodnimi. Pod koniec kazdego]
posiłku nalewamy do miseczki herbatę i za pomocą plastra jakie-;
goś warzywa czyścimy ją do ostatniego ziarenka ryżu. i
Myślę, że Japończycy przystosowali się do braku żywności;
poprzez skurczenie się i dzięki temu żyją na niskokalorycznej:
diecie. Kiedy znalazłem się w tłumie, czułem się niczym olbrzym;
pośród krasnoludków, a mam tylko 172 centymetry wzrostu. |
W każdym razie nie głodowałem, chociaż czasami wykrada-
łem się na papieroska albo czekoladę.

PR TT

RTm

Potem dowiedziałem się o mojej zbrodni. Woda została pod-
grzana wielkim wysiłkiem i stanowiła wspólną własność. Łyżka
służyła do nabierania wody, którą potem się myło. Zepsułem
„kąpiel” całej grupie.

Moje spóźnione przeprosiny. Jesteśmy zbytnio zespuci i bie-
rzemy bez namysłu to, co dla innych jest ciężko wypracowanym
luksusem. '

Wiem, czym Jest doswxadczeme satori, chociaż nie doznałem
rP o

  • .

Wiedziałem oczywiście (głównie poprzez sny i lekturę Ko-
! rzybskiego) o niewerbalnym poziomie istnienia, ale uznawatem
to za ukrytą, a nie za realną formę istnienia.

JA

  • W

\

W przeciwieństwie do Tokio zakochałem się w Kioto. I to tak
bardzo, że poważnie zastanawiałem się, czy by się tam właśnie
nie osiedlić. Łagodni ludzie zważający na siebie nawzajem, pa-
trzący otwarcie, z szacunkiem. Raz w kawiarni zostawiłem cza-
sopismo, które już przeczytałem. Właścicielka biegła za mną dwie
przecznice, aby mi je oddać. Nawet taksówkarze byli szczerzy.

Siedziałem godzinami w ogrodzie hotelu i obserwowałem
kaczki dyscyplinujące bezczelnego, starego karpia, aroganckie
łabędzie, które ledwo obracały szyje, by spojrzeć na te wypadki.

Harmonia i spokój wszędzie, nie tylko w zamku i w złotej
świątyni. Kilkakrotnie trafiłem na nie nawet w barze ze stripti-
zem. Pewien numer, który na Zachodzie uznano by za wulgarny,
stałsię wydarzeniem artystycznym. Aktorka przedstawiła wdowę
masturbującą się przed grobowcem zmarłego męża. Robiła to
z takim oddaniem i pięknem ruchu, że niosła przekazanie miłości,
a publiczność milczała, nie wiwatowała.

A zatem do zen. To miejsce chyba nazywało się świątynią
Daitokuji i było jedną z tysiąca świątyń, jakie można znaleźć
w północnym Kioto. Właścicielka, Amerykanka, obserwowała
i sprawowała władzę nad grobowcem swego męża, biblioteką

121

T el

Roshi, dość młody mnich zen, bardzo mnie polubił. Zanim
wyjechałem z Kioto, zaprosiłem jegf›/l (.Żały _tłum na ;vystawqy
(i muszę przyznać, smakowity) chiński qud składający się
z dwunastu dań. Dowiedziałem się, że Roshi marzy o zega’rku na
rękę. Po dwóch dniach odkryłem, że nie nosi zegarkg, kt(?ry mu
podarowałem. Nie mogłem zrozumieć dlączęgo, p.on‘le.waz zegi-
rek byt dobry. Wówczas dowiedziałem się, że u_m.lescxł zegarek,
wraz z innymi drogocennymi rzeczami, w miejscu dla niego
SWlęZŻr:n ;.›rzyciągnął mnie jako możliw-ość rel'ig{i’bez Ęoga. Śać
skoczyło mnie to, że przed każdą sesją musieliśmy się modli
i składać ukłon przed posągiem Buddy. Bez względu na symbt›
lizm dla mnie była to konkretyzacja prowadząca do deifikacji.

„Siedzenie” nie było wielkim stresem, gdyż dwu- lub trzygo-

122

==

Znowu utknąłem. Przygladam się ostatnim dwóm akapitom
i widzę, że są częściowo chaotyczne i pomieszane. Co zrobi
wydawca? Widzę już, że ta pisanina zakrawa na książkę. Moje
początkowe intencje pisania jedynie dla siebie, dla uporządkowa-
nia własnych spraw, dla zgłębienia palenia i pozostałych sympto-
mów tracą na autentyczności. Moja prawdomówność także zosta-
ła nadwerężona. Nie tylko dwukrotnie przyłapałem siebie na
grzechu „opustki”, ale co więcej, zacząłem zastanawiać się nad
wprowadzaniem żyjących ludzi. Strach przed podaniem do sądu
i tego rodzaju rzeczami. Cóż, co będzie, to będzie, jak śpiewa
Edith Piaf.

Jak dotąd, to pisanie dobrze mi się przysłużyło. Moja pierwot-
na nuda zamieniła się w ekscytację. Piszę od trzech do sześciu
stron dziennie, między seminariami lub w nocy. Z wiekiem robię

123

dzinne sesje przerywaliśmy spacerami. Musieliśmy oddychać
w konkretny sposób i zwracać uwagę na oddech, aby zminimali-
zować narzucające się myśli, podczas gdy mistrz przechadzał się,
czasami poprawiając nam pozycję. Za każdym razem, kiedy
zbliżał się do mnie, denerwowałem się. To oczywiście zakłócało
mi oddech. On uderzył mnie tylko kilka razy. Miał bardzo silne
mięśnie brzucha, którymi lubił się popisywać. Miałem wrażenie,
że jego mięśnie były dla niego ważniejsze niż oświecenie.

Spędziłem tam dwa miesiące. Nie starczyło czasu na należyte
zaznajomienie się z grą koan. Mistrz dał mi tylko jedno dziecinne
proste koan: „Jakiego koloru jest wiatr” i najwyraźniej byt zado-
wolony, kiedy w odpowiedzi dmuchnąłem mu w twarz.

"’13
7

| i licznymi pismami. Raz było tu mnóstwlo gości, więc wdziałą
swój ujmujący kostium. Zdecydowanie wm?ka kallałankavzen„ |

Studenci stanowili międzynarodową mieszaninę. NlektOI?y
z nich wiedli proste życie, udając mnichów zen. Naprawdę lubi.
łem ich i to ich szczere głodowanie dla o.dkułnema. Często Spo-.
i tykaliśmy się wieczorami przed „siedzeniem”. Na‘ początku pani
i Sasaki mówiła o oddychaniu i innych temata-ch ;wxązanych dee:n:
ale po czterech tygodniach ona i jej uczniowie coraz b?xr ziej
interesowali się terapią gestaltyczną. Ja dawałem jak najmniej.
Chciałem zgłębiać ich stanowiska i wyniki pracy.

się skąpy i często wolę pisanie od pójścia na spotkanie. Lubię
pokazywać fragmenty rękopisu niektórym przyjaciołom i ciągle
zachwyca mnie ich reakcja. Kiedy Teddy, moja sekretarka, przy-
chodzi załatwiać korespondencję lub posprzątać, wpierw musi
przeczytać, co napisałem, i wydać osąd.

Poprzez mobilizację pisarskiej ekscytacji na wskroś czuję się
lepiej. Otrzymuję i daję więcej miłości. Stary zbereźnik robi się
czystszy, ale co mogę począć, jeżeli coraz więcej pięknych,
młodych i już nie tak młodych dziewczyn, a często też ten lub
tamten mężczyzna ściska mnie i całuje?

Mój spokój, humor i terapeutyczne zdolności wzmacniają się,
podobnie jak zadowolenie. Co ciekawe, przez ostatnie dwa lata
czuję, że już nie jestem skazany na życie, ale nim obdarowany.

Byłeś jednym z niewielu, których słuchałem. Nawet jeżeli to,
co mówiłeś, wydawało się wtedy pozbawione sensu, zawsze
wkładałem twoje zdanie do brzucha i pozwalałem mu dojrzeć.
Prawie zawsze rodziły się z tego owoce.

Jego uwagi nie zawsze były krytyczne. Kiedyś bardzo mi
pomógł. Próbowałem opanować Heideggera, a Paul powiedział:

— Po co ci Heidegger? Ty powiedziałeś to lepiej i bardziej
sensownie.

Paul i Lotte stanowili najbardziej zadziwiające małżeństwo.
On był mordercą, a ona była niezniszczalna (Lotte jest słodka
i łagodna, i dobry z niej wietnamski kucharz), a on obdarzał ją
razami miłości i przemocy.

Po raz pierwszy spotkałem Lotte, kiedy wygłosiłem odczyt
w Towarzystwie Rozpowszechniania Psychoterapii, na temat:
„Teoria i technika integracji osobowości”. Ona przyszła i praco-
wała ze mną. Zostaliśmy wtedy przyjaciółmi.

Paul, który prowadził badania nad nowotworami, cierpiał na
nerwicę obsesyjną. Pracował głównie z Lore i stał się dobrym
terapeutą, głównie w krańcowych przypadkach. Poza terapią
gestalt bardzo zaangażował się w zen, pojechał kilka razy do

Taponii i zaprosił mnichów zen do <weookrain Totte chorouła cia


Ś

Utknąłem, ponieważ nie wiem, czy powinienem pisać o moim
zmarłym przyjacielu, Paulu Weissie, który był integralną częścią
mojego wzrastającego zainteresowania zen, czy może raczej po-
winienem dalej opisywać podróż dookoła świata. Widzę, że moje
pismo coraz bardziej maleje, kiedy wspominam Paula. Rzeczy-
wiście często czuję się mały w jego obecności.

Paul, gdybym tylko mógł zrobić coś więcej, niż wyciągać cię
z mojego śmietnika. Zebym tylko mógł przywrócić ci życie. Byłeś
prawdziwy i rzeczywisty, mądry i okrutny. Przeważnie okrutnie
dokładny wobec samego siebie. Dyscyplinowałeś się, siedząc w po-
zycji zen i wymagając najczystszego i szczerego myślenia. Nigdy
nie szedłeś na kompromis w zasadniczych sprawach.

124

_ „.„.„„v...„J..„.„„....„,.„.Y
na inwazję na ich dobrze utrzymany dom.

Od tej pory coraz bardziej fascynował mnie zen, jego mądrość,
jego potencjał, jego nieumoralniające podejście. Paul spróbował
zintegrować gestalt i zen. Moje starania bardziej kładły nacisk na
stworzenie dającej się zastosować teorii otwierania tego rodzaju
ludzkiej samotranscendencji uczłowieka Zachodu. Zachęcił mnie
do tego Aldous Huxley, który nazwał Gestalt Therapy „jedyną
psychoterapeutyczną książką wartą przeczytania”.

Jeżeli chodzi o moje osiągnięcia w zen, to podróż do Japonii
zakończyła się fiaskiem. Potwierdziła jedynie moje przekonanie,
tak jak w przypadku psychoanalizy, że coś jest mylne, skoro wiele
dziesięcioleci do niczego nie prowadzi. Można co najwyżej po-
wiedzieć, że psychoanaliza wydaje psychoanalityków, a studia
nad zen rodzą mnichów.

Należy potwierdzić wartość obu systemów w rozwoju świa-

125

126

kowac 1 będzie brać udziai, 1 przyłączy się do innych, by uczest-
niczyć i dołożyć własnych starań.

„Ja” jest doświadczeniem pierwszoplanowej postaci. Jest su-
mą wszystkich wyłaniających się potrzeb, centrum zawiadow-
czym. To stały czynnik we względności wewnętrznych i zewnętrz-
nych żądań. To agent względności wobec wszystkiego, z czym
się identyfikuje: reagujący, zdolny do reagowania na sytuacje —
nie „odpowiedzialny” w moralizatorskim znaczeniu przyjmowa-
nia zobowiązań dyktowanych przez obowiązek.

Na przykładzie braku równowagi wody dwa twierdzenia: „Nie
mam pragnienia” i „Mam pragnienie” nie są logicznymi przecze-
niami, ale identyfikowaniem się z różnymi stanami odwodnienia
lub jego braku.

Jak na razie dobrze. Uznajemy, że „ja” nie jest rzeczą statycz-
ną, ale symbolem funkcji identyfikacji. Jednak jeszcze jesteśmy
daleko w lesie. Przede wszystkim, jeżeli Freud mówi o całkowitej

127

domości i wyzwolenia ludzkiego potencjału; trzeba jednak za-
przeczyć efektywności obu metod. Nie moga być wydajne, po-
nieważ nie są skoncentrowane na biegunowości kontaktu i odda-
lenia, rytmie życia.

Wczoraj zupełnie nie miałem ochoty pisać. Pierwsze strony
tego rozdziału przekazałem Kay do przepisania na maszynie.
Poczułem po tym pustkę, nic się nie nasuwało, nic nie wypełniało

tej pustki.

Tysiące sztucznych kwiatów
Nie umai pustynii,

Tysiące pustych cieni

Nie zapełni pustki pokoju.

Ostatniej nocy znowu zacząłem szukać po omacku. Szukałem
w różnych kierunkach. Bardziej niż wspomnienia i doświadcze-
nia chcę ratować moją filozofię gestaltu. Chcę, by mnie poznano
w języku, który jest zrozumiały. Chcę wprowadzić żywą teorię,
która sprawdza się i jednocześnie nie kostnieje. Chcę, chcę, chcę.
Ja, ja, ja.

Cz'ym Jest „ja”? Kompozycją introjekcji (jak sugerował Freud)
czymś, co neurolog potrafi znaleźć w mózgu, organizatorerr;
działań, k@pitanem mojej duszy? Nic podobnego. Małe dziecko
jeszcze nie gosiada „ja”. Mówi o sobie w trzeciej osobie. Eski-
mosi używają trzeciej osoby liczby pojedynczej zamiast „ja”.
Pewne plemiona z mórz południowych mówią „tutaj” zamiast

Zauważyliśmy, że biologiczny gestalt, który wyłania się jako

tymczasowy organizator, przejmuje kontrolę nad całym organi-
zmem. Każdy organ, zmysły, ruchy, myśli podporządkowują się
tej wyłaniającej się potrzebie i pospiesznie zmieniają sprzymie-
lzeń,c)óx-›v.i funkcję, gdy tylko potrzeba zostanie zaspokojona,
a później wycofują się w tło. Gdy tylko wyłania się następna
potrzeba, wszystkie części oddają się na jej usługi i u zdrowej
oSO]'Jy. wszystkie będą wspierać spełnienie gestalt. Wszystkie
części organizmu identyfikują się tymczasowo z wypełniającym
się gestaltem.

Podobny proces zachodzi na poziomie społecznym. W na-
głych wypadkach — w przypadku powodzi, trzęsienia ziemi
F›bchofl-(i_w ?vyyt_:ięstwa — wiele osób będzie się z nim idcntyfi:

introjekcji, to ma na myśli takze proces identyfikacji. Jezel;
dziewczyna introjektowała swoją matkę, to według niego identy.
fikuje się tak bardzo z matką, iż zachowuje się, „jak gdyby” byłą
swoją matką. Co więcej, termin „identyfikacja” jest terminem
opisowym i mówi nam mało o tym, co faktycznie się dzieje,
W końcu, nasz termin wymaga trochę obszerniejszego wytłuma-
czenia: „identyfikacja z”, „identyfikacja jako” i „bycie identyfi.
kowanym z”.

Wygląda na to, że musimy zagrać w semantyczne gry dopa-
sowywania. Jednym z celów z mojej filozofii jest być spójnym,
to znaczy mieć zastosowanie we wszystkich pojawiających się ś
wydarzeniach, w organicznym oraz nieorganicznym świecie. Im |
bardziej zrozumiałe jest intelektualne wsparcie, tym mniejszej §
doświadczymy kulawizny na wyższych, to znaczy na narzuco- |

nych poziomach.
Z

Palę. Wydmuchuję kółko. Mogę zidentyfikować je jako kółko
z dymu. Łagodny powiew wiatru rozciąga je. Unosi się do góry,
zniekształca się, powiększa, rozpływa. Jeszcze tam jest... nie-
wyraźnie. Zatraca granice. Znika. Muszę wyciągać szyję, by nadal
być jego świadom. Już go nie ma. Nie ma? Jest tam w zbieżności
z powietrzem i już nie da się go zidentyfikować. Będziemy

1
|
|

Od spotkania z Friedlanderem nauczyłem się sztuki właściwej
polaryzacji. Przeciwieństwo „identyfikacji z” to alienacja. Samo-
alienacja stała się ważnym terminem w egzystencjalnej psychiatrii.

„Identyfikacja jako” ma swoje przeciwieństwo: zbieżność —
rozróżnienie kontra nieodmienne tło.

Terminu „zbieżność” używam od roku 1940. Nie sądzę, by
znalazł on już zastosowania w psychiatrii. Jako słowo łatwo go
pojąć, ale jako termin wcale nie łatwo. To jedna z kategorii

nicości.

128

musi€ll ZDadac I przeanalizować powieltrze w pomieszczeniu, by
wyśledzić jego substancję, chociaż jego gestalt, jego definicja,
zniknął.

Wychodzę z pokoju. Po powrocie wyczuwam dym w powietrzu.
Nawiązałem kontakt. Teraz jestem świadom dymu w powietrzu.

W zbieżności świadomość jest zredukowana do nicości.
W kontakcie świadomość jest intensywna. Zanim wróciłem do
pokoju, nie byłem świadom zadymionego powietrza. Byłem izo-
lowany, oddzielony od niego. To zjawisko jest najlepiej znane
i najlepiej zbadane we współczesnej psychiatrii: represja, blok,
zahamowanie, kompartmentalizacja, plamy przed oczyma, ślepa
plamka, pustka, amnezja, ściana, cenzura, arkusz plastiku itd.
Odzyskanie ukrytego skarbu to cel technik psychoanalitycznych.

Gdy tylko usunę dzieląca instancję, nawiązuję kontakt z ukry-
tym zjawiskiem. Wiem wszystko. Muszę podążać ostrożnie, krok
po kroku, aby trzymać się tematu. Nic dziwnego, że teraz pisanie

129

nie idzie mi zbyt ptynnie. Nie spodziewam się tez, że będzie się
łatwo czytać. Kiedyś mówiłem, że filmy, które kręcę, będą moim
testamentem, ale teraz ta książka zaczyna zajmować pierwszy plan
i kręcenie filmów przestało być ekscytujące. Jutro kończą się
czterotygodniowe warsztaty i wygląda na to, że bedziemy mieć
sporo ciekawego materiału na rozpropagowanie terapii gestaltycz-
nej, ale podniecenie i zaangażowanie, jakie odczuwałem, kiedy
zaczynałem pracować z taśmami wideoi kręceniem filmów, osłabło.
Mamy przynajmniej dwa filmy na temat zbieżności, wiele o funk-
cjach kontaktu i zdrowieniu oraz także kilka o niezdrowieniu.

Punktem zero tutaj jest odkrywanie. Kazdemu odkryciu towa-
rzyszy doświadczanie „aha!”, miły lub niemiły szok różnej inten-
sywności. Twierdzę, iż uczenie się to odkrywanie czegoś „nowe-
go”, na przykład zrozumienie, że coś jest możliwe. Usunięcie
bloku to odzyskanie czegoś „starego”, czegoś, co do nas należy,
czegoś, co wyobcowaliśmy, czemu odebraliśmy jego słuszną
przynależność do nas.

Podczas gdy obecnej terapii wystarcza zdrowienie jako anti-
dotum na wyczerpanie wywołane represją itd., terapia gestaltycz-
najeszcze bardziej interesuje się odkrywaniem uśpionego poten-
cjału jednostki.

Co więcej, pomimo jej użyteczności cała teoria i terapia repre-
sji musi zostać ponownie zbadana.

Ten na górze: Przestań, Fritz, co ty robisz?

Ten na dole: O co ci chodzi?

Ten na górze: Bardzo dobrze wiesz, o co mi chodzi. Przeno-
sisz się z jednej rzeczy na drugą. Zaczynasz coś w rodzaju
identyfikacji, potem wspominasz zbieżność. Teraz widzę, że je-
steś gotów rzucić się w dyskusję o represji.

Ten na dole: Nadal nie rozumiem twojego sprzeciwu.

Ten na górze: Nie rozumiesz mojego sprzeciwu? Człowieku,
kto, u diabła, może jasno zrozumieć twoją terapię?

Ten na dole: Chcesz powiedzieć, że powinienem wziąć tab-
licę, narysować tabele i starannie skategoryzować każdy termin,
każde przeciwieństwo?

130

Ten na górze: Niezły pomysł. Mógłbyś się tym zająć.

Ten nadole: Nic z tego. Przynajmniej nie w tym stadium. Ale
powiem ci, co mogę zrobić. Mogę ostatecznie użyć innej czcionki
dla materiału biograficznego, filozoficznego, terapeutycznego
i poetyckiego.

Ten na górze: No, jest to jakiś pomysł.

Ten na dole: Co więc chcesz, abym zrobił? Powstrzymać
rzekę? Przestać grać w mój śmietnik?

Ten na górze: Hm, nie byłby to zły pomysł, gdybyś usiadł
i zdyscyplinował siebie, jak to czynił Paul, i napisał:

  1. swoją biografię,

  2. swoją teorię,

  3. historie przypadków, wymarzona praca etc.,

  4. poczję, skoro musisz.

Ten na dole: Idź do diabła. Znasz mnie lepiej. Jeżeli spróbuję
coś rozmyślnie i pod presją, będę wściekły i zastrajkuję. Przez
całe życie dawałem się nieść...

131

|

Niech niosa mnie morskie fale
Po oceanach słów

Niechaj dowodzi taki kapitan
Jak najwyższy kontroler

Pozwólcie spać jak długo chcę

I wolno jeść śniadanie

A potem śmiały wiatr co chłoszcze mnie
Ifale, łódź i kolegów na pokładzie.

Niech zatem podróżuję sam
Bez żony i bez dzieci
Bez guru i przyjaciół
I wszelkich obligacji

Niechaj opróżnię wszystkie kufry
Wyrzucę zbędny bagaż

Aż wolny stanę się od śmieci

Co życie mi zagracają.

Dajcie mi żyć i umrzeć jak chcę
" Sala rozpraw dla ludu
Samotny typ co żartować chce
I myśleć, bawić się... ot wszystko.

132

Zatem niech świat, cela i pszczółki
Pełne będą myśli-emocji

Niech niosą mnie morskie fale

Po oceanach słów.

Ten na górze:

Słyszę twą prosbe

I czuję łzy

Żegnaj więc żeglarzu samotniku.

Pościeliłeś sobie
Wykułeś łańcuchy
Ciesz się ciężkim tańcem.

Żegnaj już
lecz jeszcze wrócę
I będę się naprzykrzać.

Aż po kres twych dni

Gdy rozstaniemy się.
Poślubiłeś mnie, a nie twą żonę
I myślałeś, że jesteś sprytny.

Botytoja, ajato ty
I razem też pomrzemy.

133

ZELDYMM WYKOLZYSLał UKaZJĘ I HHUWIL U PŁUJGNJA

Czytelnicy: Nie, nie. Chcemy, żebyś mówił dalej o twojej
podróży dookoła świata. Powiedziałeś, że strzałka została usta-
wiona na cel — Esalen — na długo, zanim tam pojechałeś, i to
musiało mieć związek z twoją podréza.

Fritz: Racja. Pomimo mojej niespokojnej, cygańskiej natury
szukałem miejsca, gdzie mógłbym rozbić namiot na dłużej. Kioto
z delikatną ludnością wydawało się jedną z możliwości. Drugą
było Elat, w Izraelu.

Czytelnicy: Aha, stary Żyd wraca do domu swych przodków.
A myśleliśmy, że jesteś ateistą.

Fritz: Racja. Chociaż doznałem w życiu przynajmniej jednego
religijnego doświadczenia, w 1916 roku w okopach Flandrii.

Byłem sanitariuszem w 36. Batalionie Zwiadowczym. Byłato /

jednostka przygotowana przede wszystkim do atakowania wroga

gazem trującym. Miałem rozkaz trzymać się oficera medycznego |

134

siońca. roczuiem ooecność Hoga. A może byia to wdzięczność
albo kontrast między ostrzałem armatnim i błogą ciszą? Kto wie?

W każdym razie, to nie wystarczyło, abym się nawrócił. Może
Goethe ma rację, kiedy Faust odpowiada Małgorzacie:

IS
Ś )
L

Religijny to człowiek

który zajmuje się sztuką

atakże jeśli polega na mądrości nauki.
Lecz kiedy brak mu tego wsparcia,
człowiek którego losem pustka...
temu trzeba wiary w Boga.

135

w trzecim rowie, ale potem został on zmieniony i musiałem
przenieść się do bardziej niebezpiecznego pierwszego rowu.
Wspierały nas dwie kompanie miotaczy min z gazem trującym.
O trzeciej w nocy zaatakowaliśmy i w ciągu minuty skierowała
się na nas cała brytyjska artyleria. Dwie godziny piekła, a jednak
nie było zbyt wielu rannych, którymi miałem się zajmować. Sam
odniosłem powierzchowną ranę czoła, która nadal jest widoczna,
kiedy nie jestem opalony, i na niektórych zdjęciach wygląda jak
trzecie oko. Później dowiedziałem się, że punkt sanitarny w zie-
miance w trzecim okopie przyjął bezpośrednie uderzenie i lekarz
z dwoma sanitariuszami zginął.

Pierwszy czytelnik: Hejże, wy tam, skończcie już z tym senty-
mentalizmem. Zapłaciłem, żeby przyjrzeć się temu, co robisz,
Wyjechałeś z Japonii... dokąd?

Fritz: Do Hongkongu, oczywiście.

Drugi czytelnik: I trafiłeś tam na parę okazji, co?

Fritz: Tak i nie. Dostało mi się wełniane palto za trzydzieści
dolarów, ale jakieś kuse. Ponadto biała marynarka, którą nosiłem

i na pokładzie, ale teraz od lat wisi bezużytecznie w szafie.

Trzeci czytelnik: Jaka była sytuacja polityczna?

Fritz: Nie pamiętam. Poszedłem pod drut kolczasty, który §
oddziela królewską kolonię od Chin, tylko po to, żeby mócj
powiedzieć, że widziałem czerwone Chiny. 1

Trzeci czytelnik znowu: Dużo było uciekinierów z Chin? Ą%
Fritz: Tak, mieszkali w szałasach na wzgórzach i w zatłoczo- | (/
? y
nych blokach. Hej, panowie, co ze mą wyprawiacie? Zadajecie | —~ z <
ma przygotowane oględne wypowiedzi...
Czytelnicy razem: Cicho bądź, Fritz, po pierwsze, jesteśmy | N

wytworem twojej wyobraźni. I to ty sam myślisz, że jesteś VIP-em. *
Fritz: No, cóż, przyznaję się do tego wszystkiego. Chcecie,

. 1 BNT 2Y< TR

i
|
|
|
|
I
|
’ pytania niczym dziennikarze, traktujecie mnie jak VIP-a, który §

Podczas powrotnego marszu... zadmwxa]ąco plękny wschód

Słabo to przetłumaczone. Goethe to jedyny poeta, którego nikt |

nie może przetłumaczyć. Jego język ma zwięzłość, rytm i znacze.
nie, które traci subtelność, gdy tylko ktoś każe mu mówić obcym
językiem.

Mój związek z judaizmem i Żydami jest zdecydowanie niezdę.
finiowany. Wiem całkiem sporo o historii Niemców, Greków i Rzy.
mian. O historii — nie mogę nawet powiedzieć mojego narodu _
nie wiem prawie nic. Żydzi wschodnioeuropejscy w kaftanach

i z pejsami, których widywałem za czasów młodości, byli tajemni. §

czy, przerażający niczym mnisi i nie nalezeli do mojego światą,
A jednak kocham Żydów. A jednak kocham żydowskie historie §
i ich brzemienny spryt. Na moje seminaria często przychodzą |
Izraelici i szczególnie kiedy są sabra (urodzeni w Izraelu), jestem
uprzedzony na ich korzyść. Czczę i szanuję zdrowego Żyda, który
jest tożsamy ze swoją religią, historią i sposobem życia. Ich syjo-

nizm ma sens, chociaż patrzyłem i nadal patrzę na syjonizm jak na 1

coś nierealnego, głupiego i sentymentalnego. Większość Żydów
nie przyjechała do Izraela w tym duchu. Przyjechali jako ucieki-
nierzy przed Hitlerem i wiele jest miejsc na świecie, gdzie żydow-
ski spryt mógłby sprawić, że pustynie zakwitałyby łatwiej
i z mniejszą wrogością. Będąc zrównoważonym, kłaniam się to-

T)

L

To pisanie, jak wszystko, dyktowane jest rytmem kontaktu
i wycofania. Po napisaniu ostatniej strony poczułem ciśnienie
w głowie i zmęczenie. Teraz zmęczenie jest organicznym sygna-
łem par excellence dla wycofania. I znowu czuję to samo zmę-
czenie po zaledwie dwóch zdaniach...

bie, Izraelu, i twemu machabejskiemu duchowi. Szanujesz Żydów
na całym świecie. Nawet amerykański antysemityzm zmniejszył
się zdecydowanie. Bycie Żydem nie dyskwalifikuje już kogoś
automatycznie z pracy, do której się nadaje. Jeżeli chodzi o uśpio-
ny, amerykański faszyzm, celem będą Afrykanie i hippisi, a nie
Żydzi, a Afrykanie nie będą cierpieć poddańczo, tchórzliwie, jak
robił to europejski Żyd. Zasmakowali wolności i prężą mięśnie.

_"

Wróciłem na kozetkę, by nawiązać kontakt z ciśnieniem,
i pojawiło się dawanie sobie rady, co jest polaryzacją o wiele
bardziej stosowną niż wycofanie. Kontakt jest obecny w obu sy-
tuacjach. Zbytnio upraszczając: Radzenie sobie to nawiązywanie
kontaktu z SZ (strefą zewnętrzną, środowiskiem); wycofanie się
to nawiązywanie kontaktu z ŚS (środkową strefą) lub nawet WS
(wewnętrzną strefą, czyli własną strefą). Regresja nie jest sym-
ptomem neurotycznym, jak widział ją Freud. I z pewnością nie
jest charakterystyczną cechą neurastenika. Wręcz przeciwnie,
wycofanie się, regresja i ucieczka oznaczają zajęcie pozycji,
w której możemy sobie poradzić lub z której otrzymujemy po-
trzebne wsparcie, lub też w celu zajęcia się ważniejszą, nie
dokończoną sytuacją.

Jeżeli zostaje osłabiona elastyczność formacji postać/tło, je-
żeli w naszym przypadku radzenie sobie i wycofanie się nie

137

uzupełniają się nawzajem, to musimy się zajmować chronicznym
radzeniem sobie i chronicznym wycofywaniem, a oba symptomy
są patologiczne. Chroniczne radzenie sobie znane jest jako fiksa.
cja, trwanie przy czymś, przymus, sztuczność itd. Chroniczne
wycofanie się znane jest jako „utracenie kontaktu”, bycie od.
grodzonym, a w ekstremalnych przypadkach jako katatoniczne

odrętwienie.

Jeżeli batalion znajduje się w trudnej sytuacji, jest zagrożony £
anihilacją, utratą ludzi i amunicji, podejmie „strategiczne wycofa. §
nie”. Wycofa się na bezpieczniejszą pozycję i otrzyma wsparcie, aż :
niekompletny gestalt stanie się całością i znowu będzie miał ade-

kwatną liczbę ludzi, sprzętu i właściwy poziom ducha walki.

Istnieje pewna historia o dwóch psychoanalitykach. Młody, |
wyczerpany pod wieczór, pyta swego starszego kolegę: Jak mo: ;
żesz znosić wysłuchiwanie przez cały dzień tych wszystkich

asocjacji?
Starszy odpowiada: Kto słucha?

I znowu mamy dwa ekstrema trwania — chroniczne radzenie §
sobie, czesto nazywane „ponurą determinacją” — oraz zamyka- +
nie uszu. Trwanie doprowadziłoby do anihilacji batalionu i pro- *

wadzi też do wyczerpania młodego terapeuty.

Bankier z czasów czarnego piątku, który identy-
fikuje swoje istnienie wyłącznie z robieniem pienię-
dzy, trwa przy tym image'u, niezdolny poradzić
sobie z rynkiem, nie ma innego wyboru, jak tylko
popełnić samobójstwo.

Osoba, która czuje, że nie potrafi poradzić sobie
z daną sytuacją, osoba, która nie popuści, często bę-
dzie używać najprymitywniejszych sposobów ra-
dzenia sobie — zabijania. Innymi słowy, zabijanie
i przemoc to symptomy chronicznego radzenia sobie.

W kwietniu 1933 roku, po przejęciu władzy przez nazistów,
pojechałem do Aitingona, który był prezesem berlińskiego sto-
warzyszenia psychoanalitycznego i powiedziałem mu, że widzia-
łem ostrzeżenia na murze.

138

— Nie jesteś nastawiony na rzeczywistość — powiedział. —
Uciekasz.

Rzeczywiście, uciekałem. Moją rzeczywistością była niemoż-
liwość radzenia sobie z Hitlerem i SS. Jemu zabrało jeszcze dwa
lata, aby zmienić orientację i wyjechać do Palestyny.

O wiele więcej Żydów uratowałoby się podczas reżimu Hitle-
ra, gdyby potrafili zrezygnować ze swojej własności, krewnych
i strachu przez nieznanym. Wielu mogłoby się uratować, gdyby
przezwyciężyli inercję i głupi optymizm. Wielu by się uratowało,
gdyby zmobilizowali własne środki, zamiast czekać, aż ktoś ich
uratuje. Gdyby, gdyby, gdyby...

Obudziłem się rano ociężały i otumaniony. Siedziałem na
łóżku odrętwiały, jakby w transie, na podobieństwo pacjentów
w szpitalach psychiatrycznych, którzy wycofują się w rozmyśla-
nia. Duchy, ofiary Hitlera, głównie moje związki z Lore. Odwie-
dzają mnie, wytykają palcami: „Mogłeś nas uratować”, obarczają
mnie winą i odpowiedzialnością za nich.

139

Lecz ja trwam przy moim credo: „Jestem odpowiedzialny
tylko za samego siebie. Wy też jesteście odpowiedzialni za siebie.
Oddalam wasze roszczenia co do mnie, tak jak oddalam jakiekol-
wiek wtargnięcie w mój sposób bycia”.

Wiem, że postępuję zbyt twardo. Czuję się sfrustrowany i jed-
nocześnie wiem, że „sam” frustruję „siebie”. Cel, Esalen,
najwyraźniej coraz bardziej się oddala. Nawet Elat, gdzie (poza
Kioto) ujrzałem inną możliwość osiedlenia się, zdaje się poza
zasięgiem.

A jednak czuję się rzeczywisty i zadowolony. Mam kontakt
z wszystkimi trzema strefami. Wiem, że siedzę przy moim biur-
ku. Czuję, jak pióro ślizga się po papierze, widzę zagracony blat.
Lampa nade mną rzuca cień mojej dłoni na powstające słowa.

Mam także kontakt z moją wewnętrzną strefą, poczuciem
zadowolenia, zmęczenia podniu negocjacji z komisją z Waszyng-
tonu w sprawie grantu na zbliżające się wystawne centrum, chęci
kontynuowania książki.

Mam także kontakt ze środkową strefą, często nazywaną
umysłem. W tej strefie mówię wewnętrznym głosem, co często
nazywa się myśleniem; pamiętam, planuję, próbuję. Wiem, co
sobie wyobrażam, składam przeszłe wydarzenia. Wiem, że nie są

Osoba przy zdrowych zmysłach, podejmując grę, powracając
do minionych wydarzeń, marząc o spełnieniu w przyszłości
i o katastrofach, wie, że znajduje się w stanie „co by było gdyby”
i może szybko wrócić do rzeczywistości.

Istnieje jeden wyjątek, który w głębszym sensie nie jest wyjąt-
kiem... sen. Każdy sen ma cechę rzeczywistości. Każdy sen jest
halucynacją. Każdy sen jest odbierany jako naturalny. Człowiek
nie jest świadom ekstremalnego absurdu sytuacji i wydarzeń.
Każdy sen to spontaniczne wydarzenie. Fantazja dla odmiany
może być rozmyślna w znacznym stopniu. Najwyraźniej nie ma
granic fantazjowania, pod warunkiem że go nie sprawdzamy i nie
porównujemy z ograniczającymi możliwościami rzeczywistości.

Wyjazd do Elat wymagałby sporo planowania, czasu, pienię-
dzy, odkładania zobowiązań itd., wyjazd tam w świecie fantazji
jestłatwy, pod warunkiem że nie wymazałem pamięci. Kiedy jadę
tam lub, jak lubię to nazywać, kiedy biorę moją maszynę czasu,
znajduję się w połowie drogi między Bersheiką a Elat. Parę ruin,
bar, stacja benzynowa.

Tankuję swojego volkswagena, którego kupiłem w Niem-
czech kilka miesięcy wcześniej. Konieczność wyjaśniania tej
dostawy iest niepokoiaca. zakłócająca interesuiaca svtuacie

prawdziwe, ale nadal są to oi›razy. Gdybym uważał je za prawdzi-
we, miałbym halucynacje, to znaczy niezdolność rozróżniania
rzeczywistości od fantazji. Jest to główny symptom psychozy.

140

W tym zaw1cszonym w przestrzeni miejscu. Fakt polega na tym,
że samodzielnie przejechałem pięćset kilometrów przez pustynię
i wątpię, czy miałbym odwagę tego dokonać, gdybym nie miał
chłodzonego powietrzem samochodu, takiego jak volkswagen.

W przeciwieństwie do moich oczekiwań jazda przez pustynię
wcale nie była nudna. Droga była wąska, ale asfaltowa i przez
większą część w dobrym stanie. Poza paroma Beduinami z wiel-
błądami i namiotami nie spotkałem żadnych ludzi, chociaż z da-
leka widziałem kibuc i obóz wojskowy. Elat rozczarował mnie...
raczej sklecone z blachy baraki niż domy, zakurzone i gorące.
A była zima. Z łatwością mogłem uwierzyć w historie o tym, jak
nieznośnie będzie tu latem.

Zameldowałem się w hotelu na tyłach luksusowego Elath
Hotel. Nienawidzę chromowanych hoteli, gdzie człowiekowi
nadskakują przez cały czas. Często czuję się paranoidalnie w ma-

141

łych, eleganckich hotelach; boje i windziarze jak sępy, pokojówki
krążą wokół, narzucają się i są miłe, by zdobyć napiwek.

Wszystko dookoła wydawało się ponure i szare, więc posta-
nowiłem pokilku dniach wrócić do Ein Hod, artystycznej kolonii,
gdzie dobrze się czułem, ale... na plaży byli poszukiwacze skar-
bów, krajobraz i pejzaz morski. Zamiast trwać przy swoim posta-
nowieniu, zostałem tam ponad cztery tygodnie. Nie było żadnego
romansu, żadnych kulturalnych atrakcji, plaża kamienista, a nie
cudownie piaszczysta jak w Hajfie, ale...

Poszukiwacze skarbów, głównie Amerykanie, zafascynowali
mnie. Dzisiaj nazywamy ich hippisami i mamy ich na pęczki,
Pewnie, pośród naszej berlińskiej cyganerii znalazł się czasami
ktoś, kogo zajęciem było nicnierobienie, ale większość była
chętna do działania, by stać się kimś ważnym i coś zrobić

z życiem. I wielu to się udało. Spotkałem także bitników, którzy :

próbowali i poddawali się; źli ludzie walący głowami w żelazne
zasady społeczeństwa. Kilka miesięcy wcześniej poznałem stu-
dentów zen, którzy porzucili gniew i skwapliwie szukali od-
kupienia.

Znalezienie poszukiwaczy skarbów było wydarzeniem. Zna-

lezienie ludzi, którzy byli szczęśliwi, bo po prostu byli, bez celów -

i osiągnięć. Znalezienie ich, pośród wszystkich tych krajów,
w Izraelu, gdzie każdy starał się zbudować trwały dom. Znalezie-

nie ludzi, którzy nawet nie zajmowali się wakacjami... znacie to §
opalanie, smarowanie skóry olejkiem, wkładanie ciemnych oku- §
larów, plotkowanie o figurach na plaży, gadki o diecie i cenach, g

no i próby rzucenia palenia.
Od czasu do czasu wykorzystywałem jednego z tych ludzi

z plaży jako modelu do moich obrazów. W Izraelu malarstwo 1

stało się moim hobby. Aż do Elat nigdy nie malowałem z takim

entuzjazmem i zaangażowaniem. Malarze, tacy jak van Gogh, *

dziatali pod wpływem impulsu i poszukiwali krajobrazu. Zagu-

bione stare panny poszukują „tematu”. Oto żywy kolor; tutaj, §
gdzie pustynia Negeb liże Morze Czerwone, otoczona górami ;
Jordanu i Egiptu; tutaj, gdzie słońce wydobywa ze wzgórz barwę 1

po barwie i przedziera się aż pod wodę, gdzie żyją korale i cu-

142

downie kolorowe ryby; tutaj oczy mogą zachwycać się barwami
i kształtami zmieniającymi się z każdą godziną dnia.

W głębiach Morza Czerwonego żyło stworzenie podobne do
węgorza, długie na półtora metra i przynajmniej na jedną trzecią
metra szerokie, żywa rzeźba karmazynowopomarańczowa. Fala?
Latający dywan? Błogi spokój stał się rzeczywistością? Widzia-
łem je tylko raz, chociaż kilkakrotnie podążyłem za nim w łodzi
ze szklanym dnem.

Nie miałem śmiałości malować tych gór, ale w końcu zdoby-
łem się na odwagę i oddałem się portretom. Portier z naszego
motelu lubił dla mnie pozować. Nadal mam z nim dwa obrazy.
Malowałem także akwarele. Olejnymi farbami zawsze mogłem
oszukiwać i nadinterpretować, ale przy akwarelach musiałem
oddać się subtelnym elementom.

Moje najdawniejsze wspomnienie związane z malarstwem to

  • wizyta w Berlińskiej Galerii Narodowej. Miałem chyba osiem lat,

kiedy mama mnie tam zabrała. Zafascynowały mnie obrazy na-
gich kobiet; matka była zazenowanai rumieniła się. Rozpoznałem
religijne obrazy takimi, jakie były: propagandą Jezusa Chrystusa.
Niektóre obrazy zaskoczyły mnie swym pięknem... wielka, błę-
kitna Madonna Rafaela z aniołkami i Mężczyzna w złotym hełmie
Rembrandta. W szkole rysunki były moim ulubionym przedmio-

143

tem. Nawet kiedy strajkowałem na wszystkich pozostałych lek.
cjach, rysunki mi się podobały. Nie, byl jeszcze jeden wyjątek.
matematyka, która tak mnie wciągała, że nie mogłem się oprze¢ :
udziałowi w niej.

Jak zwykle, nie przygotowywałem się do szkoły. Byłem zby
nio zaangażowany próbami zostania aktorem. Wezwano mnie doj
tablicy, abym rozwiązał jakieś trudne zadanie. Popatrzyłem na nie
i udało mi się, a profesor zauważył: „Nie taki sposób pokazywag
łem wczoraj. Daje ci piątkę za umiejętność, ale dwóję za pilność”
Byłem ujęty.

Rysowanie zawsze polegało na kopiowaniu rzeczy... cieni
waniu, perspektywie. Było takie przez długi czas. Słabo potrafi
łem oceniać sztukę, głównie opierało się to na sławie malarz;
Zajęło mi dużo czasu, zanim w Picassie ujrzałem rzeźnika, jaki
jest, w Gauguinie wytwórcę plakatów, w Rousseau „rzeczofik
tora”. Paul Klee budzi we mnie coraz większą sympatię. Dzikość
van Gogha fascynowała mnie i rzucała na podłogę. Sufit w Ka
plicy Sykstyńskiej autorstwa Michała Anioła jest niczym ukochaf
ny bliski krewny, którego szanuję z niewzruszoną lojalności
Rembrandt dla mnie jestjak Goethe... zjednoczone „ja”... tran:
cendentalny ośrodek przepełniony intensywną witalnością. Ki
dyś przez godzinę siedziałem przed jego Nocną strażą w Reick:
museum w Amsterdamie. 1

Czasami pragne jakiegoś obrazu i wtedy muszę go kupi :
Oczywiście nie zawsze jest to możliwe. Malarz może by¢ sławn
aja nie jestem ani bogaczem, ani kolekcjonerem sztuki. Oczyw
ście gdybym byt łakomy i sprytny, mógłbym kupować obrazy z
pięćset dolarów, które zarobiłem w Bremerhaven, ale wtedy moż
nie potrafiłbym ich zostawić i skończyłbym w obozie koncentr
cyjnym albo obrazy zostałyby spalone jako zdegenerowana szt
ka. Zatem wróciliśmy do „gdyby ciocia miała wąsy...”. i

Po powrocie do Stanów zacząłem poważniej traktować malar.
stwo. Zycie na świeżym powietrzu i sporty Afryki najwyrazni
zniknęły w Nowym Jorku, mieście z kamienia, mieście pośpiechi
i kultury. Lore trochę pisała, poezjg i krótkie opowiadania. Miałą
też pianino. Dobrze grała, a w młodości nawet zastanawiała si

144

czy wybrać karierę pianistki, czy może iść na prawo, a potem na
psychologię.

Zostałem zawodowym niewolnikiem na godziny z wyjątkiem
długich letnich wakacji w Provincetown na Cape Cod. Jeździ-
liśmy tam co roku latem, a Lore jeździ nadal. Dla mnie to miejsce
zostało zniszczone po tym, jak „oni” odebrali mu niewinność,
a w zapłacie darowali brzydotę. W zasadzie to przesadzam. Letni

_ tłum składał się z rybaków, artystów i psychoanalityków. Wkrót-

ce zająłem się żeglowaniem i malowaniem. Podobnie jak to było
7 lataniem, wolałem samotne żeglarstwo. Podobnie jak latanie
uwielbiałem wielką ciszę po wyłączeniu silnika i szybowanie ku
ziemi.

Nigdy nie przypadło mi do gustu wędkarstwo i złapałem tylko
jakiś narybek i jedną flądrę.

Malarstwo pochłonęło mnie intensywnie, nieomal do granic
obsesji. Wkrótce zacząłem zmieniać nauczycieli, jednego po
drugim. W Ein Hod w Izraelu czyniłem podobnie.

Podoba mi się atmosfera klasy, gdzie uczniowie zazdrośnie
współzawodniczą i dumnie obnoszą się ze swoimi osiągnięciami.
Podoba mi się zatapianie w izolacji, która towarzyszy związkowi
między obiektem a płótnem. Lubię zwiastuna grup spotkań, ze
wzajemnym chwaleniem i krytykowaniem własnych „dzieł”.

Podoba mi się fakt, że płótno to jedyne miejsce, gdzie można

popełnić dowolną zbrodnię i nie zostać ukaranym.

145

Lubilem prawie wszystkich moich nauczycieli, z ich stereoty-
powym powiedzeniem: „Chcę jedynie, abyśc-ieAwyrazm S}ebie”,
ukrywającym drugączęść zdania: „dopóki robicie to po mojemu”,

Malarzem stałem się zaledwie kilka lat temu. Nauczyłem się
sporo sztuczek, technik, kompozycji, mieszania lfolorów. Wszyst-
ko to przyczyniło się zaledwie do wzmocnienia syntetycznego
Fritza, rozmyślnego, skomputeryzowanego, analitycznego podej.
ścia do życia. Rzadko zbliżałem się do rzeczywistości samopro-
jekcji na płótno. - 4

Pewnie, parę obrazów sprzedałem; wiele wisi teraz u mnie na

ścianach. Wiele może z powodzeniem współzawodniczyć z ob- q

razami przeciętnego amerykańskiego malarza, który chce być

inny od swoich kolegów, a wykazuje tylko tę samą nudzącą §
jedność z potrzebą bycia innym, przymusem posiadania własnej !

sztuczki, które wówczas może nazwać stylem.

Lecz kilka lat temu „to” zgrało się z kilkoma akwarelami. :

Pewnego dnia — mańiana — znowu będę malować. ,

W pewnym sensie porównuję to do mojego obecnego pisania,
które nagle, po tylu dziesięcioleciach, „zaskoczyło”. W obłu przy-
padkach, pisania i malowania, wiem, że muszę pokonać status
amatora i to musi się rozwinąć z symptomu w zawód.

l

W końcu wróciłem do Stanów, nadal dźwigając na barkach
niezadowolenie z własnego zawodu, ciężki ładunek na zgarbio-
nych plecach. Doszło do spotkania w Amerykańskiej Akademii
Psychoterapeutów oraz trzech wyróżniających się wydarzeń. By-
łem chory na serce, miałem atak dusznicy bolesnej, który byt dość
niewygodny i położył mnie do łóżka na cały dzień.

Drugie to początek przyjaźni z piękną, nieugiętą i potężną
Irmą Shepherd... inteligentną, ciepłą, upartą i bojącą się własnej
witalności.

Trzecie to wybuch rozpaczy, jakiego doznałem podczas sesji
grupowej. Ten wybuch był prawdziwy. Gwałtowny szloch, nie-
zwracanie uwagi na obcych, de profundis. Ów wybuch wystar-
czył. Później potrafiłem na nowo ocenić moje stanowisko i znowu
pragnąłem podjąć wykonywanie zawodu.

Zapisując to, dokonałem odkrycia: z mojej teorii nerwicy.
Przede wszystkim chcę zrobić tabelę. Pięć poziomów nerwicy nie
jestwyraźnie wydzielone, ale jako myśl przewodnia do zrozumie-
nia taki pogląd jest użyteczny:

147

a) warstwa stereotypu,
b) role i gry,

c) implozja,

d) impas i eksplozja,
e) autentyczność.

Stereotypy są zarówno skostniałe, jak i sprawdzają grunt...
Jak się masz? Ładna pogoda. Skinienie głową. To po prostu
sugeruje uznanie istnienia innej osoby. Nie oznacza akceptacji,
chociaż rozmyślne wstrzymywanie jest afrontem. Sprawdzam
drugiego. Czy zamierza wejść w dyskusję o pogodzie lub innym
neutralnym temacie? Czy możemy przejść stąd na nieco bardziej
niepewny grunt?

Czyniąc tak, wchodzimy na poziom gry, odgrywania ról.
Warstwę tę możemy nazwać domeną Erica Berne'a lub Sigmunda
Freuda. Preferencje daje się grom „więcej niż ty”: „Mam samo-
chód nowszy od twojego”, „Moje nieszczęście jest bardziej ża-
łosne niż twoje”. Liczba gier jest bardziej ograniczona niż liczba
ról, chociaż tych drugich jest zdecydowanie mniej w kategoriach
Freuda: tato, mama, jędza, dziecko itd. Berne jest zbieżny z rolami
Freuda, lecz także z brzydkimi ropuchami, które zamieniają się
w królewiczów.

Większość ról to okazja do manipulacji... twardziel, bezrad-
ny, grzeczny, uwodziciel, dobry chłopiec, ten, co bije, lizus, żydow-
ska matka, hipnotyzer, nudziarz itd., itp. Wszyscy oni chcą wpły-
nąć na ciebie w taki czy w inny sposób. Nieożywione role są dość
częste... góra lodowa, ognista kula, buldożer, galareta, gibraltar-
ska skała etc.

Dzisiaj po południu nakręciłem dialog z hinduskim swami,
aharishim. Jego domeną było dość stereotypowe nawiązywanie
kontaktu z „nieskończonym” dla rozwoju najwyższego potencja-
łu. Jako że on udawał głuchego lub, w najlepszym razie, gdakał,

co prawdopodobnie miało oznaczać śmiech, nie mogłem dojść,
na czym 6w potencjał polegał i w jaki sposób ta medytacja odnosi
się do naszej prostszej techniki radzenia sobie/wycofania. A jed-
nak ma dobre oczy i śliczne dłonie. Osobiście uważam, że to

148

nudziarz, i mnie by się nie chciało odgrywać świętego dla całej
sławy i pieniędzy świata. Jego rola i gra skostniały, chociaż
Podejrzewam, że musi istnieć sytuacja, kiedy jest w stanie podjąć
inne role. Czasami znajduje się ludzi po drugiej stronie skali.
Helene Deutsch nazwała ich typem „a gdyby”; ludzi, którzy mają
tysiące ról w repertuarze.

Klasycznym przykładem ograniczonego odgrywania roli jest
Dolftor Jekyll i Mr Hyde lub trzy twarze Ewy. Oba przypadki
znajdują się poza zachowaniem „jak gdyby”. Oba przypadki
wykazują prawdziwą dysocjację. Oba przypadki są odmienne od
przeciętnej dychotomii, na przykład urzędnika bankowego, który
odgrywa liżącego tyłek w biurze, a tyrana w domu.

Je-rry Greenwald przysłał mi monografię, która w pewnym
stopniu wiąże się z naszym tematem. Rozróżnia on dwa typy
ludzi: ludzie T i ludzie K. T oznacza toksycznych, a K karmią-
q{ch. Mogę zweryfikować jego odkrycia, chociaż także często
widzę formy niszczące. Zrozumienie rytmu radzenia sobie/wyco-
fania może zaoszczędzić ci wiele stresu; zrozumienie T i K może
w znacznym stopniu poprawić twoją witalność, a nawet uratować
cię przed sporym nieszczęściem. Wszystko, czego ci trzeba, to
trochę zainteresowania tym zjawiskiem.

Wyjątkiem byłaby sytuacja, gdybyś sam był typem T, ale nawet
wtedy mógłbyś znaleźć kogoś, kto jest bardziej trujący od ciebie.

149

& R

Arthur Schnitzler stwierdza w Paracelsusie: „Zawsze gramy,
ale tylko mądrzy wiedzą o tym”.

To prawda. Często musimy odgrywać role... na przykład, by
rozmyślnie zachowywać się jak najlepiej... ale przymusowe, mani-
pulacyjne odgrywanie roli, które zastępuje szczere samowyrażanie,
może i musi zostać przezwyciężone, jeżeli chcemy dorosnąć.

Przeciwne ekstrema odgrywania ról to powołanie i udawanie.
'W pierwszym przypadku wykorzystujemy rolę jako pojazd do
przekazania swojej esencji. Jesteśmy wspierani przez własne
umiejętności, szczere uczucia i czułość. Jesteśmy typem K. Pod-
czas udawania brakuje tego samozaangażowania. Imitujemy
emocje, których nie ma, brakuje nam pewności co do własnych
zdolności. Mówiąc krótko, jesteśmy oszustami.

Z punktu widzenia psychiatry najważniejszymi i najbardziej
interesującymi rolami są te introjektowane. Freud nie rozróżnia

150

„„„„„...„...v,...„,„.„„„„Y„.„„,.._.
cechach, manieryzmie i sposobie myślenia, ale jako trup.

Kazałem mu spotkać się z jego dybukiem, zmobilizować żal
i pożegnać się z nim. Oczywiście nie mogliśmy dokończyć uro-
czystości pogrzebowej podczas jednej sesji, osiągnąć pełne zamk-
nięcie, wyrugować symptomy, ale ów człowiek stał się bardziej
ożywiony, chociaż nie w pełni żywy. Policzki straciły woskowa-
tość, chociaż jeszcze nie uzyskały żywych kolorów, a jego krok
stał się bardziej elastyczny, choć jeszcze nie taneczny.

Jednym z psychologów, którzy uczestniczyli w tej grupie, był
Wilson van Dusen, egzystencjalista. Zaproponował mi wyjazd na
Zachodnie Wybrzeże i pracę w szpitalu stanowym w Mendocino.
Z radością przyjąłem tę propozycję. Chciałem wyjechać z Miami.
Marty odrzuciła mój pomysł poślubienia jej. Byłem za stary. Ona
nie chciała zrezygnować z bezpieczeństwa swego małżeństwa
i narażać pseudobezpieczeństwa swoich dzieci.

m OJ

151

Wpierw nalezy znaleźć ekstrema T i K. Jacy ludzie i sytuacje
wyczerpującię i irytują, a którzy sprawiaja zadowolenie i promie-
nienie? Którzy podają ci truciznę w słodkiej polewie? Zwracają
szczególną uwagę na pytania, dają rady, doprowadzają do szaleń.
stwa, wrzeszczą lub mają usypiający głos?

Kiedy już jesteś pewien, przyglądaj się uważnie każdemu
zdaniu, tonowi głosu, manieryzmom. Ekstremalne przypadki to
jąkanie, grymasy. Co wywołuje u ciebie niewygodę? Czy czujesz
konieczność odpowiadania na każde pytanie?

Wspaniałą grę można rozegrać między dwoma znajomymi.
Przez kilka dni obserwuj uważnie każde zdanie i wszystkie inne
formy zachowania. Gdy juz „zaskoczy”, nigdy nie stracisz instynktu
preferowania typu K nad T.

7? &=
4 g
P ryk ć A)

między introjekcją a dawaniem sobie rady, co jest procesem
uczenia się.

Introjekcja to dybuk. Ktoś, kto opętał pacjenta i istnieje po-
przez niego. Dybuk to, jak każdy inny prawdziwy przedmiot,
obce ciało w pacjencie. Zamiast być w strefie zewnętrznej, jak
osoba, którą można spotkać, zajmuje dużą przestrzeń w strefie
środkowej. Pacjent, zamiast stosować samoregulację, nastroić się
do dominacji pierwszy plan/tło, jest kontrolowany przez potrzeby
i wymagania dybuka. Nie może stać się sobą, dopóki dybuka nie
wygoni egzorcysta.

Trafiłem na ekstremalny przypadek dybuka jakieś dziesięć lat
temu, podczas kongresu Amerykańskiego Stowarzyszenia Psy-
chologów w San Francisco. Jeden z uczestników warsztatów miał
trupiowoskową twarz. Wyglądał na przypadek zapalenia mózgu,
ale bez symptomów uszkodzenia rdzenia. Całe jego zachowanie
i zapach przypominały mi atmosferę trupa. Przywykłem polegać
na własnej, często ponadnaturalnej intuicji i zapytałem go o uko-
chaną osobę, którą utracił. Okazało się to prawdą, była nagła
śmierć, nie było żałoby — by użyć terminu Freuda — żadnych
łez i „pożegnania”, rozstania, pogrzebu. Ta osoba kontynuowała
owaiotnieonia nia _ iabtnr7ectonhywa — w charaktervetyc7nych

Wynająłem mieszkanie w San Francisco. Przyczepiło się do
mnie dwóch takich; poza tym nie miałem zbyt wiele do roboty na
praktyce. Źrobiłem, co do mnie należało w szpitalu, i nie _miałem
nic przeciw dwustumilowej przejazdzce po pięknej krainie se-
kwoi. Tam polubiłem Paula, psychiatrę uwielbiającego pracę na
roli i wychowywanie dzieci. Rozegraliśmy niejedną ekscytującą
partyjkę szachów. , "

Z początku byłem blisko Wilsona. Szanowaliśmy siebie na-
wzajem. Lubiłem jego dzieci, często zostawałem u niego na noc.
Czasami jechałem na tylnym siedzeniu jego motocykla. W mło-
dości miałem dwa motocykle, ale to siedzenie dla pasażera w mo-
im wieku to coś innego (wtedy miałem około 65 lat). Z początku
bałem się i byłem spięty, ale wkrótce pokonałem strach i polubi-
łem te przejazdzki. Raz (nie pamiętam okazji) jego żona rzuciła
coś do mnie i rozbiła mi zegarek.

Podczas pracy w szpitalu zapoznałem się z LSD i dość często
bywałem na haju, nieświadom powolnego poddawania się para-
noi i irytacji. W każdym razie między mną a Wilsonem zapano-
wała niechęć, więc wkrótce przeniosłem się do Los Angeles.
Wkrótce znowu go zobaczyłem i po kilku dniach mu przeszło,
znowu było między nami dobrze.

Jednym z jego osiągnięć było odkrycie, że osoba cierpiąca na
schizofrenię ma dziury w osobowości. W tym samym artykule

152

nadmienia, że egzystencjalna psychiatria i teoria pozbawiona jest
praktycznej i stosownej techniki oraz że moje podejście to właśnie
zapewnia. Później podążyłem za ideą dziur i odkryłem, że ma to
zastosowanie wobec nerwicy. Jeden neurotyk nie ma oczu, wielu
nie ma uszu, inni nie maja serca lub pamięci albo nóg. Większość
neurotyków nie ma środka.

W zasadzie teza ta jest kontynuacją ograniczonego pojęcia
Freuda stwierdzającego, że neurotyk nie ma pamięci; cierpi na
amnezję. Freud obwinia jego amnezję nie tylko za niepełny
rozwój pacjenta, lecz także za jego „granie”.

Wilson i ja twierdziliśmy, że istnieje dużo więcej dziur odpo-
wiedzialnych za niekompletność pacjenta. Ktoś może mieć dobrą
pamięć, ale brak pewności siebie lub brak duszy albo uszu itd. Te
dziury mogą zniknąć, nie przez wypełnienie ich „nadmierną
kompensacją”, ale przez zmianę sterylnej pustki w żyzną pustkę.
Zdolność dokonania tego zależy od zrozumienia nicości. Sterylna
pustka odbierana jest jako nicość, żyzna pustka jako coś wyłania-
jącego się.

'W młodości uznawałem Freuda za mojego gotowego i nieza-
przeczalnego zbawcę. Byłem przekonany, że zniszczyłem pamięć

153

rewlien neurOolog Skalsyi NI się Ha RILPORG p
że nie potrafi przypomnieć sobie przypadków z okresutl trzech lat.
Ów okres zbiegał się z trudnościami w małżeństwie. A 't.eraz
decydujący moment. Ta represja nie była przyczyną amnez]Al,laFe
sposobem, w jaki potraktował swoje neurotyczne nastawienie
wobec tego bolesnego wspomnienia. Aby być pewnym, wym'flzał
wszystko, co zdarzyło się podczas tych lat. Teraz I-?reud zgodziłby
się ze mną, że ozdrowienie to nie wszystko, chociaż utrzymywał
także, że integracja zachodzi samoistnie. W tym przypad_ku twier-
dziłby, że pacjent musi „przebrnąć” przez swoją sytuację.

Oczywiście dopóki pacjent blokuje swoje wsPommem?,
utrzymuje niepełny gestalt. Jeżeli zechce przebrnąć przez ból
nieszczęścia i rozpaczy, natrafi na blok; dojdzie dp porządku- ze
swymi niechęciami i naprawi pamie¢, nie wyłączając v-./szystklc-h
doświadczeń, które nie są bezpośrednio połączone z nieszczęśli-
wym małżeństwem.

154

........... SBJ p AAZ

I w końcu, zauważyłem, że podczas ostatnich miesięcy zwięk-
szyły się okresy zmęczenia. Jako terapeuta zwykłem zapadać
w półsen, a rzadko w pełen, kiedy tylko pacjent zanudzał mnie
hipnotycznym głosem lub nie nawiązywał ze mną kontaktu.
Ostatnio wycofywałem się trochę mniej, pozostawałem na środ-
kowym gruncie, a od niedawna zostaję w kontakcie ze zmęcze-
niem i światem. Oba one integrują się w o wiele bardziej uważne
słuchanie niż przedtem.

Jeśli chodzi o niedomagania mojej pamięci w wieku dojrze-
wania, to ona w zasadzie w ogóle nie istniata. Popełniałem te same
błędy, jakie często popełniałem później. Obwiniałem siebie, kie-
dy powinienem był nie cierpieć kogoś innego. Nie miałem pamię-
ci do dat na historii i słówek na łacinie. Oba przedmioty były
wyrwane z kontekstu, obce, nieznane. Innymi słowy, moja zła
pamięć okazała się dobra. Nauka słownictwa oznaczałaby usta-

155

i
|
!
!
|

na skutek masturbacji, a system Freuda skupiał sic% zarówno
wokół seksu, jak i pamięci. Byłem takze przekonany, że psycho-
analiza stanowiła jedyny sposób leczenia. , ,
Wezwaliśmy osobę, która obiecała wyleczenie bez płącema
szarlatanowi. Freud był rzetelnym naukowcem, b_łyskotllwym
pisarzem i odkrywcą wielu tajemnic „umysłu”. ngen z nas,
prawdopodobnie z wyjątkiem samego Freuda,‘ nie rozumiat
przedwczesności psychoanalizy względem 1ecze'm-a; za.den.z nas
nie widział psychoanalizy we właściwymko.nteksme. Nie widzie-
liśmy jej takiej, jaka rzeczywiście była: projektem bagiawczyrq.
Dzisiaj wydajemy miliony i spędzamy lata, testując bezpie-
czeństwo i skuteczność każdego leku, który wchodzi na ryneżk,
Nie postępowano w taki sposób z psychoanalizą, żaąnygh testów
nie było i nie ma, a sami psychoanalitycy z przerażeniem pod-
chodza i podchodzili do testowania ich meFody. Rząd jest surowy
w sprawie lekarstw; każdy stan postępuje Sl:erWO, przyznając
licencje praktykującym psychoterapeutom; a Ję(%nak Psychoana-'
liza we wszystkich swych formach i pod różnymi nazwami
umknęła oficjalnemu nadzorowi za sprawą powszechnej i mil-

czącej zgody.

Lo Ramiaś OJlrutom

B
|

Lore, podobnie jak Goethe, ma pamięć wzrokową. Wzrokow-
cy muszą po prostu zamknąć oczy i przyjrzeć się obrazkom, które
opowiadają im historię z fotograficzną dokładnością. Mogę wy-
wołać tego typu pamięć za pomocą psylocybiny, psychodeliczne-
go grzybka.

Większość ludzi doznaje tego przed zaśnięciem. Ja jedynie po
jeździe samochodem lub podobnych doświadczeniach. Więk-
szość mojej wzrokowej pamięci spowija mgła, a moje hipnogogi-
czne halucynacje (obrazy przed zaśnięciem) mają przeważnie
naturę schizofreniczną. Tak jak sny, napisane są szyfrem i znika-
ja, gdy tylko próbuję je złapać świadomym intelektem. Podejrze-
wam, że mgła wiąże się z moim paleniem. Poza jałowymi speku-
lacjami nic do tej pory w tej sprawie nie zrobiłem, ale wiem, że
i ten problem rozwiążę. Od chwili rozpoczęcia pisania tej książki
już wydarzyły się trzy rzeczy.

Po pierwsze, pierwotna nuda, przyczyna pisania, zamieniła się
w ekscytację. Dzięki temu widzę więcej i lepiej. Wiele tego
podniecenia, które przekładało się na system motoryczny (popi-
sywanie się), -masturbację i wywoływanie agresji u ludzi, nie
wpływało do systemu sensorycznego. Jestem teraz coraz bardziej
zadowolony Liady natrre i chiohaom

wiczne zakuwanie i powtórki; to znaczy artefakty. lekazałem,
że w kontekście nie mam trudności w absorbowaniu interesują-
cego materiału. Jako przykład podałem sposób, w jaki nauczyłem
się angielskiego. Mój zasób słownictwa nie jest bogaty, ale ade-
kwatny i stosowny.

Y

Sytuacja w Los Angeles wcale nie była trudl"la. Byłem tam juz
kiedyś, w roku 1950. Gdzieniegdzie w ProfeSJonal.nygh sferach
już pojawiało się zainteresowanie. Jim Simkin stał się pierwszym

  • Roalifornii teraneuta sestaltycznym.

nie nie identyfikowały się z terapią gestaltyczną ani z tym szaleń-
cem, Fritzem Perlsem.

W jednej z moich grup był człowiek, który interesował się
„peryferyjnymi” sprawami — joga, masażem, terapią, świado-
mością sensoryczną Charlotte Selver. Nazywał się Bernie Gun-
ther. Jest dobrym organizatorem... niezbyt twórczy, ale zdolny
do zsyntetyzowania oraz dobrego wykorzystania tego, co czerpie
z różnych źródeł. On, podobnie jak Bill Schutz, z pewnością
pociąga za sobą ludzi. Jestem nieomal pewny, że wdrapie się na
sam szczyt drabiny.

Zorganizował dla mnie kilka wykładów w Los Angeles. By-
łem zaskoczony tłumem ludzi. Nie uświadamiałem sobie jeszcze,
że terapia gestaltyczna zaczęła się zakorzeniać.

Na Boże Narodzenie 1963 roku zaproponował mi udział
w warsztatach w środkowej Kalifornii, w miejscowości o nazwie
Esalen. Cel Esalen został trafiony w samą dziesiątkę strzałą Fritza
Perlsa. Krajobraz porównywalny z Elat; piękni ludzie w persone-
lu,jak w Kioto. Okazja do nauczania. Cygan żnalazł dom i wkrót-
ce osiedlił się. Znalazł też coś jeszcze. Pocieszenie dla chorego
serca.

i
i

YY AAWREASAISTASS TR e € b w

Zainteresowania Jima gestaltem sięgają czasów studiów.
Uczył się w Nowym Jorku ze mną i Laurą (Lore zamerykanizo-
wała sobie imię). Teraz, po studiach i częstszych spotkaniach ze
mną, w kontekście towarzyskim i na poły profesjonalnym, poja-
wiła się pewna liczba trudności. Był uparty, trzymał się konwe-
nansów, nazbyt pedantyczny, wielką miłością darzył małe grono
przyjaciół. On i jego żona Anna są żydowskiego pochodzenia
i nadal silnie zaangażowani w judaizm. Wiem, że on szanował
mój geniusz i nie cierpiał mojej beztroski i wyluzowania. Z bie-
giem lat stał się bardziej spontaniczny i otwarty, z powodzeniem
wykorzystywał swoją dokładność w bardziej specyficznym stylu
w terapii gestaltycznej. Ostatecznie staliśmy się dobrymi i zaufa-
nymi przyjaciółmi.

Zainteresowanie moją pracą rosło, ale nie czułem się akcep-
towany. Nawet osoby zawodowo związane pracą ze mną staran-

156

Współczesny człowiek żyje i porusza się między ekstremami
konkretu i abstrakcji. Poprzez konkret zazwyczaj rozumiemy te
rzeczy, fakty i procesy, które z zasady są dostępne dla każdego,
które należą do Umwelt każdego z nas — otoczenie, osobisty
świat, strefa odmienności, strefa zewnętrzna.

Jeżeli spotyka się dwoje lub więcej ludzi, wówczas ich ze-
wnętrzne światy nałożą się nasiebie w znacznym stopniu. Urmweli
stanie się Mitwelt — światem powszechnym, wspólnym środo-
wiskiem. Na powierzchni zajmują się tymi samymi faktami
i sprawami. Gdy tś!lko zajrzymy nieco głębiej, rozpoznamy fałsz
tego zbytniego uproszczenia, ponieważ wiele spraw i faktów ma
bardzo odmienne znaczenie dla każdego z nas, w zależności od

158

Juoll Paliliętacie, WUBUGZ O0 50, d JOsICICOSZYCIĆ SIĘ 40 ZilalC Zd5Ka,
dociera nawet do SW, strefy siebie.

W tym momencie nie chcę mówić o poziomach i ekonomii
abstrakcji. Mamy tyle, ile trzeba, by zrobić następny krok, ale
pragnę nadmienić, że najwyższy stopień abstrakcji to liczba,
gdzie każdy konkret został oddzielony nawiasami, gdzie każda
cecha jest opuszczona, a pozostaje jedynie liczba przedmiotu,
faktu lub procesu.

Podczas gry w liczby niemożliwe staje się możliwe. Na przy-
kład osoba żyjąca w Afryce Południowej może być gryziona
przez moskity raz, dwarazy dziennie, natomiast liczba ta znacznie
wzrośnie, jezeli ten ktoś mieszka w Kenii.

Pozwólcie, że powtórzę grę w litery. T oznacza toksyczny,
K karmiący. S oznaczało strefę lub miejsce, gdzie dochodziło do
wydarzenia. To umiejscawianie nosiło nazwę topologii. Przelot-
nie rozróżniliśmy SZ, strefę zewnętrzną i SW, strefę własną,

159

konkretnych zainteresowań i potrzeb zakończenia sytuacji braku
równowagi każdego osobnika.

'Weźmy jako przykład wyczekiwany numer rodzinnej gazety
niedzielnej. Doszłoby do bezpardonowej walki o gazetę, gdyby
nie różnorodne zainteresowania. W obecnej sytuacji ojciec bierze
pierwszą sekcję, matka strony dla pań, wykształcona córka dziat
literacki, starszy brat dobiera się do stron ze sportem, ubodzy
duchem dostają komiks, polityk przegląd wydarzeń ze świata. Nie
jestto przykład abstrakcyjny. Gazeta została dokładnie podzielo-
na między członków rodziny.

Teraz przyjrzyjmy się ogłoszeniom drobnym. Czy nikt poza
korektą nigdy nie czyta ogłoszeń? McLuhan twierdzi, że wszyst-
kie ogłoszenia to dobre wiadomości; przechodzimy do danej
pozycji, która obiecuje zadowolenie. Tym razem członkowie
rodziny zostawiają ten dział nietknięty i wybierają jedynie to, co
ich interesuje. Mamy wybór. Możemy wyciąć ogłoszenie; w tym
przypadku odejmujemy, gazeta jest mniejsza niż przedtem. Mo-
żemy także abstrahować poprzez kopiowanie lub zapamiętanie
i zostawić gazetę nietkniętą.

Jeżeli przepiszecie ogłoszenie, kopia ta nadal należy do ZS;

€ gi ó . . ą

inaczej miejsce w obrebie skory, nadmieniłem tez, że w Obrębie
SW występuje DMZ, która nie dopuszcza do bczposre(,jmeglo
porozumiewania się między tym, co własne, a obge, która nie
dopuszcza nas do „bycia w kontakcie”. DMZ często Jest r'mzyw;.y
na „umysłem” lub §wiadomoscia, co doprowadza do zamleszamą
w tym, co się faktycznie dzieje. Jezeli mam ochotęź Jestem'_]ej
świadom, ale jeśli powiem, że ta ochota jest w moim umyśle,
mogę zostać oskarżony o szaleństwo. Scjentolodzy do?rze v.vyko.
rzystują tę niejasność. Zazwyczaj rozpoznaję pra!aykow scjento-
logii i ich dzieci dzięki temu rodzajowi niejasnosc-x.

Jedną z tych dwóch osób, które się mnie uczepiły w S-an Frau?.
cisco, była kobieta w średnim wieku, moja pacjentka ze %chlzofręmą
z Miami. Została wychowana w duchu i moralności Kościoła scjen-
tologicznego. Każdy sygnał, który odbierała, zqstawał natychmiast
zniekształcony i wykorzystany przez jej zwodniczy system

Jeżeli nazwiemy „umysł” fantazjąi użyjemy teorii swladomc_)-
ści, to staniemy na solidnym gruncie rzeczywistg-śm. Termin
„fantazja” zajmuje kluczową pozycję w mojej filozofii gcsta.l.tyf:z—
nej. Jest tak samo ważny w naszej społecznej egzystencji, jak

tworzenie się gestaltu dla naszego biologicznego istmema.
S Ll .. e cia fontarie rarionalności co Zzna-

mnieniami? Najwyraźniej je włączasz. Jeżeli mieszasz fantazję
i wspomnienia, to albo jesteś kłamcą, albo ci się pomieszało”.

Racja. Mówimy o pamięci, na której można polegać, co już
tworzy wątpliwość co do ogólnego zastosowania. Teza brzmi:
Każde wspomnienie jest abstrahowaniem od wydarzenia. Nie jest
ono samym wydarzeniem. Jeżeli czytasz gazetę, sama gazeta
pozostaje w strefie zewnętrznej. Nie zjadasz, nie połykasz ani nie
trawisz samego namacalnego papieru. Co więcej, wybierasz to,
co cię interesuje. Ponadto ilość pojawiających się informacji
wybierana jest przez zdolności obserwacji samego reportera, jego
możliwości i prawdopodobnie przez potrzebę zdobywania sensacji.

Czytelnik: „Zgadzam się, ale jeżeli czegoś doświadczam,
mogę to pamiętać bardzo wyraźnie”.

Ile z doświadczenia pamiętasz? Jak bardzo jesteś stronniczy?
Ile pamigtasz z tonu głosu, z wahania? Czy przełknąłeś to zdarze-
nie, czy wspominaszi wracasz do wydarzenia w rzeczywistości...
co jest niemożliwe, gdyż samo wydarzenie należy do przeszłości,
a powracamy do niego teraz. Ten właśnie powrótdaje ci znacznie
więcej — i jednocześnie o wiele mniej uprzedzeń — materiału
niż skostniałe wspomnienia, które już są zależne od obecnego
nastawienia c<vmnaftii lub niecheci

ZE _
czy, że fantazja lub wyobraźnia jest sprawą „peryferyjną”, a ra-
cjonalność nazywa się epitomą czystego umyslu. Wkafzystuję
fantazję i wyobraźnię synonimicznie, chociaż wyobraźnia ma
nieco bardziej aktywne konotacje. )

Chcę wyjechać na wakacje. Zatem planuję. Planowar?le_ to
racjonalna fantazja. Mogę wykorzystać rekwizyty z SZ takie ]gk
mapy, porady biura podróży itp., ale głównie fantaz.JuJę w forfme
wyczekiwania, potrzebi pamięci. Wówczas reduku Ję lub pow1,ę!<-
szam moją fantazję albo po naradzie z agentem blura. podróży
podejmuję decyzję, która pasuje do moich potrzeb,- czasui portfela.

Wspominatem wcześniej, że wszystkie teoneAl hipotezy to
fantazje, które mają wartość tylko wtedy, gdy pąSUJądo namacal-
nych faktów. Innymi słowy, racjonalna fantazja to to samo, co
rozumiemy przez powiedzenie „zdrowy rozsadek”.

Czytelnik: „W porządku, Fritz, tyle rozumiem. A co ze wspQ—

160

E EEE E U u B 7

Na temat uprzedzeń i selektywności pamięci przeprowadzono
wiele badań wśród, powiedzmy, obserwatorów wydarzenia.
Szkoda, że nie widzieliście obrazu pod tytułem Rashomon. Wów-
czas moglibyście doświadczyć, jak odmiennie każda osoba inter-
pretuje te same zdarzenia, według potrzeb własnego systemu
samooceny. Innymi słowy, nawet najbardziej dokładna obserwa-
cja jest abstrakcją. Widzę, że musiałbym napisać o wiele więcej
stron, by wyjaśnić zasadniczą pozycję fantazji.

'W psychopatologii najważniejsze fantazje to te, podczas któ-
rych pacjent nie uświadamia sobie ich irracjonalności. Najbar-
dziej ekstremalny przypadek to paranoidalny schizofrenik, który
wyobraża sobiei święcie wierzy, że lekarz chce go zabić. By temu
zapobiec, przechodzi do SZ. Oznacza to, że naprawdę zabija
lekarza strzałem z pistoletu.

Wielu z nas ma katastroficzne fantazje, nie przejmuje się

161

temat, wyciągając jakiś obraz z mojego (tym razem przyznaję...
mentalnego) śmietnika, i uczę się czegoś nowego. Jestem nawet
skłonny przyznać, że mój śmietnik w ogóle nie istnieje i wymy-
ślitem go jedynie po to, aby grać w moją grę na reorientację.
1 znowu rozgladam się dookoła. Biurko mam mniej zaśmiecone
niż zwykle... morze, góry. Czy chcę pisać o Esalen, czy może
ubrać się i zejść na dół... na śniadanie?

„Ubrać się” brzmi śmiesznie. Jestem w piżamie i muszę
jedynie włożyć kombinezon, mój ulubiony strój. Mam ich cał-
kiem sporo. Najlepsze są frotté, szczególnie, kiedy idę wziąć
gorącą kąpiel.

Rzadko chodzę pieszo do gospody. Korzystam z małego fiata,
który jest pół metra krótszy od volkswagena. Nazywam go moją
spacerówką z silnikiem. Mój dom stoi sto metrów ponad
źródłami, na samym klifie. Jest mocno osadzony w zboczu, więc
mam widok na tysiące kwadratowych mil oceanu i na dzikie,

! sprawdzaniem ich racjonalności, doprowadza do fobii i nie chce
podjąć rozsądnego ryzyka.

  • ) P /fl
    7@”‘5‘1@5 7 (K&M
    kzytę GF

Wielu z nas ma anastroficzne fantazje, nie sprawdzą ich
według własnej racjonalności, zaniedbuje się inie chce podejmo-
wać rozsądnych środków ostrożności. , ’

i Niektórzy z nas zrównoważyli katastroficzne i anastroficzne
fantazje; mamy perspektywę i racjonalną odwagę. ,

Role i gry prowadzone w fantazji mają nieskonczpnę wersje, od
ekstremalnych samotortur po nie kończące się spełnfzłrfle życzeń.

Chciałbym teraz skończyć. Muszę jednak E[ZEJSC do abstrak-
cji, która stworzyła fantazję istnienia „umysłu”.

/ ::›
©_232D

N

/ NL;G/

Zeszlej nocy skończyłem tutaj i obudziłęm się mesPokIOJny.

| Nie, nie wygłoszę wielkiej przemowy. Nie pr;eanałlzu ję ”ŻSł›?-
wa” jako abstrakcji. Nie zajmę się szczegółami Inyslema jako
podgłosowego mówienia, jako mówienia o.fantazjl..

Wspomnę, jak bardzo zadziwia mnie, że zavkaz.dym razem,
: kiedy fantazjuję, pisząc o jednej rzeczy, pojawia się odmienny

sZ

162 163

łagodne klify powstrzymujące _nieu.błaganevpoc?k.op-yufaile z 01
cha upominających się fal, oddające im co najwyżej kllkfa amieni.

Nie wychodzisz z niego przez drzwi. Wyłam-asz się, nie jak
przedtem, w nietkniętą przyrodę, ale w mleszamflę przecudow-
nych widoków, naturalnych kamiennych sc/hodkov'v- — przedłu-
żenia okrągłej ściany, domków i samoch-odow poniżej. -

Większość ludzi pokonuje stopnie dq i ?gospody bez wysitku,
Dla mnie jest to wysiłek. Przewaznie jeżdżę samochoflerp. Do
łaźni jest podobna odległość, którą muszę pokon)l/vx-/ac pneszoj
Wspinaczka z czasem przychodzi mi coraz łathęj. CzasaTm
mogę tego dokonać, nie przesilając nogi lgb serca. Klgdy przyje-
chałem do Esalen, serce miałem w dość kiepskim stanie. ,

Chcę teraz pisać o moim sercu. Szukam początku i zrozumie-
nia. Śmietnik zmienia się w koszmar z wesoiegq mlast.eczka.
Doznania pod wpływem psylocybiny: {neomelll śmlerć, nieomal
śmierć, rezygnacja. Nie! Powrót do życia, do życia!

Wirowanie ustaje. Wracam do okopów. 1916. Nie, już nie do
okopów. Jestem w wojskowym szpitalu. Z dała od nieszczęść
bezwzględnej wojny. Spotkałem dobrego człowieka, naszego
nowego lekarza. Rozmawiamy; on chce wiedzieć o antysemity-
zmie. Dużo tego, tak, nawet w okopach. Ale głównie ze strony
oficerów.

Nasza kompania zostaje przeniesiona do innego sektora na
froncie. Dostaję grypy z wysoką gorączką. Doktor wysyła mnie
do szpitala. Mam prawdziwe łóżko. Odwiedza mnie dwa dni
później. Czy mogę z nim iść? Gorączka wzmaga się i jest pra-
wdziwa, nie sfabrykowana ani nie udawana. A jednak spada, gdy
tylko jestem poza strefą zagrożenia.

Następnego dnia budzę się ze snu: moja rodzina, na pierw-
szym płanie Grete, ukochana siostra, stoi nad moim grobem,
błaga, abym wrócił do życia. Wysilam się, napieram, dokonuję
ogromnego wysiłku i udaje mi się. Powoli, powoli wracam do
życia, chcąc, a w zasadzie wcale nie tak bardzo, porzucić śmierć,

śmierć, która była lepsza od okropieństw wojny. Już udało mi się
stwardnieć i zgęstnieć, ale były dwa rodzaje śmierci, którym nie
mogłem sprostać.

Jednym z nich były oddziały po ataku. Wychodzili z okopów,

EEE

|

kiedy chmura gazu przesunęła się ponad liniami wroga. Byli
uzbrojeni w gumowe młotki, którymi ogłuszali i zabijali wszyst-
kich dających oznaki życia. Nie wiedziałem, czy robili to po to,
by oszczędzić amunicję, czy aby nie zwracać uwagi, a może
zczysto sadystycznych pobudek. Ten drugi rodzaj przydarzył się
tylko raz. Rano testowaliśmy maski przeciwgazowe za pomocą
gazułzawiącego. Wydawało sig, że maski dobrze pasują. Tej nocy
dokonaliśmy następnego ataku gazowego. Po raz ostatni spraw-
dzenie stalowych butelek. Meteorolog sprawdza prędkość wiatru,
jego stałość i kierunek.

Mija godzina za godziną. Zeszłej nocy atak został odwołany.
A dzisiaj? Mija godzina za godziną. Nie jestem specjalnie spięty,
siedzę w moim grajdole i czytam coś bardzo wyrafinowanego.
W końcu warunki pogodowe wydają się dobre. Otwierać zawory!
Żółta chmura pełźnie w stronę okopów. Nagle zawirowanie.

165

Wiatr zmienił kierunek. Okopy biegną zygzakami. Gaz może
dostać się do naszych rowów! Tak się stało, a wielu z naszych

jedynym sanitariuszem i mam tylko cztery małe butle tlenu,

zawodzą maski. I wielu grozi poważne zatrucie, a ja jestem

Wszyscy na gwałt chcą powietrza i napierają na mnie, a ja muszę

d Ż żyć i żołnierzowi.
wyrywać butlę, żeby ulżyć innemu » ,
” Iżlliej eden raz miałem ochotę zerwać maskę ze spoconej twarzy,

e nni

PN

'W roku 1914, kiedy wybuchła wojną, studiowatem juz m'ecly:
cynę. Badanie wojskowe stwierdzało, że, J-s?sęem „zdolny do dzxała:l
wojennych na Jądzie”, co jest nawet poniżej „zdolny dc? rezęrwył_
Garbiłem się dość mocno, miatem opuszczone, wydłgzone i małe
serce. Z trudem znosiłem wysiłek sportowy wymagający wytrzy-
małości i wolałem dyscypliny wymagające róvynowag1, ,

Nie miałem zamiaru zostawać żołnierzem i cholernym bo 1a-
terem. Zgłosiłem się więc na ochotnika (.10 C?.erwor]efgo Krzyża,
by wykorzystano mnie poza strefą vi/alkl. .Wlększosc czasudspę—
dzałem w Berlinie, by kontynuować studia. Po czterotygodnio-

jeździ belgijskiej granicy miałem dosyć 4
wym wyjeździe do Mons na g .
i cz,ddaliłem się samowolnie bez przepustki i bez zamiaru dezercji, §

chociaż nie wiedziałem, że dopuszczam się zbroc.lni, gd)fż uwaz'fl-
łem Czerwony Krzyz za organizację na poły cyw1lną.'K1edy m;(ne
złapano, udawałem, że boli mnie noga, i kula}em dośc amęt(śrs 0.
Postano mnie do profesora Schleicha, ktérego, jako je kl?ego
z nielicznych, darzyłem podziwem, nawet przed Grodd;:c }en;‘
który interesował się medycyną psychosomatyczną. Dał mi z:

strzyk do otrzewnej, tak bolesny, że byłem gotów przyjąć go jako

karę.

166

Do Mons pojechaliśmy bardzo powolnym pociągiem, który
zawsze musiał przepuszczać transporty wojska i amunicji. Bez
jedzenia. Byłem bardzo wyczerpany i zasnąłem tak głęboko, że
minęło kilka minut, zanim po przebudzeniu zorientowałem się,
gdzie jestem. To było niesamowite. Patrzyłem na nich, na ściany
wagonu... całkowita depersonalizacja, brak jakiegokolwiek uczu-
cia i znaczenia.

W Mons miałem pracę na stacji, podawanie kawy i przekąsek
transportom rannych wracających z frontu. Kiedy chciałem podać
wodę rannym i cierpiącym brytyjskim żołnierzom, ranni Niemcy
nie pozwalali mi. Po raz pierwszy poznałem nieludzkość wojny.

Była tam pewna młoda Belgijka, która zakochała się we mnie
i ośmieliła się pogardzać swoimi sąsiadami. Była namiętna i za-
wsze się ze mną spierała. N'allez pas dans la guerre, chóre,
n'allez pas. Wtedy już dość dobrze radziłem sobie z francuskim
i często służyłem jako tłumacz, szczególnie później w wojsku.

W roku 1916 fronty atakował mróz. Powoływanocoraz więcej
mężczyzn. Miałem przyjaciela. Jeszcze o nim opowiem. Teraz
nie pamiętam, jak miał na imię. Nazywał się Knopf. Postanowi-
liśmy zgłosić się do wojska na ochotnika, zanim nas powołają.
On wybrał brygadę zaopatrzeniową i zginął w wypadku. Ja wy-
brałem batalion Luftschiffer, tych, którzy pracowali przy zeppe-
linach, sterowcach, w zasadzie bez znaczenia na wojnie.

Sierżant mojego plutonu lubił mnie. Ująłem go tym, że stu-
diowałem medycynę. „Długo tu nie pobędziesz. Przeniosą cię do
korpusu medycznego”. Jeszcze bardziej podobały mu się moje
umiejętności strzeleckie. Kiedy zjawił się kapitan na inspekcję,
postawił mnie na pozycji strzeleckiej. Prawda jest taka, że na
leżąco, z podpórką, strzelam dobrze, ale nie mam pełnej stabilno-
ści na stojąco.

Najpaskudniejsza rzecz przydarzyła mi się z porucznikiem.
Cesarz, aby wspomóc finansowanie wojny, wymyślił slogan:
„Dałem złoto za żelazo”. Obiecano nam jeden dzień przepustki
za każdą złotą monetę, jaką przyniesiemy. W końcu uzbierałem
cztery dziesięciomarkowe monety. Kiedy poprosiłem o przepust-
kę, zostałem odesłany do porucznika, od którego usłyszałem

167

odpowiedź: „Nie bądź impertynentem, świnio. Powinieneś być
szczęśliwy z tego, że służysz ojczyźnie. W tył zwrot, F›dnjasz,erok
wać!”. Miałem kilka spotkań tej natury z niemieckimi oficerami.
Żadna rasa na §wiecie nie dorówna ich arogancji odzianej w monokl.


Z 77 l ,

Zmęczyło mnie i znudziło to opowiadanie o wojnie.'Cł?ciał-
bym, żeby nastąpiło teraz coś ekscytującego. Jakaś teoria, )akz_aś
poezja, ale trzymam się obietnicy pisania tylko o tym, co się
pojawi. ,

A jednak w naturze jest prawo i porządek. Fekalia to _zakum_u-
lowane i nie wykorzystane lub nie zużyte i nadmierne Je:d_zeme,
wydalane mniej więcej w takiej samej kolcjnośc?, W jal-ue] było
przyjmowane. Różnica między konsumowanym jedzeniem a fe-
kaliami jest zużywana przez organizm w celach odżyv.vcz.ych.
Zostało ono zasymilowane; stało się częścią nas. Przejście ze
strefy zewnętrznej do strefy własnej zostało dokonane.

168

Jednym z powodów, dla których system Freudowski nie funk-
cjonuje, jest omijanie faktu asymilacji. Freud utknął na poziomie
mentalności kanibalów, którzy fantazjuja, że zjedzenie dzielnego
wojownika przekaże im jego odwagę. Freud ma strefę oralną
i analną, a między nimi nic.

Wstaję wcześnie, czytam ostatni fragment. Nie podoba mi się
„to”. Jest pretensjonalny jak wypracowanie szkolne — strefa
oralna i analna — zadzieranie nosa. Dlaczego nie możesz po
prostu powiedzieć: Freud, masz buzię i dupę? Raczej niewypa-
rzoną gebe; ja też. I jesteś dupa, ja też. Obaj jesteśmy pompatycz-
ne dupy, skoro traktujemy siebie tak poważnie. Musimy tworzyć
wielkie teorie dla ludzkości. Mam dosyć. Wrzućmy te śmieci do
wielkiego kubła i skończmy z tym.

Ten na górze: Fritz, nie możesz tego zrobić. Jeszcze jeden nie
skończony rękopis! Bez względu na czytelników, bez względu na
wydawcę miałeś tu nowe odkrycia, nowe poglądy, nowe ekscy-
tacje. A jeżeli ktoś z tego skorzysta?

Ten na dole: Nie o to chodzi. Mam obsesję na punkcie słów

i staję się selektywny. To, co widzę, myślę i pamiętam, zostaje
ujęte w słowa z punktu widzenia pisarza. Dzisiaj rano byłem bliski
szaleństwa. Słowa obsiadły mnie jak termity.
Ten na górze: Tym bardziej sugeruję, abyś kontynuował. Były
momenty, kiedy z twoich słów, uczuć i myśli powstawała poezja.
Jeżeli utknąłeś między tym, co werbalne i niewerbalne, wtedy
spójrz na swój impas i użyj własnej teorii.

169

Ścią cierpię na 10big, KI€dy pizyLhiotal VU UA TJW N
chcę zwariować.

170

wO IC £ ZOWŁIĘ VG alakhU i PUudeWę UClldWlUlyblUW LB
towanych na pracę krok po kroku. Stynny łuk odruchowy lub
bodziec-reakcja, czy też mechanika automatu wrzutowego. Przy
łuku refleksyjnym, jednokierunkowym systemie odbiorczo-sen-
sorycznym i reagująco-motorycznym, stajemy się nieodpowie-
dzialnymi robotami poddającymi się manipulacji tych, którzy
naciskają przyciski. Prawda, na niższych szczeblach mamy sporo
zautomatyzowanych reakcji i kiedy nas swędzi, drapiemy się.
Lecz jeden, jedyny fakt, ten, że możemy pohamować drapanie,
wskazuje na zaangażowanie świadomości. Jeżeli chodzi o odru-
chy warunkowe, wykazano jasno, że znikają wraz z czasem, jeżeli
się ich nie wykorzystuje.

Chcę zabrać was na eksperyment. Mamy trzy pudła: małe m,
średnie ś oraz duże d.

171

Ten na dole: Dyscyplinowanie siebie i przymus nie należą do ę
moich metod. |
Ten na górze: Kto mówi o metodach? Sam powtarzałeś, ze!
każda choroba umysłowa jest wynikiem fobii. Deklarujesz nie- *
ustannie, że Freud nie potrafił skończyć własnej pracy pomimo
wszystkich swoich odkryć, ponieważ cierpiał na straszne fobie,

Teraz ty sam się ich nabawiłeś. Unikasz bólu ciężkiej pracy albo .

zajrzenia w twoją próżność.
Ten na dole: Masz rac_]ę i jednocześnie się mylisz. Z pewno-

4 BE " "7 T v

Ten na górze: Natychmiast skończ te nonsensy! Wiesz, że
jesteś nieomal przypadkiem ekstremalnym. Wiesz, że miałeś
odwagę zbliżyć się kilkakrotnie do granicy zdrowych zmysłów.
Wiesz, że w snach masz tendencje schizofreniczne. Chcesz zgłę-
biać schizofrenię. Wiesz, jak — z całą twoją patologią — udało
ci się rozwinąć w istotę, o którą wielu jest zazdrosnych. A przede
wszystkim twoja rola na ziemi jeszcze nie dobiegła końca! Za-
czynasz zajmować miejsce w historii, przynajmniej w psycholo-
gii, może w filozofii.

Ten na dole: Ble, ble, ble, bleeeeee.

Ten na górze: Słuchaj, Fritz, nie wkurzaj mnie. I nie odgrywaj
wrednego bachora.

Ten nadole: Ha, ha, ha, ha! Mam cię. Mogę grać nauczyciela,
mogę być seksowny, ale nie wolno mi grać rozkapryszonego
dzieciaka.

Ten na górze: Dobrze, jesteś zbyt ostry jak dla mnie. Zatem
rób, co chcesz!

Nic nie szkodzi. Będę robić. A po tej rozmowieczujęsię lepiej.
Będę udawać, że w tle nie ma żadnej bomby atomowej i że będę
żyć wiecznie. Przynajmniej to zdejmie z mego pisania pewne

PRI SN L I A onnresa BRI D BRI k S P e S

Teraz bierzemy m, ś oraz zwierzę. Do ś codziennie wkładamy
jedzenie. Wkrótce zwierzę przestaje sprawdzać m i kieruje się
wprost do ś.

7

O

"D nei no€ u+ et 1: onnNsiawwomy cia e 7wierza

Teraz możemy nie tylko zrezygnować z teorii łuku refleksyjnego;
mozemy zastąpić ją holistyczną koncepcją organiczną.

Każda jednostka posiada dwa systemy, za pomocą których
sięga do świata i komunikuje się z nim. Jednym z nich są zmysły,
system sensoryczny, świadomość, środki poznawania, system
istniejący w celach orientacji. System ten nie prowadzi do we-
wnątrz na zasadzie odruchu; obrazy lub dźwięki nie wchodzą
w nas automatycznie, ale selektywnie. My nie widzimy, my pa-
trzymy, szukamy, skanujemy w jakimś celu. Nie słyszymy odgło-
sów świata, ale wsłuchujemy się w nie.

Jeżeli postać na pierwszym planie jest bardzo silna, jeżeli
fascynuje nas jakaś scena lub dźwięki, tło zanika. To samo
dotyczy systemu motorycznego, mięśniowego, za pomocą które-
go zbliżamy się, chwytamy, niszczymy, gramy i dajemy sobie
radę ze światem. Oba systemy współpracują i są od siebie współ-
zależne. Szukając, poruszamy gałkami ocznymi i głową. Słucha-
jąc, nadstawiamy ucha i przekręcamy głowę w stronę dźwięku;
możemy nawet wysilać się, by widzieć i słyszeć.

Czytelnik: To brzmi dość rozsądnie, ale odkryłem pewną nie-
spójność w twojej teorii. Wpierw mówisz, że wszystko to świado-

vl P L PR | ne R e e

N n otoenr pr

kwilaz calilidot e Uotanialil) w p n yy &= Y

pójdzie tam, gdzie zazwyczaj się żywi, czyli ś.

d

Jednak tam nie idzie. Kieruje się do d. Wyciągamy z tego
wniosek, że ma orientację, i co więcej, ma orientację skierowaną
na gestalt: kieruje siędo większego pudełka. Wybiera konstelację.

172

BT @ ULE UŁA W JD OW IGUUZEAC UIA aymcluu bCllBUl_ybLlll:gU.

Nie. Nie ma tu braku spójności. Zmysły służą orientacji w śro-
dowisku, w strefie zewnętrznej. Każdy organizm ma dużo we-
wnętrznych zmysłów do orientacji wewnątrz organizmu. Kiedy
rozwiązujemy problemy, sprawdzamy liczbę skurczów mięśni,
wysiłek wymagany przy innych zadaniach. Odbieramy sygnały
i status każdego organu, nawet kości, chociaż tkanka mózgowa
zdaje się mieć minimum świadomości.

Nasz pseudopodział — w zasadzie zajmujemy się współpracą
— na systemy orientacji i radzenia sobie daje nam lepszą orien-
tację w relacjach człowieka z jego kulturą. Człowiek rozwinął oba
systemy. Dla poprawienia orientacji wynaleźliśmy mikroskopy
i teleskopy, mapy i radary, filozofię i encyklopedie itd. By lepiej
sobie radzić, wymyśliliśmy symbolei język, narzędziai maszyny,
komputery i pasy transmisyjne itp.

Teorii łuku refleksyjnego brakuje środka. Sięgając orientacją

173

i radzeniem sobie w stronę świata, u;yskujemy środek. Ofipowlę_
dzialność za nasze istnienie zastępuje bezzmys-łową mechamkę_
Zdecydowanie najważniejszym.przedłuzemęn? lqukfggo po-
tencjału jest odkrycie racjonalności, w tym }oglkl,.mlflr i 12nth
gier liczbowych. Wazne takze jest użycie i naduzxclę ludzkiej
wynalazki wykorzystywane konstrukty_wm-e i destruk-
tywnie — sztuka wzbogacajaca i hańbiąca zlev_lązkl. C'Złm;:ldga
z pięknem. Religie i moralne kody, b-y uwolmc„x.wzrf;c w1 aż y
ludzkie interakcje, zdają się mieszaniną fantazp i racjonalności.
Absolut dobra i zła musi być kategoryc;me oddz’]ony. , '
Ten na górze: Po co tutaj siedziszvl rozmyślasz? Wiem, ze
ukrywasz w rękawie coś na temat etyki. - .
Ten na dole: Tak jest. Ale już północ i jestem zmęczony. Nie
chcę dalej o tym mówić. Po tej prezentacji systemu sensoryczno-
-motorycznego czuję się dobrze.
G: No, to idź spać. "
D: Jestem zbyt leniwy. Chciałbym coś przękąsxc. )
G: To teraz widzisz, co zrobiłeś, pozwalając Teddy zabrać

fantazji:

lodówkę. -

  • D: "lę"o było wtedy, kiedy nagłe hałasy tego urządzenia inter-

ferowały z moim systemem audio. Mieliśmy dosyć kło;-›otóv.v
z szumem na liniach, odgłosem fal, echem w centralnej sali.

174

Kupiłem dużo drogiego sprzętu do mojej przygody z wideo
iciągle się biliśmy z technicznymi trudnościami. Wystarczająco
często doświadczałem człowieka jako niewolnika maszyny. Czę-
sto, kiedy potrzebowaliśmy magnetowidu, akurat nie działał.

G: Biedny Fritz. Jeśli będę miał jutro czas, będzie mi ciebie

D: Bezczelny. Wiem, że nie musiałem wplątywać się w to
wszystko, ale tylko sobie wyobraź, gdybyśmy tak mieli taśmy
i filmy Freuda, Junga i Adlera. Czy nie byłoby to interesujące?
Nie musielibyśmy zgadywać i polegać na samych słownych
opisach. Wiesz co, ty na górze? Coraz lepiej mi z tobą. Od tej
pory będę cię nazywać G, a siebie D, i wiele będziemy z sobą
rozmawiać.

G: Przyjęte. A co z twoimi „czytelnikami”?

D: Wiele z tego, co mówią, mogę przelać na ciebie. W pew-
nym sensie jesteś mną i podobnie chyba dzieje się z czytelnikiem,
gdyż żyje głównie w mojej wyobraźni.

G: Dobrze. Od tej pory będę cię bardziej kontrolować. Narze-
kałeś na twoje magnetowidy. Najwyraźniej nie podoba ci się
sprzęt.

D: Wręcz przeciwnie. Zajrzyj tylko do mojego śmietnika. Są
tam radia, które zbudowałem, kamery i aparaty fotograficzne,
sprzęt do ciemni. Jest tam cudo z RPA. Jest samolot o rozpiętości
skrzydeł ponad dwa metry z małym silnikiem. Naprawdę latał.
Jest też model wynalazku, z którego byłem bardzo dumny.

G: Ma śmigło. Czy to latająca maszyna?

D: Nie bardzo. Jest bardzo prosty i ma kilka ruchomych części.
Po obu stronach wału korbowego umieszcza się dwa silniki dwusu-
wowe. Cylinder wypychany jest do góry jednym silnikiem, a drugim
w dół, obracając w ten sposób śmigło sinusoidalnie.

G: To dla mnie zbyt techniczne. Czy to działa?

D: Model działał. Rozrysowałem silnik spalinowy, ale nigdy
go nie zbudowałem.

G: Opatentowałeś go?

D: Nie. Nie chciało mi się. Byłem zadowolony, że działa.

G: Jesteś głupi. Mogłeś zarobić dużo pieniędzy.

175

D: I zapłątać się w tę całą biurokrację i negocjacje, stać się
producentem i stracić wolność? Nie, dziękuję! )

G: Masz jeszcze w śmietniku jakieś wynalazki? )

D: Tak, jeden dobry, ale nie można go opatentowac.

G: Co to takiego?

D: Filtr wodny. I

G: To nie twój wynalazek. Filtry wodne istnieją i są produ-
kowane. " › "

D: Tak, ale zawsze musisz mieć zapas 1 tylko są z nimi
kłopoty. ,

pG: yA co powiesz o papierosach waterford? Mają globulkę,
którą się rozgniata w ustniku i jest filtr wodny.. ,

D: Jesteś coraz bliżej. Już dawno nie widziałem reklamx
waterfordów. Jedyna wada jest taka, że nie masz wyboru. Jesteś
ograniczony do jednego gatunku. , ]

. G: Teraz jestem naprawdę ciekawy. Co takiego wynalazłeś?

D: Znalazłem sposób na zrobienie filtru wodnego z dowolne-
go ustnika.

G: Jak tego dokonałeś? )

D: Wdmuchuję do niego trochę śliny.

łem; obiecuję”. Musisz przyznać, że ten na dole częściej wygry-
wa, niż przegrywa.

G: Zatem jaka jest wartość tego wynalazku?

D: Sam z niego korzystam. Nie wolno wdmuchiwać zbyt
dużo śliny, wtedy papier rozpuszcza się i tracisz filtr. Woda
chłodzi gorące powietrze, gazy, które niosą najbardziej trujące
związki. Palenie staje się delikatniejsze. Sam spróbuj.

G: Po co tyle hałasu? Po prostu przestań palić. Mówiłeś, że
chorujesz na serce, a sam wiesz, że palenie to pogarsza.

D: Wielki Boże! Znowu musimy to zaczynać. Każda suka,
która nie znajdzie nic innego, aby się do mnie przyczepić, atakuje
mnie za palenie. Nie, nie mówiłem, że mam chore serce. Powie-
działem, że miałem chore serce. Poprawiło mi się znacznie.

G: Od czego zaczniemy? Od palenia, skoro myślisz, że mnie
to zainteresuje?

D: Przestaniesz szydzić? Jesteśmy mężem i żoną na dymki
i kopniaki, aż redaktor nas rozdzieli.

Kiedy byliśmy dziećmi, mieliśmy tajne miejsce spotkań
w piwnicy. Tam piliśmy, robiliśmy kupę i deklarowaliśmy nieza-
leżność od dorosłych. Miałem wtedy osiem lat i przestałem palić

a7 Ar Lońna wrainye M Łri oo

ą
<

27, K‘()
N s

„:?2 £ ( S

{
G: Spodziewałem się, że zrobisz ze m%e głupca. Wy na dole,
kiedy tylko nas się nie boicie, wyśmicwzfme nas.
D: Nie, nie, nie tym razem. Przyznaję, że dobrzżf z nas opo-
nenci. Kiedy wy na górze próbujecie nas kontrolować groźbą, my
was kontrolujemy za pomocą „Mańiana; tak się staram; zapomnia-

AE

176

D BL 0&L, VLLY WISLIL, UZliaWwa!! THOJC
niepalenie; dostawali mój przydziat. Kiedy wybucht pokój... nie,
kiedy nadeszło zawieszenie broni... byłem nieźle zagubiony.
Cieszyłem się, że to wszystko się skończyło, chociaż znajdowa-
łem się we względnie wygodnym położeniu. Zostałem lekarzem
podporucznikiem, a my oficerowie jadaliśmy dobrze kosztem
reszty kompanii. Mój kapitan-świnia byt alkoholikiem. Mieliśmy
w domu porządny zapas palestyńskiego wina. Co miesiąc wysyłał
mnie do Berlina po kilka butelek.

— To nie brzmi zbyt wiarygodnie. Chcesz powiedzieć, że
musiałeś jechać aż z frontu tylko po kilka butelek wina?

Ja nie musiałem, ja chciałem. Przeważnie zamieniałem to
W tygodniową przepustkę. Będąc oficerem, mogłem przywozić
jedzenie mojej głodującej rodzinie kosztem szeregowców. Jako
oficer podróżowałem w wagonach z tapicerką.

Kiedy po raz pierwszy, po dziewięciu miesiącach spędzonych

177

mu wypalonemu z giębokim zaciąganiem. UG w pOLy 1£4URO
zaciągałem się głęboko.

W roku 1963 w Los Angeles serce sprawiało mi wiele kłopo-
tów. Miałem tak koszmarne ataki duszności, że poważnie zasta-
nawiałem się nad samobójstwem. Doktor Danzig, mój piękny
ciepły i ludzki kardiolog odkrył złą dekompensację serca. Lecze-
nie farmakologiczne nieco poprawiło mój stan, ale cierpienie nie
przeszło. A ja raczej wolałem się zabić, niż rzucić palenie.

'Wtedy znalazłem Esalen i ogromnie poprawiłem stan serca.
Dwa główne czynniki to: opuściłem smog L.A. i poddałem się
zabiegom z Idą.

Teraz palę bez przerwy, głównie podczas sesji. Palę łagodne
papierosy, czasami nawet tę sałatę Bravo i rzadko się zaciągam.
Wiem, że kiedy już pozbędę się mojego autoobrazu, uda mi się
rzucić ten odrażający nałóg. Wiem, że to pisanie musi doprowa-
dzić mnie do tego punktu. Wiem, że w moim przypadku nie jest

178

w okopach, przyjechatem do domu i poszedłem spać, przestra-
szyłem się. Myślałem, że przeleciałem przez łóżko. Było napra-
wdę miękkie w porównaniu z garstką siana, do jakiego przywyk-
liśmy w rojących się od szczurów rowach.

Innym razem dostałem bilet na Wesele Figara w Royal Opera
House. Byłem tak poruszony pięknem, w porównaniu z brudem
i cierpieniem w okopach, że musiałem wyjść z teatru i wypłakać
serce. Był to jeden z kilku momentów w moim życiu, kiedy
głęboko poruszyły mną emocje.

— Powiedziałeś, że było ci raczej wygodnie w drugiej części
wojny.

Głupi. Tołóżkoi opera były nadługo przed tym. To przytrafiło
się podczas mojej pierwszej przepustki. Nadal byłem starszym
szeregowcem.

Po przegranej maszerowaliśmy ponad dwadzieścia godzin
dziennie. Nie było co jeść. Wtedy właśnie zacząłem palić i od
tamtej pory już nie przestałem.

Doktor Leuschke, profesor uniwersytetu, który dwa lata
później leczył mnie na zapalenie opłucnej, powiedział mi, że
dziesięć papierosów wypalonych bez zaciągania równa się jedne-

R 1

to ;trach przed śmiercią, ponieważ nie dbam tak bardzo o życie.
Wlęm, że za zasłoną z dymu tytoniowego kryje się jeszcze wiele
mnie. Muszę być żywym dowodem mojej teorii.

samo możesz podejść do całego organizmu z różnych stron, pod
warunkiem że uświadomisz sobie, iż każda zmiana w dowolnej
sferze prowadzi do zmiany we wszystkich korespondujących
aspektach.

Całkiem dobrze mi szło używanie określeń takich jak orientacja,
które są centralne, ujednolicone i w konsekwencji sprawdzające się
w wielu sferach. Może któregoś dnia będziemy mieli Jjezyk i termi-
nologię wartą i pasującą do holistycznego poglądu. Tymczasem
musimy się zadowałać częstokroć niezdarnymi elipsami.

Jednym z takich kompromisowych terminów jest „psychoso-
matyczny”, jak gdyby psyche i soma istniały oddzielnie, a scho-
dziły się jedynie w pewnych przypadkach.

Przykładowo, w Niemczech używaliśmy terminu „nerwica ser-
ca” na określenie syndromu częstoskurczu, pocenia się, lekkiego
drżenia. Niektórzy z nas widzieli w tym rezultat nadczynności
tarczycy, inni skutek stanu niepokoju.

Wprowadziłeś nową postać: Ida Rolf. Jak ci pomogła?
Zasprawą jej własnego fizycznego powtórnego uwgn.łnko›wył;
wania. Nie jestem gotów omawiać pracy Pani Łokieć. Niec

ka jeszcze trochę w śmietniku. Ona też często kazała mi : — Według twojego holistycznego -
poczeka jes

poglądu jest to rezultat obu tych przy-

czyn? W
Nie, nie jest to rezultat, ale tożsamość.
Mam teraz wiele powodów, aby mé-

wić o niepokoju, szczególnie jego aspe- A

ktach psychologicznych, fantazjowania

i radzenia sobie. (
Nazywamy naszą epokę wiekiem nie- ś /;’}:‘

pokoju. ' . / „faljo
Freudowska definicja leku na nerwicę ,

to uwolnienie od niepokoju i winy. (}
Wielu psychiatrów boi się niepokoju !'3

i unika wywoływania £0 u pacjentów. \Z
Goldstein traktuje niepokój jako wy- 4 /J -

nik katastroficznych oczekiwań. /

kać miesiącami.
e Mówisz, ze jej praca jest fizycznym wtórnym uwarunko-

wywaniem. Wygląda na to, jakbyś nagle przystał na umysłowo/fi-
zyczną dychotomię.

W ie. Organi j łością. ak samo jak możesz
cale nie ganizm jest ca ¢ I mi moż
Wybl ać funkc € blochemlczną, behawior ystyczną, ekSpeI ymen-

W przypadku wyjaśnień znowu wi-
talną itd. i uczynić ja przedmiotem swojego zainteresowania, tak Ą

i dzimy na pierwszym planie psychoana-

=

=

=

180

lityka. Pojawia się zapatrzony w przeszłość Freud z traumą naro-
dzin i tłumieniem libido, Reich i Adler z tłumieniem agresji, ktoś
jeszcze (zapomniałem, który z uczniów Freuda) z tłumieniem
instynktu śmierci. Zatem wybierajcie.

Odrzucam wszelkie wyjaśnienia, gdyż są tylko intelektualizo.
waniem i nie dopuszczają zrozumienia.

Dla mnie omawianie niepokoju jest szczególnie ważne, ponie-
waż otwiera drzwi do dynamicznych aspektów funkcjonowania
organizmu.

— Nie pojmuję twojego rozumowania. Dla mnie niepokój to
dysfunkcja, czynnik niepokojący, jak powiedziałeś, sięganie do
siebie, czasami stan chorobowy.

Cierpliwości, mój drogi. Przyznaję, że zwrot „otwiera drzwi”
jest błędnie wybrany. Czy będziesz zadowolony, jeżeli powiem,
że daje mi to okazję lub wymówkę, aby...

— Tak, mój drogi.

Spoufalasz się? Bądź cicho przez chwilę i posłuchaj, co mam
do powiedzenia o „normalnej” dynamice, dobrze?

— Dobrze, ale wrócę. Więc uważaj na swoje p i q. Pozwól,
że ci przypomnę twoje twierdzenie, iż nie dokończona sytuacja
zapewnia dynamikę, że każda nie dokończona sytuacja będzie
zmierzać ku dokończeniu.

Rzeczywiście, jak?

— Przez picie wody, kiedy chce ci się pić.

A skąd bierzemy energię? Zadna maszyna ani organizm nie
może funkcjonować bez energii.

— Hm, czyż woda nie ma ześrodkowania libido?

Przyznaję, że jest to dobre określenie freudowskiego tworze-
nia postać/tło. Gestaltyści nazywają to Aufforderungscharacter,
cechą żądania. Woda żąda, aby ją połknąć. .

— Dla mnie brzmi to nonsensownie. Woda by nie powiedzia-
ła czegoś takiego.

Nie bądź taki drobiazgowy. Oczywiście to stwierdzenie jest
ujęciem poetyckim, ale fenomenologicznie poprawnym.

— Więc w tym przypadku spodziewasz się libido?

Tak, jeżeli odczuwasz pociąg seksualny wobec tej wody. Czyż

182

nie jest bardziej rozsądne zachować libido na jego pierwotne
skojarzenie z energią płciową?

— Zatem nadal musimy zapytać: skąd bierze się energia
pójścia do wody?

Y

Teraz ty mówisz, a moja odpowiedź brzmi: Nie wiem. Mogę
jedynie teoretyzować i podpisać się pod pośrednim zwrotem.
Mogę zrobić coś jeszcze w tym procesie. Mogę włączyć moją
teorię emocji.

Powiedziałem wcześniej, że nie podpisuję się pod teorią defe-
kacji Arystotelesa i Freuda. Nie uważam emocji za kłopot, które-
go trzeba się pozbyć. Bez względu na to, czy uważasz niepokój
za emocję, znajdzie on miejsce w tej teorii.

— Zatem wykorzystujesz sztuczkę wyjaśniania?

Po części, ale zobaczysz, że da ono także pewne prawdziwe
zrozumienie co do natury niepokoju.

— W porządku, strzelaj.

Skoro mówisz to tak spokojnie, brak mi pewności, jak zacząć.
Nawet się trochę niepokoję.

— Teraz mogęsię z ciebie śmiać. Zatem strzelaj. Na początku
było co?

183

Na poczatku były pewne określenia, pewne ogólne określenia
stworzone przez ludzi, którzy wiedzą tak mało jak ja, czym jest
specyficzna, organiczna energia. Nie chcieli ulec i powiedzieć:
„Jest to energia elektryczna albo chemiczna, albo libido, czy
jeszcze tam jaka”. Więc dali jej nijaka nazwę w stylu Bergsona
élan vital lub bioenergii, energii życia.

Lubię używać terminu „podniecenie”. Podniecenia mozna
doświadczyć i jest ono podobne do konkretnej własności proto-
plazmy, reakcyjności. Podniecenie zapewnia metabolizm organi-
zmu. Ten jeden gestalt, który z punktu widzenia przetrwania ma
największe znaczenie i dlatego może wynurzyć sięi wykorzystać
podniecenie do orientacji i znalezienia rozwiązania.

W wielu przypadkach to szukanie rozwiązania wymaga nadzwy-
czajnej dawki podniecenia i jest odbierane jako emocja. Podniecenie
w tym przypadku przechodzi transformację hormonalną, która zmie-
nia uogólnione, obojętne podniecenie w podniecenie specyficzne.

Wiemy już, że złość i strach wiążą się z adrenaliną, a seks
z gruczołami rozrodczymi. O hormonalnej sytuacji podczas
smutku, radości, rozpaczy itd. nie wiemy prawie nic.

Następny krok. Emocje te nie są tak po prostu wyładowywane,
ale przetwarzane głównie na energię motoryczną; w złości w ude-
rzenia i kopnięcia, w smutku w płacz, w radości w taniec, w seksie...
cóż, nie muszę wam mówić o tych śmiesznych ruchach.

Kiedy osiągalne podniecenie zostało w pełni przetworzone
i doświadczone, wtedy doznajemy spełnienia, zadowolenia tym-
czasowego spokoju i nirwany. Zwykłe „wydalenie” przyniesie
zaledwie poczucie wyczerpania i zmęczenia.

Sumując, podniecenie to zarówno doświadczenie, jak i pod-
stawowa forma energii organicznej.

— Fritz, gratulacje. Dobrze to ująłeś. Twoja teoria pasuje do
faktów. Może twoja teoria transformacji jest nawet oryginalna.
Ma tylko jeden błąd.

— ?

— Opuściłeś niepokój. A może mieszasz strach i niepokój?
W takim przypadku niepokój wiązałby się z adrenaliną, a nie
z tyroksyną.

184

_(
_)

Spryciarz z ciebie. Cieszę się, że jesteś częścią mnie. Ale
c;asami też jesteś tępy. Mogłeś zrozumieć, że ja, i nie tylko ja,
widzę niepokój jako niezdrowy stan, podczas gdy emocje, które
właśnie opisałem, to normalny, emocjonalny metabolizm.

— Chcesz powiedzieć, że tarczyca jest anormalna i produku-
je niepokój? '

Nie bądź głupi. Słuchaj. Przestań się wygłupiać i bądź poważ-
ny. Piszę poważną książkę naukową.

— Zgadzam się, że piszesz książkę. To, czy jesteś poważny
czy nie, to już inna kwestia. O co więc chodzi z tą tarczycą?

Wyobrażam sobie, że tarczyca gra rolę ogólnego podniecacza,
czasami zmienia pewne związki chemiczne, takie jak węglowo-
dany, w podniecenie.

— Teraz przeskakujesz z jednego tematu na drugi, z bioche-
mii na psychologię.

Wiem. Szukam. Ujmijmy to w ten sposób. Hormon tarczycy
(jeżeli jest to ten gruczoł) zamienia związki biochemiczne w bioe-
nerg?ę, _jak W przypadku akumulatora, gdzie energia chemiczna
zamieniana jest w prąd elektryczny.

—- To mi się podoba. Zatem tarczyca nie ma nic współnego
z niepokojem? :

Może mieć. Przyjmijmy na razie, że osoba, która produkuje
zbyt wiele hormonu tarczycowego... typ Basedowa, osoba zbyt-
nio podekscytowana... bardziej jest podatna na niepokój niż
osoba normalna.

185

o

R

— Zatem, co jest normalne?

Punkt zerowy optymalnego wytwarzania hormonu tarczyco-
wego. Zbyt mała ilość prowadzi do typu skretyniałego, nie pod.
niecającego się, głupiego i leniwego. Jego przeciwieństwem jest
typ Basedowa... śmiały i przedsiębiorczy.

— Skąd się bierze ta chemia?

Z jedzenia, jakie asymilujemy, przetworzonego na te związki
chemiczne.

— Skąd się bierze jedzenie?

Z supermarketu.

— Co skłania cię do pójścia do supermarketu?

Głód.

— Co wywołuje ten głód?

Brak tych związków.

— Skad się bierze ta chemia?

Z jedzenia, jakie asymilujemy.

— Skąd się bierze jedzenie?

G:
sl

/y)

Z supermarketu. Hola! Przestań. Wygłupiasz się.

— Nie, odgrywam twoją teorię kury i jajka. No, przestań
marnować czas i daj nam coś konkretnego!

Dobrze. Czy widzisz, że.niepokój zawsze wiąże się z przy-
szłością?

186

— Chcesz powiedzieć, że według definicji Goldsteina niepo-
kój jest wynikiem katastroficznych oczekiwań?

Jesteś coraz bliżej. Zgadzam się na oczekiwania. „Nie mogę
się doczekać spotkania z moim przyjacielem”. To brzmi pozytyw-
nie, wcale nie katastroficznie.

— Tak. Widzę, że nie możesz się doczekać, kiedy skończysz
swoją książkę.

A co my wiemy o przyszłości?

— Prawie nic, bardzo mało.

Co wiemy o teraźniejszości?

— Całkiem dużo, jeżeli nie będziemy się wtrącać.

Tak. Posunę się krok naprzód i wrócę do filozofii nicości.
Przyszłość kryje wiele możliwości, ale o rzeczywistości tej przy-
szłości nie wiemy nic. Mówiąc najoględniej, nie jesteśmy świa-
domi niczego, chyba że użyjemy kryształowej kuli, jeżeli w to
wierzysz. A nawet za pomocą kryształowej kuli nie jesteśmy
świadomi przyszłości, ale jej wizji, tak jak nie jesteśmy świadomi
przeszłości, jedynie wspomnień o niej.

k ’\\

L:@

SL

Oto moja pierwsza teza: Niepokój to napięcie między teraz
a później. Ta przestrzeń to pustka, która zazwyczaj wypełnia
planowanie, przepowiednie, rozsądne oczekiwania, polisy ubez-
pieczeniowe. Jest pełna zwyczajowych powtórzeń. Ta inercja nie
pozwala nam posiąść przyszłości i trwa przy monotonii. Dla
większości ludzi przyszłość to sterylna pustka.

187

Przejdźmy teraz do najczęstszej formy niepokoju, tremy,
Uważam, że wszelki niepokój to trema. Jeżeli nie jest to trema (to
znaczy związana z występowaniem), to omawiane zagadnienie
jest przerażające. Lub też niepokój jest próbą pokonania przera-
żenia nicością często pojawiającą się w formie nicość = śmierć.

Kiedy poproszono Schneidera — żołnierza Gelba i Goldsteina
z uszkodzonym mózgiem — aby wykonał abstrakcyjne zadanie,
wysoce się niepokoił.

— Dlaczego nie mógł powiedzieć, że nie chce albo nie może
wystąpić?

Ponieważ nie mógł się doczekać występu. Bez tego, bez
podniecenia możliwością występowania, nie byłoby okazji do

stworzenia niepokoju.
B)
m A
[z7 & ,
(35, @
z = -
< k I
s/ br

Dochodzimy teraz do drugiego poziomu mojej teorii nerwi-
cy... do poziomu odgrywania roli. Za każdym razem, kiedy nie
jesteśmy świadomi naszych ról, budzi się w nas niepokój. Łączy-
my fantazję i twierdzenie Freuda, że myślenie to próba. Przepro-
wadzamy próby naszych ról, jeżeli nie jesteśmy ich pewni. Do-
chodzimy też do faktu, że cała rzeczywistość jest teraz i gdy tylko
opuścimy bezpieczne położenie, gdzie mieliśmy kontakt z teraź-
niejszością, i wskoczymy w przyszłość w fantazji, tracimy wsparcie
naszej orientacji. Łączymy się z dynamiką podniecenia; transfor-

macja podniecenia w emocje i radzenie sobie jest zablokowane,
następuje stagnacja. Zalewa nas podniecenie.

188

Teraz rozumiemy rolę środków uspokajającyc ó
czeęnej psychiatrii. Za pomocą lobotoręlii o)dg?nz]i?mzef;:i; łe;
pa.qi:nta',ła za pomocą środków uspokajających odcinamy jegjo
;:géé;an;)vsrc];e];;((’)ir.a poprzez zle rozprzestrzenienie podniecenia po-

'!'&ng-ielskie słowo oznaczające niepokój, anxiety, pochodzi od
łaCIPsklego słowa angustiae, wąskie przejście. Podniecenie nie
może swobodnie przepływać przez wąskie gardło prowadzące do
transformacji. Odnosi się także do wąskości klatki piersiowej

›W ten sposób dotarliśmy do psychologicznego aspektu nie;;o-
koju. Zmobilizowane nadmierne podniecenie potrzebuje więcej
tlenu. Tak‘ więc serce zaczyna się spieszyć, aby dostarczyć więcej'
tlenu, ponieważ wstrzymujemy oddech w oczekiwaniu. To zwiękł
sza wysnlek sercailekarzzazwyczaj ostrzega sercowego pacjenta,
aby nie fiopuszczał do nadmiernej ekscytacji. m

'I_‘eopa Freuda dotyczaca niepokoju wynikajacego z traumy na-
rOdZłn Jest projekcją w przeszłość. Podczas niepokoju oddech jest
zakłocqny. Tłumienie libido, agresji itd. to blokowanie podniecenia.

Posxędam filmy, które pokazują, że każda trema znika wkrótce.
po tym, jak pacjentnawiąże kontakt z teraźniejszością i przestanie
zajmować się przyszłością.

Nie popychaj rzeki, płynie sama.

Zaczynam sobie uświadamiać, że jestem o wie]e' barldz.iej
skomplikowany, niż się spodziewałem. Zaczynam sotżle uświa-
damiać ogromne trudności, jakie będę miał ze sk(.)nczen'xem,
a nawet kontynuowaniem tego pisania. Zaczynam sobie uświada-
miać ogrom zmagań pomiędzy składaniem raportu a plz.m‘owa-
niem z jednej strony i spontanicznym przeptywem z drugiej. )

Coraz trudniej jest być szczerym i angażować żywyfh ludzi.

W porównaniu z tym łatwo jest żyć wśród abstrakcji, wymy-
ślać teorie i grać w dopasowywanie. , )

Czy to słowo pasuje do faktu? Czy szata pasuje do F›kazp? Czy
ten współwinny pasuje do szaty? Czy ta teoria pasuje do obser-
wacji? Czy to zachowanie pasuje do życzeń matki? ]

Czy ten pocisk pasuje do broni? Ten prezydent do tego pań-
stwa? Ten program do mojego potencjału? Dopasowywa?, dopa-
sowywać, dopasowywać. Dopasowywać i porównywać. W co

190

jeszcze można grać? Czy moje życie pasuje do twoich oczeki-
wań? Porównaj mnie z twoimi innymi kochankami. Czy jestem
górą?

Kalejdoskop życia. Poszedłem do nory. Śniadanie. Nixon
wygrał pierwszą turę wyborów. Ktos się interesuje polityką?

Żyjemy w innym świecie.

Bardzo szczególny poranek. Poczułem się zdesperowany...
głupie, niepotrzebne żądania. Dużo paliłem, wiele razy stawało
mi serce. Chciałem się z tego wycofać, odesłałem Teddy. Ci
filmowcy, którzy nakręcili spotkanie Fritz-Maharishi, wrócili,
aby dodać kilka scen. Było to spotkanie z Johnem Farrelem
grającym młodzieńca, który szuka rozwiązaniadla amerykańskiej
młodzieży. Nakręciliśmy tę scenę w łaźni.

Cieszyłem się, że wyciągnęli mnie z tego wiru. Wreszcie coś
prostego do zrobienia.

Był to pomniejszy przykład tego, co czułem, kiedy zgłosiłem
się na ochotnika do wojska. Niespodziewanie szkolenie było
wielkim uwolnieniem od odpowiedzialności. Powiedziano mi,
jak witać się z oficerami, jak maszerować, ścielić łóżko etc.
Żadnych wyborów, żadnych decyzji.

Jak w szkole średniej, wróciłem do prowadzenia kilku żyć naraz.

Moje dni w Mommsen gymnasium dobiegły końca. Ta szkoła
była dla mnie koszmarem. W szkole podstawowej brałem za
pewnik, że jestem najlepszy w klasie. Lubiłem nauczyciela,
aszkoła była jak zabawa. Faktycznie umiałem już czytać i znałem
tabliczkę mnożenia, zanim zacząłem szkołę.

Widzę, jak szybko cofam się od filmowania do wojska, z wojska
do szkoły podstawowej, od szkoły podstawowej do przedszkola.

Czy chcę zacząć od początku?

W zasadzie mylimy się, kiedy mówimy o patrzeniu w przy-
szłość. Przyszłość to pustka i idziemy w nią jakby na ślepo,
odwróceni do niej plecami. W najlepszym razie widzimy to, co
zostało za nami. Teraz zaglądam w odległą przeszłość. W więk-
szości jest spowita mgłą; niektóre abstrakcje wydają się popraw-
ne. Są, jakby ujęli to dianetycy, w katalogu pamięci. Niektóre są

191

dokładnymi replikami bez cienia wątpliwości. Ojciec, matka,
dwie starsze siostry, znajomi krewni ze strony matki i paru obcych
ze strony ojca. Dom, do którego się wprowadzi]iśmy-, kiedy
miałem jakieś cztery latka... i gdzie mieszkaliśmy prawie dwa-
naście lat. ,

Kiedy przyjechałem do Berlina po raz pierwszy po drugiej
wojnie, zobaczyłem, z symbolicznym zaskoczeni-em,_ że cały
kwartał ulic został zmieciony do gołej ziemi z wyjątkiem tego
jedynego domu: Ansbacher Strasse 53.

':‘; - ., -r'l. /\ I-#L
<< B . w Z

~ ) K ’
4 'Ę a /' Ar 4- m'

jakby mnie atakowała. W bardzo powolnym rytmie, fale, trwające
około jednej minuty, siła ta przepełniała mnie, bardzo niechętne-
go i podobnego do mgły.

— Skąd ci się tu wzięło poczęcie? Nie doświadczyłeś siebie
jako plemnika i jaja.

To prawda. Możesz to nazwać jin i jang albo substancją męską
i żeńską w pojęciu Weiningera. On twierdzi, a uważam, że ma rację,
iż każdy z nas posiada substancję męską i żeńską i że czysty męż-
czyzna lub czysta kobieta rzadko się zdarzają. Potwierdzają to moje
własne obserwacje. W wielu nerwicach, a takze psychozach widzia-
łem męskie i żeńskie substancje w poważnym konflikcie; u geniusza
widzę te przeciwności zintegrowane. Podział na lewo/prawo jest
widoczny w nerwicy, a u geniusza widoczna jest obustronność.

— I są w równowadze?

Widzę idealną równowagę u Leonarda da Vinci. Michał Aniot
ma więcej pierwiastka męskiego, a Rainer Maria Rilke więcej
żeńskiego.

— A gdzie twoje miejsce?

Długo to trwało, zanim zaakceptowałem, że ludzie nazywają
mnie geniuszem. Potrzebowałem następnych trzech miesięcy, żeby
przestać się tym zajmować. Jednak wierze mocno W inteoracie.

Moim najwcześniejszym wspomnieniem jest poczęcie.

— Teraz to już przesadziłeś. Wiem, że czasami potrafisz
nieźle fantazjować, ale to zbyt szalone, aby ci się udało.

Powiedziałem „wspomnieniem”. Nie mogę powiedzieć, że to
tak się stało. Nie jestem za powierzchownymi interpretacjami
i jeśli chcesz zaakceptować to jako symptom mojego szaleństwa,
proszę bardzo.

Brałem dużo LSD, a psylocybinę tylko parę razy. Psylocybina
jest dla mnie jedynie środkiem przypominającym i integrującym.
Pierwsze trzy sesje zaczęły się od połączenia dwóch przeciwnych
energii. Ich intensywność zmniejszyła się, a po trzecim razie
zniknęła. Jedna siła była intensywnie kolorowa i odbierałem ją,

192

Połączyłem całkiem sporo z moich przeciwstawnych sił, a Będźi'e
ich jeszcze więcej. Teraz wierzę, że stało się jasne, iż terapia gestal-
‘tyczna to nie podejście analityczne, lecz integracyjne. Stanie się to
jeszcze jaśniejsze, kiedy będziemy gotowi omawiać terapie.

193

-— Czy możesz powiedzieć, ze miałeś szczęśliwe dzieciń-
stwo?

Zdecydowanie, aż do czasu gimnazjum. Lubiłem szkołę i jaz-
de na łyżwach. Byłem blisko z moją siostrą Gretą. Byt z niej
prawdziwy urwis, dzikus o upartych, kręconych włosach. Męż-
czyzna, za którego wyszła, Soma Gutfreund, był nikim, handlo-
wał skrzypcami, naprawiał je i grał. Chyba nawet nie grał źle,
skoro Piatigorski przychodził do jego sklepu grać kwartety. Ja nie
mogłem się do niego przekonać. Miał zdolność produkowania

194

Opera. Chciała także, abym pobierał lekcje gry na skrzypcach
i pływania. On nie dawał nam pieniędzy na żadną z tych rzeczy.
Jej nie było stać na skrzypce, lecz tylko na pływanie. Stałem się
prawdziwym szczurem wodnym.

Nie lubiłem Else, mojej starszej siostry. Czepiała się i zawsze
w jej obecności czułem się nieswojo. Miała też poważne kłopoty
ze wzrokiem. Zupełnie nie cierpiałem myśli, że któregoś dnia
będę musiał się nią zaopiekować, może obciążony jej obecnością
w domu, ciężki łańcuch dla Cygana.

Kiedy usłyszałem o jej śmierci w obozie koncentracyjnym,
niewiele ją opłakiwałem.

— I nie czułeś się winny?

Nie, żywiłem do niej niechęć.

-— Co ma jedno wspólnego z drugim?

Za każdym uczuciem winy kryje się niechęć.

195

— Czy pamiętasz, jak się urodziłeś?

Nie. Przeprowadziłem sporo pacjentów przez rodzaj narodzin,
Na jednym z moich filmów, Louise, możesz zobaczyć taki przy-
padek. Pracowaliśmy nad snem i krzykiem, które wyraźnie wska-
zywały na nie dokończone narodziny. Jednym z ciekawych fa-
któw było rozwinięcie jej krzyku od odgłosów wydawanych
przez noworodka do złego, głodnego dziecka. Ciekawe jest też
to, że nie było w tym żadnego niepokoju. Film ten będzie częścią
multimedialnej książki: Świadek terapii.

Moje własne wspomnienie narodzin ograniczone jest do sesji
z dwutlenkiem węgla, kiedy obudziłem się w pozycji noworodka,
wykonując typowe dla niego ruchy. I nadal ziewam jak hipopotam
albo noworodek. Powiedziano mi, że przeszedłem poród kleszczo-
wy i nie byłem należycie karmiony z powodu infekcji sutka mojej
matki oraz że przeszedłem nieomal fatalne Brechdurchfall, wymio-
ty i biegunkę. Nigdy sobie nic z tego nie przypomniałem.

Q,

2“}\
<
_ ,. AS Y~

banałów, jakby były to perły mądrości. Oni także, jak wielu
innych Żydów, nie wyjechali z Niemiec, dopóki SS nie weszło do
ich sklepu i nie roztrzaskało większości instrumentów.

W tym okresie brakowało niebios dla żydowskich uciekinie-
rów, ale udało im się dostać do Szanghaju, gdzie naprzykrzał im
się upał i wojna, stamtad do Izraela, gdzie doskwierał im głód, aż
ja sprowadziłem ich do Stanów, gdzie on w końcu miał kłopoty
zjęzykiem. Umarł kilka lat temu, ale Greta się przystosowała. Jest
bardzo nerwowa, bardzo gadatliwa i bardzo zmartwiona. Pomimo
to kochamy się nawzajem, a ona jest bardzo dumna, że jej brat —
czarna owca — zdobywa sławę. „Szkoda, że mama tego nie
widzi”. Zawsze przesyła mi najdroższe i najsmakowitsze europej-
skie cukierki.

Mama rzeczywiście byłaby bardzo dumna. Była bardzo am-
bitna względem mnie i zupełnie nie przedstawiała się jako typowa
„matka Żydówka”. Ojciec nie dawał jej pieniędzy i byliśmy
zadowoleni, gdy mieliśmy co jeść. Dobrze gotowała, ale nigdy
nie zmuszała nas do jedzenia. Ojciec matki by} krawcem i zwa-
żywszy na jej pochodzenie, zaskakujące było jej zainteresowanie
sztuką, szczególnie teatrem. Oszczędzała każdy grosz, żebyśmy
moolidostać mieisce stoiace w Kroll Theaterczy aneksie Imperial

— Jak niechęć zmienia się w winę?

Musisz uwierzyć mi na słowo. Musiałbym omówić całą topo-
logię.

— No, to omów.

Nie.

-— Wina i niechęć to emocje. Jak się ich pozbywasz? Bijąc
się w piersi: Pater, pecavi?

Nie, to nie pomaga.

— Ale musisz się tego pozbyć, żeby być zdrowym. Czyż
Freud nie powiedział, że człowiek jest zdrowy, jeżeli nie dręczy
go niepokój i wina? Prowadzisz terapię. Zatem wyjaśniaj!

Gadu, gadu, gadu.

— Nie możesz mi tego zrobić. Zapominasz, że jesteśmy
jednym i prowadzimy grę. Wymigujesz się, a ja tego nie lubię.

I nie czujesz się winny?

— Nie, ale ty powinieneś się tak czuć.

O wiele szlachetniejsze jest poczucie winy niż niechęci i wię-
cej odwagi potrzeba, by wyrazić niechęć niż winę. Wyrażając
winę, spodziewasz się spacyfikować swojego oponenta; wyraża-
jąc niechęć, możesz wywołać u niego wrogość.

Czytając ponownie ten akapit, odnoszę wrażenie, że znowu
odgrywam tę rolę, rolę profesora. Nie przeszkadza mi ta gra. Nie
podoba mi się oschłość, brak zaangażowania. Lubię siebie o wiele
bardziej, kiedy myślę lub piszę z pasją, kiedy jestem nakręcony.

196

Ekscytacja sięga pióra
Rozbrzmiewa jak dzwon
Niech nie cierpnie tobie skóra
Gdy fałszywy zabrzmi ton.

Lepiej do śmietnika wrzuć |
To, co nic niewarte
Ambicję co będzie cię truć
Ą życie postaw na jedną kartę.

Teraz taniec, teraz radość
Obojętnie, co tam za pogoda
Wyrzuć strach, wyrzuć złość
Niech w tańcu zapanuje zgoda.

Jeśli będziesz teraz truć

Ja nad tym boleję:

Rozpal w sobie wielką chuć
Nie flaki z olejem.

ŁCF@/ )

L
42

197

198

i willy -

Nie, nie mógłbym w przypadku winy. Wina jest zjawiskiem
społecznym, a niechęć organicznym. Mieszanie funkcji organicz-
nych i społecznych to słabość teorii Freuda.

Stadia oralne i genitalne są organiczne. Faza analna jest spo-
łeczna. To produkt przedwczesnej nauki czystości. Dlatego też
organiczna teoria Freuda jest niepoprawna. Libido, jego rozdęty
termin na podniecenie, nie przeskakuje z ust do odbytu i do
genitaliów. Obserwacje infantylnej seksualności i analnych trud-
ności, nie wyłączając tezy Abrahama dotyczącej analnego chara-
kteru, są jednak bezcenne.

— Widze, że ziewasz. Nie podnieca cię ta dyskusja. Nie
możesz odpuścić sobie Freuda? On zrobił swoje, a ty robisz
swoje.

Nie rozumiesz? Robię to, aby wyjaśnić własny pogląd. Co
więcej, większość psychiatrów wierzy we Freuda. Kiedy Darwin

199

A

Zaraz dasz mi to, co masz
Żądam tego całkowicie
Zainwestuj to, co masz
Oddaj nawet życie.

O tej porze i w tym miejscu
Żądam, abyś tu i teraz

O ognistym i czystym sercu
Został ideałem nieraz!!!

Ty skurwielu! Siedzisz sobie i stawiasz niemożliwe żądania,
Chcesz, abym czuł się winny, jeżeli im nie sprostam. Ależ nie
cierpięciebie za to, jestem wściekły i cię nienawidzę. Boże wielki.
Ale ty mnie wnerwiasz, jak Freud. Superego i ideał ego są
identyczne! Nie, proszę pana! Jesteś sprawiedliwym sumieniem,
superego, i chcesz, żebym był ideałem ego. Wpierw wciagasz
mnie, mówiąc: „Po prostu bądź sobą”, a potem: „Tylko sobą
takim, jakim chcę, abyś był”. Używasz sztuczki każdej religii,
stawiasz niemożliwe żądania, a potem wyciągasz swój funtciała,
„jak gdybym” ja miał dług, „jak gdybym” ja był winien coś tobie.

Teraz jestem przewodnikiem podróżnych:

Panie i panowie, opuszczamy teraz kraj organizmu i jego
zgrabne ozdrowienie z braku równowagi. Pozwalamy organi-
zmowi dopełnić swoich nie dokończonych sytuacji.

Wkraczamy teraz do kraju zachowania społecznego. Jest to
kraj powinności i żądań. Kraj rozkazów.

  • Myślisz, że jesteś zabawny?

Nie, zupełnie nie. Próbowałem. Czasami potrafię być bardzo
zabawny, prawdziwa dusza towarzystwa. Nie mogę tego robić
rozmyślnie. Musi być kontekst.

Chciałem stworzyć przejście do dyskusji o „stosunkach mię-
dzyludzkich”, jak Sullivan nazwał swoje podejście, ale okazało
się to głupią sztuczką.

— Jeżeli utknąłeś, sugeruję, żebyś wrócił i dokończył.

Na przykład?

— Tyle spraw zostawiłeś nie dokończonych.

Nie pojawia się nic ciekawego. Nie widać żadnej nie dokoń-
czonej sytuacji..

— A co z Idą Rolf? Chciałbym wiedzieć, jak ci pomogła.
A może mógłbyś opowiedzieć o organicznej funkcji niechęci

n

eee

opracował swoją teorię ewolucji, nie mógł uniknąć konfliktu
z wyznawcami Biblii.

Przerwałem w tym miejscu i podszedłem do maszyny do
pisania, by kontynuować podjętą przed kilkoma dniami naukę. Po
raz pierwszy napisałem zdanie odnoszące się do tej książki.

Ziewam, ziewam. Unikam zajmowania się moimi analnymi
tką o moje zatwardzenie. Wiem tyłko,
„ajają za to nienawidziłem. Reszta

trudnościami i walką z ma
że dawała mi czopki z mydła
to spekulacje.

Ziewam, ziewam, ziewam. Nadal jest wcześnie, nie ma nawet
jedenastej. Często piszę do drugiej w nocy albo nawet później.

— To możliwe. Pasuje do tematu dokańczania. Nie mówiłeś
o implozji. Pamiętasz swoją teorię nerwicy?

I to jak. Impas. Rosyjski punkt choroby? Środek nerwicy?
Tak, najwyższy czas o tym pomówić. I wyodrębnić przemyślenia,
i trzymać je na wodzy. Implozja. Dobre słowo. Eksplozja: nie-
ograniczona siła skierowana odśrodkowo w kosmos. Emocjonal-
na eksplozja: ogarniająca świat wściekłością i miłością. Siło
strachu, okiełznaj ja! Zmień jej kierunek, oczyść ją! To nie zawsze
da się zrobić. Wszystko albo nic. Eksploduj ją lub imploduj!

Implozja, siła kurczenia, siła grawitacji. Bez tej siły ziemia
rozpadłaby się na kawałki, unosiłaby się, zdezintegrowała. Im-
plozja, nowe słowo w słowniku przeciętnego człowieka. Już tu
zostanie. Przeczytałem ostatnio, że łódź podwodna „Scorpio”
implodowata... 12 000 stóp ciśnienia wody. Kadłub nie mógł się
już temu oprzeć, zapadł się. Pomniejszony okręt leży z załogą
ściśnięty na dnie oceanu. Nasze emocjonalne implozje nie są tak
silne, jak nasze emocjonalne eksplozje nie są tak wielkie

W silniku diesla tłok spręża gaz, następuję implozja, wytwa-
rzając wystarczające ciepło dla eksplozji, dla okiełznanej eksplo-
zji. W innych silnikach musimy wywołać eksplozję iskrą. W na-
szych komórkach mamy prawdonodobnie milionv minieksniozii

Ty na górze, masz rację. Musimy dokończyć parę spraw.
Fragmenty, które się pojawiają — Freud, Ida Rolf, zatwardzenie,
brak podniecenia, przedwczesne wejście w stosunki społeczne —
jeszcze nie tworzą gestaltu.

Teddy powiedziała, że poprzednie pisanie szło zygzakiem,
w schizofrenicznych skojarzeniach.

— Ona ma racje. Zorientujmy się, gdzie jesteśmy.

Kiedy tylko powiesz, że zaczynam szukać, ziewać, ociężale,
chociaż spałem dziewięć godzin. Muszę poczekać, aż coś się
pojawi albo w gównianym języku... coś wyjdzie.

Ziewam, ziewam. To zaczyna być symptomatyczne. Nuda?
Zacząłem tę książkę jako antidotum na nudę. Podekscytowałem
się, uwolniłem sporo energii. Ekscytuje mnie myśl: czy ta nowa
fala nudy obwieszcza kolejne źródło energii? Czy ten stan nudy
jest stanem implozji?

200

niemierzalnie małych, okiełznanych eksplozji. Te minieks;:lozśe
sumują się na siłę życiową, ekscytację.

Dzień, w którym będziemy mogli okiełznać eksplozję atomo-
wą, może być dniem pokoju na świecie. Każdy kraj na świecie
będzie miał wystarczającą ilość energii. Wojny o kontrolę nad
źródłami energii znikną całkowicie.

Tymczasem musimy lepiej zrozumieć rytm eksplozji i implozji.

Tymczasem musimy nauczyć się rozróżniać między prawdzi-
wymi implozjami a pseudoimplozjami.

Prawdziwe implozje to nic-ość.

Pseudoimplozje to nic.

Prawdziwe implozje to skamienienie, śmierć.

Pseudoimplozje to potencjalna przemoc, jak szala, która spo-
częła niespokojnie. Jak ta wojna w okopach w 1916 roku, z mi-
lionami zaszachowanych w bezruchu, jak przeciąganie liny z si-

201

o

— Najwyraźniej szukasz winy u wszystKich.

Gdyby ktoś trafił do celu, mielibyśmy teraz „lekarstwo”.
W każdym razie Reichowie i Schutzowie są bliżsi rzeczywistości
niż „gwałciciele umysłu”.

—?

Ci intelektualiści produkujący słowa.

Uczestniczyłeś kiedyś w tym, co uchodzi za terapię grupową?
Wszyscy rzucają w ofiarę swoją opinią, każdy interpretuje każ-
dego. Argumentacje, werbalny ping-pong, w najlepszym razie
atak: „Przesadzasz, mój drogi” albo płaczliwe przedstawienie pod
hasłem „Jaki ja biedny”. Jakiego rozwoju spodziewasz się w tych
„klubach samodoskonalenia”?

— Naprawde czepiasz się tych ludzi. Oni starają się i chcą
dobrze.

Wiem. Tak bezkompromisowo trudno jest wyjaśnić, że zro-
zumienie emocji i uwolnienie ich nie wystarcza; że tak zwane

202

A

— Możesz podać przykład?

Tak. Widziałem, jak nauczyciel, czy pacjent czuł to, czy nie,
zmusza go do złości poprzez uderzanie w materac i krzyk: „Nie!
Nie!”. To werbalne „Nie” i towarzyszące temu działanie, które
mówi „Tak” nauczyciełowi, są sprzeczne i mogą stwarzać jedynie
zamieszanie. W porządku, jeżeli to „Nie” znajduje się tuż pod
progiem sarnowyrażania, jeżeli „ja” jest zaangażowane, a cała
sprawa nie jest po prostu sztuczką nieczułego nauczyciela. Wielu
terapeutów popisuje się swoim kontrolowanym szaleństwem
przed wierzącymi w nich szukającymi poprawy, zamiast zwal-
czać ów symptom u siebie.

— NieZle się wściekasz i sam teraz prawisz kazania! Co
z tobą?

203

%

A e S o e so eri AR

łami wroga, dokładnie dobranymi, jak głęboko wycofany katato-
nik, który może eksplodowac z niewyobrażalną siłą.

Dawaj sobie radę i wycofuj się, kurcz się i rozciągaj, imploduj
i eksploduj... jak serce implodujące, kurczące się, a potem wy-
buchając otwierające się, aby dać się napełnić. Ciągłe kurczenie się
prowadzi do szybkiej śmierci, podobnie jak ciągłe rozciąganie sig.

Pseudoeksplozja u neurotyka to paraliż, pseudośmierć. Wy.
pełnia ją podniecenie dwóch antagonistów wykluczających się
nawzajem.

Pseudoimplozja to halucynacja śmierci.

Pseudoimplozja manifestuje się jako pusty człowiek, śmier-
telny nudziarz, biurokrata.

Pseudoimplozja pokazuje się w snach jako pustynia, budynki
i przedmioty. Bez jakiejkolwiek roślinności, bez ludzi.

Freud postrzega pseudoimplozję jako instynkt śmierci z jedną
możliwą eksplozją: agresją.

Reichi Lowen widzą pseudoimplozję jako zbroję, którą otwie-
ra się na tymczasowe emocjonalne eksplozje lub wydalenia.

Pseudoimplozja dostaje odroczenie od Schutza oraz inne „na-
strajacze”. Zahamowania rzucone na porywiste wiatry.

lekarstwo jest częścią procesu dojrzewania; że celem lekarstwa
jest, używając określenia Seliga, nauczyć ludzi wycierać sobie
dupę. W tym względzie niektórzy z nauczycieli „samowyrażania”
— szczególnie jeżeli są zaangażowani w produkcję masową —
mogą być nawet szkodliwi, jeżeli nie zaczną od tego, gdzie jest
pacjent, ale zamiast tego będą wydawać mu rozkazy, czego
powinien doświadczać. Aby zadowolić nauczyciela, uczestnik
warsztatów będzie produkować kopie tego doświadczenia i tylko
wzmacniać swoją nerwicę.

To jedyna sfera, gdzie nie moge ;r}aleg’é._swojej v:)my. Bez
mojego wyczulenia, wyczucia czasu i intuicji nie był y.m tym,
kim teraz jestem. Nawet kiedy przeprowadz?m ekspleyme_my
grupowe, są one tak skonstruowane, żeb)f brag Pod uwagę miej-
sce, w którym każdy znajduje się w danej chwili.

— Daj mi przykład. ,

ProsDzŻJkaż(ĘegZ z uczestników, aby wypowiedział z‘dan_le za-
czynające się od: „Nie cierpię...”, a potem poszukał,'czy gjest to
puste stwierdzenie werbalne wypomedznanę, aby mnie ;Z(a ovlv)g.
lić, czy rzeczywiste doświadczeme: W tak:m przypal(: u ro Łę
następny krok. „Postaw swoje żądamajasno . Lub spotkaj się ztą
osobą w myślach, aż niechęć zniknie. )

— Jak sprawiasz, że znika niechęć? I

Niechęć jest rodzajem trwałego uchwytg zęt'uarm. Je“zeh niena-
widzisz, to utknąłeś z tym. Często dochodzi (:10 1rr3p_1€)211 w usta?hz
do zesztywnienia szczęki. Nie mo?csz ani puścić, zaE›ommec
i wybaczyć, ani przegryźć się, nabrac’agreSJ.n i zaatakovyac.: 1]'(zec§z¥-
wistegoi wymyślonegofrustratorfx. Nlena,wnść, pf)dobnię jak mści-
wość, jest dobrym przykładem meAdo.konczonej sztuacp.

— Zatem poluzowanie szczęki nie wystar‘czy. )

— Zupełnie tego nie rozumiem. To naprawde brzmi dla mnie
jak jakiś żargon: muskularna abstrakcja wspomnienia!

Mówiłem o wytrenowanych szczurach, których mózgi zostały
zmielone i podane do zjedzenia innym. Ta substancja miała
prawdziwą pamięć albo rzeme, pamięć organiczną.

Zatem każde wydarzenie ma kilka aspektów: wypowiadane
słowa, odczuwane emocje, widziane obrazy, obserwowane ruchy,
myśli i skojarzenia, odczuwany bół itd. Z tych wszystkich tysięcy
wrażeń wyciągamy pewną ilość, którą odkładamy w naszym
banku wspomnień, aby posłużyły jako oficjalny przedstawiciel
tego wydarzenia. Przewaźnie stają się rodzajem stereotypu. Mo-
żemy nawet przyozdobić go lub część usunąć.

Jeżeli pojawia się jedna abstrakcja, wówczas często cały kon-
tekst jest osiągalny. Nie jest to skojarzenie linearne, chociaż
często jest tak nazywane, ale całościowy gestalt.

Zatem, jeżeli Ida dotyka bolącego miejsca, czyli tego, co
pamiętają mięśnie, wówczas ogólny kontekst, włączając nie wy-

„rażane emocje i obrazy, może pojawić się i stać się osiągalny dla

asymilacji i integracji.
Odzyskane wspomnienie samo z siebie ma tak małą wartość
jak odzyskane wspomnienia Freuda i Reicha Jeżeli iednak ma.

Zatem poluzowanie szczęki Jest tak JednOSHOTL Jai „P:
nie” o nienawiści. . -

— Dziękuję, Fritz, za wykład. Mam pojęcie o 1mplozp, nauczy-
łem się czegoś więcej o niechęci i przede ws%ystklm zaczynam
uświadamiać sobie pewne komplikacje w terapii. Zgadzarą sig, że
jakiekolwiek częściowe podejście, jak przebicie zbroi lub mówienie
o doświadczeniu, jest jednostronne i dlatego meefektane. 4

Tak. I szczególnie nie pochwalam tych trzymających jedną
stronę, jeżeli wierzą, że ich segmentalne podejście to panaceum,
lek na wszystko. " .

— Chcesz powiedzieć, że jednostronne podejście takz_e ma
zastosowanie do „fizycznego” wtórnego uwarunkquwanla Ifiy
Rolf? Coonarobi? Czy coś nakształt przebicia zbroi wyznawców

Reicha? ,

Czasami tak. Nazywam to raczej przypadkowym odpadem,
szczególnie jezeli twoim wspomnieniem jest muskularna abstrakcja.

204

g b

cjent trwa przy błędnej postawie... „jak gdyby” nadal odczuwał
pierwotny ból... wówczas ma taką samą szansę ponownego przy-
stosowania się do poprawnej postawy jak pacjent, który trzyma
się zmarłej matki... „jak gdyby” nadal musiał ja zadowalać; może
sobie uświadomić, że już nie musi jej więcej zadowalać, że był
ofiarą halucynacji. Oba przypadki są procesami „budzenia się”.

— A Ida naprawdę pomogła ci z problemami sercowymi?

Tego nie mogę powiedzieć. Z pewnością pomogła mi z głów-
nym symptomem, tymi bólami związanymi z dusznicą, przez
które życie było tak nieszczęśliwe, że aż miałem ochotę skończyć
z tym wszystkim. W tym sensie uratowała mi życie.

— Czy dostała się do jakichś wspomnień?

Nie. To mi się udało dzięki psylocybinie. Nie, jej praca pole-
gała zupełnie na czym innym. Te przełomy są zaledwie produk-
tem ubocznym, nie głównym. Podobnie jak ja, pracuje nad nie-

205

5»[OHIIIZOWL 2 POV PoWA TWT

— Zatem jaki mato związek z twoimi kłopotami sercowymi?

'W przypadku dusznicy bolesnej (angina pectoris) mięśnie
wokół serca i w lewej ręce bardzo bolą. Prawdopodobnie natura
znalazła taki sposób, aby powstrzymać cię przed przepracowa-
niem i przemęczaniem chorego serca. Ida pootwierała więc skur-
cze w tych wszystkich mięśniach i mogłem swobodnie oddychać.
Miałem czasami także strasznie bolesne, paraliżujące bóle ple-
ców, a zniknęły w około 80-90 procentach. Widzisz, że ogólnie
rzecz biorąc, mam powody, aby być nad wyraz wdzięczny.

— Jaką ona jest osobą?

Potężnym, wielkim aniołem. Łączymy teraz terapię gestaltycz-
ną z jej metodami. Od kiedy sprowadziłem ją do Kalifornii,
zainteresowanie jej pracą rośnie. .

— Ile malat?

Musi być w moim wieku.

206

4////3

wpływem psylocybiny. Przypomniałeś sobie, jak nabawiłeś sie
kłopotów z sercem?

Nie, niezupełnie. To o wiele bardziej złożona historia i skupia
się wokół Marty. Załuję, że nie mogę po prostu powiedzieć, że
Marty złamała mi serce, ale to byłoby zbyt wielkie uproszczenie.
Faktem jest, że przeszedłem cierpienia czasem trwania dorównu-
jące okresowi spędzonemu w okopach. Różnica polega na tym,
że w okopach mogłem traktować siebie jako ofiarę okoliczności;
w przypadku Marty ja ponoszę odpowiedzialność

Co sprowadziło mnie do Miami Beach, gdzie mieszkała Mar-
ty, w zasadzie nie mogę powiedzieć. Kiedy mieszkaliśmy w Afry-
ce Południowej, uwielbiałem spędzać wakacje w Durbanie. Prze-
waznie zatrzymywaliśmy się w Balmoral Hotel. Frontowy pokój

207

i
H

równowagą. Następcy Reicha mają podejście heurystyczne. Prze-
bijają zbroję tam, gdzie spodziewają się znaleźć represje. Ida
wyznaje pogląd holistyczny; patrzy na całeciałoi próbuje ustawić
to, co się popsuło. Rozrywa ciasną szatę wokół mięśni, by dać im
zaczerpnąć powietrza, jak sama mówi, i stymuluje zanikające
mięśnie.

— Torozrywanie musi być bolesne.

Czasami nie do wytrzymania. Na ogół po dwudziestu minu-
tach robię sobie przerwę na papierosa.

— Dlaczego ona nie robi tego pod znieczuleniem?

Twierdzi, że potrzebna jej współpraca. W niektórych miej-
scach tkanka mięśniowa implodowała, a ona działa tak długo, aż
ustąpi skurcz.

Wziąłem około pięćdziesięciu zabiegów. Przeważnie daje
płanowaną serię dziesięciu.

— Przeszłoci już?

Wcale nie. Najpierw weź pod uwagę mój wiek i to, że wiele
z moich implozji jest bardzo głęboko zakorzenionych. Nastąpiła
tylko nieznaczna poprawa. Ona ma teraz paru dobrych uczniów.
Pewnego dnia będę niegrzecznym chłopcem i spróbuję poddać się

. ss Y by rozn razwecelająceco

— Skoro jest taka dobra, dlaczego nie jest sławna?

To stara historia reklamowania czegoś dobrego jako panace-
um. Jest oczywiście uprzedzona i raczej perswaduje, niż podaje
fakt)f, -czasami sobie przypisuje coś, co nie jest bezpośrednim
wynikiem jej pracy. A z koordynacji naszej pracy wyłania się coś
dobrego. Ona nie przysłuży się osobom o głębokich zmianach
psychicznych, a osoby z chronicznymi wadami postawy ograni-
czą efektywność naszej terapii. Sprawdzimy także, czy nasza
współpraca działa na schizofreników.

Struktura i frustracja są identyczne: zmień strukturę, a zmie-
nisz jej funkcję; zmień funkcję, a zmienisz strukturę. ,

— Powiedziale$, że odzyskałeś pewne wspomnienia pod

a K] [
: = ę l-

z widokiem na ocean kosztował gwineę, co wówczas równało się
czterem dolarom. Obejmowało to także smakowite jedzenie
z wieloma wyśmienitymi sałatkami. Szeroka plaża o białym pia-
sku i, o jeju, Ocean Indyjski! Ciepte fale, pod którymi się nurko-
wało. Sporo czasu na czytanie. Przejazdzki do Zulułandu, doliny
o tysiącu szczytów. Przejazdzki z Zuluriksha, silnym Murzynem
w stroju wojownika, wyskakującym w powietrze, przechylają-
cym rikszę jak koń, który się dobrze bawi. .
Oczywiście nie znalazłem nic takiego w plastikowym Miami
Beach, ale pływanie, jedyny sport, jaki mi pozostał, przyciągnął
mnie z Nowego Jorku. ,
Nigdy nie lubiłem Nowego Jorku, parnego latem, a zimą
pokrytego pluchą, z trudnościami przy parkowaniu i syrenami,
z tandetnymi przedstawieniami teatralnymi i długimi podróżami
zatłoczonym i głośnym metrem. Przede wszystkim coraz bardziej
niewygodnie mi było z Lore, przy której zawsze byłem na prze-
granej pozycji i która w tym okresie nigdy nie powiedziała o mnie
dobrego słowa.
To z kolei zwiększało moją tendencję do romansów bez jakie-
gokolwiek głębszego zaangażowania. To zaangażowanie w koń-
1e w Miami Beach.

r naiawiła

pOngia się nie nasze ogniste kochanie i jeszcze bardziej
zacięte kłótnie, ale Twoja wdzięczność: „Oddałeś mi moje
dzieci”.

Znalazłem Cię bezradną, na granicy samobójstwa, rozcza-
rowąną małżeństwem, przykutą do dwójki dzieci, z którymi
straciłaś kontakt. Bylem dumny, że Cię podniosłem i ukształ-
Fowałem według Twoich i moich potrzeb. Kochałaś mnie
i podziwiałaś jako terapeutę, a jednocześnie stałaś się moją
terapeutką, tnącą z okrutną szczerością przez moją nieszcze-
rość, kłamstwa i manipulacje. Nigdy juz nie było między nami
większej réwnowagi niż wtedy.

Potem przyszedł czas, kiedy zabrałem Cię do Europy.
Paryz:, szalone wybuchy zazdrosci z mojej strony, dzikie orgie,
pgdmęcające, ale nie naprawdę szczęśliwe. To szczęście zja-
wiło się we Włoszech. Byłem dumny, że mogłem pokazać Ci
prawdziwe piękno, jakby było moją własnością, i pomóc Ci
pokonać kiepski gust pod względem sztuki. Oczywiście, upi-
liśmy się Wenecją i...

To przedstawienie Aidy w Weronie! Starożytny amfiteatr
rzymski mieszczący dwadzieścia... trzydzieści tysięcy wi-

dośw Gaonn9g 7. 3+ p

S

el i Al

Big Sur, Kalifornia
arty, ›

ĘĘŚ; gilę pśznałem, byłaś piękna nie d(,) O.pisama., lźrołstśr,
silny, grecki nos, który później zr.liszczyłas, z'eb?l ml;'c „ład-
ną” twarz. Kiedy to zrobiłaś, kiedy ochr?CIłas so 1e.nos,
stałaś się obca. Miałaś wszystkiego w,m.ldmlarz'e. - mtel.lgen-
cji i próżności, oschłości i namiętngsc:. o]ęrgclęnstw? i wy-
dajności, beztroski i depresji, rozwiązłości i lojalności, po-

i entuzjazmu. -
gar%;;yninświę, że byłaś, jestem w błędzie.- Ty nadal )es(tjf:sl
i żyjesz jak nigdy, chociaż bardziej' s‘konsolndo»'vana.,l'la ;1
Cię kocham, a Ty kochasz mnie, już bez namiętności, ale

z zaufaniem i szacunkiem. ) )
Kiedy przypominam sobie nasze współne lata, pierwsze

208

ST T ARG ZNJ SUEHY. LC KONIEC teatru zabudowano
gigantyczną, trójwymiarową scenerią, jak żywą, fragment
Egiptu przeniesiony z innego kontynentu. Jest noc, prawie
ciemno. Część widowni oświetlają setki świeczek. Potem
przedstawienie. Głosy unoszące się ponad nami i w nas
z frapującą intensywnością. Finał: pochodnie płonące w nie
kończącej się przestrzeni i zanikające głosy, dotykające
wieczności.

Niełatwo było przebudzić sie i włączyć w gwar wychodzą-
cego tłumu.

Opera na otwartym powietrzu w Rzymie była sztuczna
W porównaniu z tym, nigdy nie pozwoliła Ci zapomnieć, że
uczestniczysz w przedstawieniu.

Nasze noce. Żadnego nacisku, żeby wracać do domu,
żadnej obawy, że się nie wyśpimy. Osuszenie do ostatniej
kropli naszego poznawania siebie. „Dzisiaj było najlepiej”

209

Wszelkie próby zerwania z Tobą zawiodły. Wtedy Zf‘ob.l-
łem coś, co — patrząc wstecz — wydaje się próbą pop.ełmema
samobójstwa bez znaku takiego tchórzostwa. Przeżyłem te
operacje. Przeżyłem nasze rozstanie. Przeżyłem nasze F›statecz-
nekłótnie i zgody. Jestem tutaj, a Ty jesteś tam. Będzie dobrze
i normalnie, kiedy tylko spotkamy się znowu. ,

Dziękuję Ci za to, że byłaś najważniejsza osobą w moim

Fi

życiu.

210

Moralizatorstwo podnosi swój okropny łeb: kara.

Karzę siebie, karzę ciebie. Kościół ukarze mnie. Samobójca
nie zasługuje, by leżeć wśród szacownych zmarłych.

A zatym wszystkim: odkupiająca fantazja samobójcy: „Który
cudotwórca mnie zbawi?” „Czy deus ex machina przybedzie na
czas?”.

Dzięki szczęściu i zrozumieniu osiągnąłem rzadki rekord, jak
na psychiatrę: trzydzieści lat bez choćby jednego samobójstwa
wśród moich pacjentów.

Trzydzieści lat temu, w 1938 roku, leczyłem młodego Żyda
Z homoseksualizmu. Jak wielu pederastów miał matkę — pra-
wdziwą jędzę. Pewnego dnia zjawił się z wiadomością, że matka
została zabita, prawdopodobnie przez czarnego służącego.
Wkrótce potem — było Jom Kippur, żydowskie święto odkupie-
nia — sam się zabił.

211

stato się regularnym zwrotem, ale to prawda, nieustannie
wzmagająca się intensywność bycia tam dla siebie nawzajem.
Nie istnieje taka poezja, która opisałaby te tygodnie, tylko
amatorskie jąkanie.

'W tym życiu nie dostajesz czegoś za nic. Musiałem drogo
zapłacić za moje szczęście. Po powrocie do Miami stawałem
się coraz bardziej zaborczy. Moja zazdrość osiągnęła napra-
wdę psychotyczne proporcje. Kiedy tylko byliśmy rozdziele-
ni... a byliśmy przez większość dnia... niepokoiłem się,
sprawdzałem Cię, przejezdzatem kilkanaście razy dziennie
pod Twoim domem. Nie mogłem się skoncentrować na ni-
czym z wyjątkiem: „Marty, gdzie teraz jesteś, z kim?”.

Aż w naszym życiu zjawił się Peter i Ty się w nim zako-
chałaś. On niedbał oCiebie zbytnio. Dla Ciebie był wybawie-
niem ode mnie i moich tortur. Był wyluzowanym i zabawnym
gawędziarzem. W jego obecności nie można było się nudzić.
Był młody i piękny, aja stary i podstępny. Aby skomplikować
sprawy jeszcze bardziej: ja też go lubiłem i nadal lubię.

Runelo na mnie niebo. Zostałem sam i gardziłem sobą na
zewnatrz, a wewnątrz pielęgnowałem fantazje o dzikiej zemście.

“;5?7

LN

,Patrząc wst(:cz na własne życie, widzę kilka okresów samo-
bOchych: Po niemiecku to słowo brzmi Selbst-morder, zabójca
sz.imego słeble; awłaśnie tym jest samobójca. Jest mordercą, który
niszczy siebie, a nie kogoś innego.

Zarowno morderca, jak i samobójca mają coś jeszcze wspól-
nego: lm-p(.›tenc_]ę w radzeniu sobie z sytuacją, i decydują się na
na;bardzne? prymitywny sposób: ekspłozję przemocy.

-I. trzeci czynnik: pokonam cię: zabiję się, zanim ty mnie
zabijesz.

I często: płacę mój dług.

A także przeciwieństwo: będziesz czuł się winny: „Patrz, co
ze mną zrobiłeś”. ’

Czy to on zabił matkę? Czy byt z nią tak bardzo bliękoj i: chciał
się połączyć także w niebie? Jaką rolę odegrało tłdkuplemc. k

Próżne spekulacje! Zaczynam rozumieć coś nowego. Satakie
dni, że ogarnia mnie zmęczenie, tracę zdrc?wy rozum, OZ. Wypg-
fuję się. Nie całkowicie. Nie zasypiam. Nie popadam całkowicie

w zapomnienie. ) ,
Żl;/zna pustka wrze. Sterylna otchłań, świat nudy zniknął. Jak

okiełznać bogactwo żyznej pustki? To coś więcej iż śmietnik,
pojawia się coś więcej niż śmieci.

212

Jest tego zbyt wiele: myśli, emocji, obrazów, osądów. Zbyt
wiele ekscytacji. Tworzenie gestaltu jest w niebezpieczeństwie;
ogarnia mnie schizofreniczny frakcjonalizm, chaotycznie mani-
festujący swoje prawo bytu.

Pozostań w kontakcie, wykorzystaj swoje zmęczenie, aby
utopić histerię zbyt wielu głosów krzykiem domagających się
uwagi. Uspokój się. Trzymaj się zasady Heisenberga: obserwo-
wane fakty zmienia się przez obserwację!

Zmęczenie, wziąłem cię, jak nudę, za swego wroga. Wziąłem
ciebie za coś, co chce pozbawić mnie części mojego życia. Wiesz,
jak jestem łakomy. Więcej, więcej, więcej.

W żyzną pustką teraz patrzę
Zmiłowania czekam

Niech mi łaska spłynąć raczy
I z prawdą nie zwleka.

Zapisz stron tysiące
Stutysięczny znak

Nie pierzchaj po łące
'Wszak ty nie jesteś ptak.

Pióro sunie po papierze
Znaczy ból i radość

Dosyć tego w mej karierze
Już próżności dość.

Wreszcie poznałem

Ile mam do powiedzenia
Ilu odkryć dokonałem
Tego nikt nie zmienia.

Rumturatarita

Niech się kazdy bawi
Ratatitaruta

A gardło nie dławi.

213

Nie żałuję tego kim jestem
Jestem watakuka

Uhysa pusa roma tom
Vas is da se kuknąć?

Hurra! Oszalałem!!!

— Teraz oświadczyłeś, że jesteś niepoczytalny. Do czego cię
todoprowadziło? Chcesz zrzucić z siebie całą odpowięd?iąlnosć”.f
Jejku, ale z ciebie nudziarz. To był wybuch rądoscx. I coś
jeszcze. Nie potrafię zbyt dobrze utrzymać melodii. Słyszałem

214

;
|

muzykę i dźwięki i nie czułem potrzeby wypełnienia dźwięków
słowami. Wiem, że w żyznej pustce jest muzyka.

Mam szczególny stosunek do śpiewu, jak gdybym bał się, że
zniknę, kiedy połączę się z innym głosem lub dźwiękiem. Czasa-
mi dobrze prowadzę bas, a raz, kiedy Alma Neumann, przyjaciół-
ka z czasów studiów, grała kantatę Bacha, zaśpiewałem cały
utwór poprawnie, kierując się jedynie wzrokiem i słuchem. Ten
cud wydarzył się tylko raz, ale wskazuje, że gdzieś, ukryty i za-
blokowany, czeka wielki potencjał muzyczny.

— Przestań, nie czaruj mnie. Chcesz uciec przed poważnym
pytaniem o twoją poczytalność.

Och, nie, wcale nie. Chcę tylko, żebyś zrozumiał, że to „po-
czucie szaleństwa” ma mało wspólnego z niepoczytalnością. Je-
żeli nazwiesz moje wybuchy zazdrości psychotycznymi, zga-
dzam się z tobą. Były kompulsywne. Miałem je z Lore, miałem
je z Marty i w o wiele mniejszym stopniu przy innych okazjach.
Rozumiem je bardzo dobrze i mogę je wyjaśnić, co jedynie
pokazuje, jak małą wartość ma psychoterapeutyczne poznanie.

Przeważnie zaangażowane były cztery czynniki... projekcje,
nienasycona ciekawość seksualna, strach przed pominięciem
i homoseksualizm.

Nagle uświadomiłem sobie, że opuściłem jedną osobę, Lucy,
która także była ważna w moim życiu.

Rozumiem też, jak trudno jest być pisarzem, nawet jeżeli
ograniczamy swoje „ja” zaledwie do faktów. Muszę dokonać
wyboru. Ale jakiego, do diabła? Nie muszę wyprodukować do-
brej książki. Wiem w jakiś sposób, że moim głównym motywem
było i jest dojście do ładu z sobą samym i poddanie się własnej
terapii. Naprawdę nie ma nikogo innego. Był Paul i była Marty,
jest Jim Simkin, aja w zasadzie nie jestem gotów poddać się jemu.
Lore nie jest dla mnie dobrą terapeutką. Zbytnio z sobą współ-
zawodniczymy. Ona jest zarozumiała, bogobojna i nie słucha. Nie
mam wątpliwości, że często ma rację, ale przynajmniej w stosun-
ku do mnie ma rację agresywnie.

Jest dodatkowy plus całej tej książki. Chętnie daję ludziom do
przeczytania rękopis w mojej obecności, by doświadczać ich

215

udziału. Potrzeba mi sporo zachęty. Gdybym pisał wyłącznie dla
siebie, opuściłbym wiele teorii, a ja chcę to przekazać.

Najwyraźniej, bo tak to coraz częściej widzę, jest to znowu
moja zachłanność. Jestem zachłanny na obydwa sposoby: mieć
coraz więcej doświadczeń, wiedzy i sukcesów i rozdawać wszyst-
ko, co mam... a nawet to nigdy nie wydaje się dosyć.

Nic nie wyraża zachłanności lepiej od palenia. Jeden gwóźdź
do trumny za drugim. Bum, bum, bum! Umierasz od palenia,
umierasz od masturbacji. Widziałem wiele śmierci na wojnie, od
chorób, w wypadkach. Widziałem śmierć od palenia i seksu.

— Nie o to chodzi, jak mawiała Lore.

Więc o co chodzi?

— Wiesz bardzo dobrze, jak mawiała Lore, ukrywając swoją
ignorancję za wszystkowiedzącą miną.

Nie chcę jeszcze rozmawiać o Lore, chociaż Lucy wskazuje
w te strong. „Gdybym” nie miał problemów z Lucy, nie wyjechał-
bym do Frankfurtu i nie poznałbym Lore. „Jeżeli” wyciągnę Lucy
z trumny, to muszę także wyciągnąć wuja Stauba z jego wielce
szanownej trumny.

Wuj Staub był dumą rodziny. By} największym niemieckim
teoretykiem prawa. Miał długą brodę i dumny chód. Jego żona
i dzieci byli zarozumiali i mieli z nami mało wspólnego. Oni
także mieszkali przy Ansbacher Strasse, podczas gdy Greta i ja
mieszkaliśmy po prostu na ulicy. Siostra Else trzymała się mamy.

Możecie sobie wyobrazić? Wtedy jeszcze nie było samocho-
dów. Ulica należała do dzieci, z wyjątkiem tych z bardziej nobi-
litowanych klas, jak dzieci Staubów, które były zbytnio zajęte
kształceniem przez guwernantki.

Wuj Staub przemknął przez moje życie jako symbol, jako
interpretacja i jako psychologiczne odkrycie.

Symboliczny status był oczywisty i było także oczywiste, że
powinienem podążyć jego śladem. Lecz zbuntowałem się i ucie-
kłem w nauki humanistyczne chorą ścieżką medycyny.

Interpretację zapewnił Wilhelm Reich. Nigdy nie zdradził mi,
jak doszedł do tego wniosku: powiedział, że jestem synem Her-

216

mana Stauba, co spodobało się mojej próżności i nigdy nie osiąg-
nęło przekonania.

Do psychologicznego odkrycia doszło poprzez Lucy. Powie-
działa mi, że pieprzył ją, kiedy miała trzynaście lat. Kiedy to
usłyszałem, nie sprawdziłem jej wiarygodności i uwierzyłem jej.
Otrzymałem potwierdzenie podobnej sprawy później z innego
źródła.

Teraz odczuwam skrępowanie podobne do tamtego.

Zauważyłem, że ojciec w dużej mierze był swawolnikiem, ale
i tak uchodził za złego. A oto ważny autorytet niemiecki w dzie-
dzinie prawa popełniał przestępstwo uwodzenia nieletnich. I to
pod przykrywką powszechnego szacunku! A do tego były jeszcze
nauki Freuda, najwyraźniej mówiące seksowi tak.

j
)
i~

217

|
!
!

SZKanIa w ,,1CPS4 YT sąsieuztwie HIL AlUdVIIVE vildsot.

Lucy i moja matka znały się. Ja juz otworzyłem praktykę.
Lucy była w szpitalu na usunięciu nerki. Jej mama poprosiła mnie,
abym ją odwiedził.

Tam zobaczyłem śliczną blondynkę. Jedną z tych, jakie lubi-
łem ustawiać na piedestale i wielbić jako boginie. Po dziesięciu
minutach rozmowy powiedziała: „Jesteś piękny, pocałuj mnie!”.
To mnie uziemiło: Co! I to mogło mi się przytrafić? Poza nielicz-
nymi wyjątkami widziałem siebie jako brzydala, a tutaj bogini
z Olimpu przyszła pobłogosławić śmiertelnika? I to kobieta
z dziećmi i mężem?

Moja początkowa niezdarność szybko stopniała pod jej na-
miętnymi pocałunkami pomagającymi zapomnieć o operacji. Da-
łem się w to wciągnąć z radością.

Kochałem kilka razy. Pierwsza była Katy, blondynka, córka
piekarza. Miałem wtedy osiem lat. Później kochałem Lotte Cie-

218

|
|
|

T A&y 1) A y J p 280 yY p
Jesteś nudny, oschty, nieomal jak zawodowy terapeuta albo na-
uczyciel ze szkółki niedzielnej. Zupełnie nie służysz pomocą,
przypominając ten chory, ekscytujący okres z Lucy.

— Zamknij się. Jaki obraz pojawia się pierwszy?

219

— Nagle stajesz się moralistą.

Miałem w życiu okresy moralnej pogardy. Pierwszy przeży-
łem w wieku czterech lat. Bawiłem się na ulicy. Dziewczynka
wybiegła z domu i na moich oczach nasiusiała pod drzewem. To
nie do wiary! Dlaczego nie zrobiła tego w domu, do nocnika?

— Gdybys opisał historię swojego przypadku jako zbocze-
niec seksualny, gdzie umieściłbyś Lucy?

Powiedziałbym, że to był punkt zwrotny. Wcześniej wiodłem
życie miłosne raczej rozwiązłe, ale zasadniczo zdrowe.

— Zatem obwiniasz Lucy?

Nie, zdecydowanie nie obwiniam jej. Z chęcią poddałem się
jej naukom i niedbałemu poznawaniu. A obraz tajemnego życia
Hermana Stauba wprowadził licencję, a nawet żądanie, aby po-
dążać jego śladem... jeżeli nie w dziedzinie prawa, to przynaj-
mniej w jego działaniach sprzecznych z prawem, obojętnie, czy
były prawdziwe czy wymyślone przez Lucy.

— Czy ona także była twoją krewną?

Daleką.

— Jak ja poznałeś?

W bardzo szczególny sposob. „Oni” wprowadzili się do mie-

A CŁ Ł Or

, P T

linsky i bardziej niż inne kochałem Marty. Lore kochałem okre-
sowo, ale zasadniczo jesteśmy towarzyszami podróży, którzy
mają rozliczne wspólne interesy.

Lucy fascynowała mnie i podniecała. Była bardzo zaborcza
i kochała mnie tak, jak umiała. Dla mnie była jedynie cudowną
przygodą.

— Plotkujesz. Mówisz o niej. Mów do niej.

Nie mogę rozmawiać z tobą, Lucy. Nie żyjesz. Umarłaś.
Kiedy wyrwałem się w 1926 roku, przestałaś dla mnie istnieć.
Twoja prawdziwa śmierć nie znaczyła dla mnie zbyt wiele. Sły-
szałem, że uzależniłaś się od morfiny i ostatecznie się zabiłaś.

— Co skłoniło cię, aby wyjechać do Frankfurtu?

Mieszkał tam jeden z braci mojej matki, wujek Juliusz, bez-
pretensjonalna, ciepła osoba, z którą czułem się blisko związany
jako dziecko. I Karen Horney, moja berlińska terapeutka, pora-
dziła mi opuścić Berlin i kontynuować terapię u Clary Happel, jej
byłej studentki. Ponadto zainteresowała mnie praca Goldsteina,
egzystencjalne grupy i sam Frankfurt, który w tamtym okresie był
pięknym i kulturalnym miastem.

— Czy jest coś jeszcze, co chcesz powiedzieć Lucy?

K iocr ty no rŚrya +%a doj

ni wmimalnie mi cia nie nardnhoco

Szpara w drzwiach przesuwnych między moim gabinetem
konsultacyjnym a gabinetem fizykoterapii. Lucy i jej koleżanka
kochają się w gabinecie. Podglądam je przez szparę i coraz
bardziej się podniecam, napięcie rośnie do granic wytrzymałości.
Kiedy dziewczyna zaczyna ssać genitalia Lucy, eksploduję, wpa-
dam do pokoju, odpycham dziewczynę i doznaję krótkiego, ale
silnego orgazmu z Lucy.

Dziewczyny organizują później kwartet z mężem tej koleżan-
ki i mną. Oczekuję mojej pierwszej homoseksualnej przygody.
Przedtem, w okresie dojrzewania, przeszedłem jedynie nieważny
epizod równoległej masturbacji, bez wzajemnego dotykania się,
z Ferdynandem Knopfem. Niedawno przypomniałem sobie jego
imię oraz czułe wspomnienia mego pielęgniarza, kiedy byłem le-
karzem podporucznikiem.

W zasadzie ten mąż i ja byliśmy sobie obcy i znudziliśmy się
sobą, nigdy nie uzyskując z tego żadnego podniecenia, a co
dopiero erekcję; ale obaj lubiliśmy patrzeć na przedstawienie
dziewczat.

— Jak sig czujesz, ujawniajac to publicznie?

Czuję sie, jakby to było najtrudniejsze zadanie, jakie kiedy-
kolwiek podiatem. „Skoro” mam siłe przejść przez to wszystko,

Wczoraj poświęciłem sesję z klasą Jima na omówienie dzia-
łania snów. Jak zwykle poszła dobrze. Pracowałem z pięcioma
lub sześcioma osobami i za każdym razem w dziesięć, dwadzie-
ścia minut docierałem do sedna każdej osoby, a nawet zreintegro-
wałem niechciany materiał. Stało się to rutyną, dziecięcą zabawą.

Nigdy nie jestem zadowolony.
Todna 7 tynch neośh hyła niawidoma teranentka Zanvtałem ia

to praw!
trafię się pr:
ralnemu
spojrz

Wiem,

zpł

dopodobnie przejdę przez ten wielki impas. „Skoro” po-
zeciwstawić realnej lub wymyślonej pogardzie i mo-
pohańbieniu, stanę się bardziej rzeczywisty i wolny, aby
ć ludziom w twarz i może nawet zrzucić zasłonę dymną.
estem w tym wzgledzie niczym Wilhelm Reich, hardy,
b wstydu.

\ =

.
&

X —

p 8P J 002U

kiedy oślepła. Powiedziała, że podczas porodu, brak witamin. Jej
sny zawierały obrazy i powiedziała, że odczuwa na twarzy czer-
wony kolor, a wówczas ja wyraziłem wątpliwość co do jej ślepo-
ty. Jak może widzieć obrazy we śnie, skąd wie, co to jest czer-
wień? Wiem, że moje podejrzenia zasiały w niej ziarno. Jeżeli
mam rację, ono zakiełkuje, pewnego dnia będzie widzieć. Kto
wie?

Wydarzyło się jeszcze coś szczególnego. Podczas terapii gru-
powej, około dwóch tygodni temu, wraz z uczestnikami zjawił się
biały kotek. Podobny biały kotek przyszedł dzisiaj. Przypomina
Mitzie, tylko futerko ma mniej bujne, ale jasna pręga na czole jest
taka sama. Po wyjściu grupy została. Dałem jej batonik figowy,
jedyną jadalną rzecz w domu, a ona zjadła go ze smakiem.
Zostanie?

Idzie za mną do sypialni, stąpa zaciekawiona, a zarazem jakby

221

s eI

okres. Chtopiec nie byi specjalnie bystry, al€ odznaczał SIĘ Spo-
rym apetytem. Zapytany, czego chce, zawsze odpowiadał: „Tro-
chę więcej z wszystkiego”.

Mieliśmy także opiekunkę do dzieci sprowadzoną zza morza.
Zdaje się, że była tam z kimś zaręczona. Zdecydowanie trzymała
się na uboczu, ale kiedy zabrałem ją do ciepłej łaźni, ochoczo
i namiętnie kochała się ze mną.

Ciepłe łaźnie i gorące źródła, oba mineralne. Różnica polega na
tym, że mamy balie 6 x 6, głębokie na 2 l/z stopy, a oni mieli trzy
baseny o różnej temperaturze. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Aby się tam dostać, trzeba było pokonać sto nudnych mil
z jedną przerwą, wodospadem. Nie było tam zbyt wiele wody.
Ludzie musieli wysiąść z samochodu i pociągnąć za łańcuch, co
zawsze przypominało mi powiększone WC.

WC w mojej łazience jest bardzo zwyczajne, ale wanna!
Wszyscy mi zazdroszczą. Jest owalna, wyłożona kafelkami, ze

222

—- Fritz, musisz nauczyć się panować nad sobą.

Przestań mi jebać mózg.

— Fritz, nie ma potrzeby używać takiego obscenicznego
języka. A propos, co rozumiesz przez jebanie mózgu?

Kiedyś nazywaliśmy to wielkim gównem. Miało to pewien
efekt, ale nie w powszechnym użyciu. „Jebanie mózgu” jednak,
tylko dlatego że jest obsceniczne, nadal ma pewną wartość terapii
wstrząsowej.

223

znała całe mieszkanie. Nie chce wyjść przez otwarte drzwi na
taras, sadowi się wygodnie na łóżku, wtula mi się w dłoń. Mam
ją zatrzymać, znowu narobić sobie kłopotu z utrzymywaniem
i pielęgnacją? Umieszczę ją na korytarzu. Może spać w central-
nym pokoju, jeżeli uprze się przy pozostaniu.

— Widzę, że narysowałeś swój dom. Czy znowu uciekasz od
tematu? A co powiesz o twoim życiu płciowym z Lucy? Co
z twoimi atakami zazdrości?

Rozważam to. Chcesz, żebym napisał książkę z momentami,
może nawet pornograficzną?

— (62, będziesz miał sporo czytelników.

Nie chcę wchodzić w taką argumentację. Chcę zapisać takie
obrazy i myśli, jakie się pojawia, bez względu na to, co to będzie.
Pewne myśli już zaczynają się łączyć. Wyłoni się to, co zostało
nie dokończone. Tak, chcę napisać o moim domu, a ty mi znowu
przeszkodziłeś i kazałeś się bronić.

Ping-pong, ping-pong, ping-pong. Znowu pranie mózgu.
W zasadzie to nieźle grałem w ping-ponga. W Afryce miałem
dobrego partnera, naszą gospodynię. Ona wraz z mężem i synem
o włosach koloru marchewki mieszkała z nami przez pewien

stopniami schodzącymi w dół. Chociaż zawsze chciałem mieć
dużą wannę, aby w niej leżeć i wygodnie sobie czytać, w tej
mamuciej wersji nie jest to możliwe. Ma przynajmniej sześć stóp
długości i musiałem zainstalować jeszcze jeden podgrzewacz,
aby można było napełnić ją wodą. Może się w niej kąpać razem
kilka osób i czasami po prostu się kąpiemy albo nie tylko.

— Widzę, że masz teraz wolne skojarzenia.

Tak i nie czuję się z tym zbyt dobrze, a jednocześnie takie
postępowanie sprawia mi przyjemność. Jak foka, która pływa,
kręci się, obraca, nurkuje w oceanie słów i faktów. Nie jak wydry
morskie, które pływają w naszej zatoce i leżąc na plecach, poka-
zują nam, jak otwierać muszle. Tak, chcę ci pokazać, jak otworzyć
twoją muszlę. Nie, nie chcę tego zrobić. Chcę, żeby zostawiono
mnie w spokoju. Tak, proszę pana. Nie, proszę pana, tak, nie tak
nie, tak nie taknietaknietaknie.

— Moze naprawdę zwariowałeś?

Nie, jestem tylko głodny.

5 A

=" f NZ

— Nie mógłbyś używać bardziej akceptowalnego określe.
nia?

Tak. Mogę to nazwać słowotokiem, zdaniowym ping-pon-
giem, gównem, ale jaki to ma sens? Ludzie, którzy otoczyli się
grubymi zaporami słownymi, będą akceptować takie określenia
i spierać się z nimi, wyrzucając z siebie zdania, ale sami pozostaną
nietknięci. Wymigują się.

— Ciekawi mnie jedno. Dlaczego skupiasz się na produkcie
defekacji, nazywając go przy tym wielkim?

Możesz to nazwać pierdołami. Nie ma przeciwwskazań. Te
produkty defekacji klasyfikuję jako symbole konieczne dla syste-
mu porozumiewania się Homo sapiens. Jak ci odpowiada ten
system? Czy takie dokładne nazewnictwo zadowoli cię, czy uśpi?

— Być może. Jaka jest twoja klasyfikacja?

a) małe gówno: gadanie bez sensu, wymiana frazesów;

b) wielkie gówno: wyjaśnianie, wchodzenie w szczegóły,
mówienie dla samego mówienia;

c) słoniowe gówno: dyskusja o religii na wysokim poziomie,
terapia gestaltyczna, filozofia egzystencjalna itd.

-— Najwyraźniej trzymasz stronę c). Przynajmniej teraz pod-
chodzicz do tematu bardziei naukowo i 73cz7vna3sz klasvfikowad

I tym właśnie jest retrofleksja, naginanie. Porozumienie nie prze-
biega od „ja” do innego ani od innego, ale od „ja” do „ja”.

Samobójstwo, samotorturowanie to dobre przykłady. Lekar-
stwo: Czyń innym to, co czynisz sobie.

— To straszne.

To nie takie straszne, na jakie wygląda. W zasadzie to wystar-
czające, a nawet konieczne, abyś robił te złe rzeczy innym w my-
ślach i podczas psychodramy. W każdym razie osoba, która
torturuje siebie w twojej obecności, torturuje jednocześnie ciebie.

Raz popełniłem wielką gafę. Kolega poprosił mnie, abym
odbył sesję z pacjentką o skłonnościach samobójczych. Zgodzi-
łem się i szybko odkryłem, że kobieta chce zabić swojego męża.
I tak też zrobiła.

— Zatem twoja terapia bywa niebezpieczna?

o ser 4 p + +. . .

e o

zjawiska werbalne.

Skoro mnie doceniasz, dam ci inną klasyfikację: 1) miganie sie,
2) powinność, 3) jestestwo. To proste słowa. Zamieniając je w rze-
czowniki abstrakcyjne, podnosimy je do poziomu gówna słoniowe-
go. Dodając kilka trudnych słów, sprawię, że je zaakceptujesz.

Miganie się to nauka, opis, plotkowanie, unikanie angażowa-
nia się, owijanie w bawełnę.

— Nie możesz być poważny choćby przez kilka minut?

Dobrze, już dobrze. Właśnie dałeś przykład powinności. Po-
winienem być poważny. Żądania, żądania, żądania. Dziesięć
przykazań. Żądam tego lub tamtego od ciebie. Jeżeli nie sprostasz
temu, poczuję się sfrustrowany i znienawidzę cię. I vice versa.
A żądania, które stawiamy sami sobie! A używanie „dlaczego”
jako wymówki do zaatakowania wyrzutami!

Jestestwo. Róża jest różą jest różą. „Jestem, kim jestem,

224

iak.JednakK bardzo rzaGKo. W sTOG IE$O tYsląca 1uazl, KLOIZY
odbyli ze mną krótkie terapeutyczne spotkania, widziałem raczej
sporo korzyści, a niezbyt wiele szkody.

— W jaki sposób nie dopuszczasz do takich niepowodzeń?

Przeważnie mówię grupie, że nie biorę żadnej odpowiedzial-
ności za kogokolwiek prócz siebie. Mówię im, że jeżeli chcą
zwariować albo popełnić samobójstwo, że jeżeli to jest ich
„rzecz”, to wolałbym, aby opuścili grupę.

Nauczyłem się także wyczulenia na poważne patologie. Jeżeli
ktoś przynosi sen o samotności bez ludzi, bez roślin lub wykazuje
się dziwacznym zachowaniem, wówczas odmawiam pracy z taką
osobą. Przewaznie jestem atakowany za moje okrucieństwoi nie-
chęć „niesienia pomocy”. Podczas tych krótkich, sobotnio-nie-
dzielnych seminariów nie mam czasu dotrzeć do tych zamknię-
tych ludzi. :

229

:
ą
3
i
H

—- Nie mógłbyś używać bardziej akceptowalnego okresle-
nia?

Tak. Mogę to nazwać słowotokiem, zdaniowym ping-pon-
giem, gównem, ale jaki to ma sens? Ludzie, którzy otoczyli się
grubymi zaporami słownymi, będą akceptować takie okreslenia
ispierać się z nimi, wyrzucając z siebie zdania, ale sami pozostaną
nietknięci. Wymigują się.

—- Ciekawi mnie jedno. Dlaczego skupiasz się na produkcie
defekacji, nazywając go przy tym wielkim?

Możesz to nazwać pierdołami. Nie ma przeciwwskazań. Te
produkty defekacji klasyfikuję jako symbole konieczne dla syste-
mu porozumiewania się Honio sapiens. Jak ci odpowiada ten
system? Czy takie dokładne nazewnictwo zadowoli cię, czy uśpi?

—- Być może. Jaka jest twoja klasyfikacja?

a) małe gówno: gadanie bez sensu, wymiana frazesów;

b) wielkie gówno: wyjaśnianie, wchodzenie w szczegóły,
mówienie dla samego mówienia;

c) słoniowe gówno: dyskusja o religii na wysokim poziomie,

" terapia gestaltyczna, filozofia egzystencjalna itd.

  • — Najwyraźniej trzymasz stronę c). Przynajmniej teraz pod-
    chodzisz do tematu bardziej naukowo i zaczynasz klasyfikować
    zjawiska werbalne.

Skoro mnie doceniasz, dam ci inną klasyfikację: 1) miganie się,
2) powinność, 3) jestestwo. To proste słowa. Zamieniając je w rze-
czowniki abstrakcyjne, podnosimy je do poziomu gówna słoniowe-
go. Dodając kilka trudnych słów, sprawię, że je zaakceptujesz.

Miganie się to nauka, opis, plotkowanie, unikanie angażowa-
nia się, owijanie w bawełnę.

— Nie możesz być poważny choćby przez kilka minut?

Dobrze, już dobrze. Właśnie dałeś przykład powinności. Po-
winienem być poważny. Żądania, żądania, żądania. Dziesięć
przykazań. Zadam tego lub tamtego od ciebie. Jezeli nie sprostasz
temu, poczuję się sfrustrowany i znienawidzę cie. I vice versa.
A żądania, które stawiamy sami sobie! A używanie „dlaczego”
jako wymówki do zaatakowania wyrzutami!

Jestestwo. Róża jest różą jest różą. „Jestem, kim jestem,

224

jestem Hans Kloss”. To jest fenomenologiczne i egzystencjalne
podejście. Nikt w danym momencie nie może być innym, niż
akurat jest. Tautologia: doświadczanie tego, co oczywiste.

Mosiek i Abe grają w karty.

Mosiek: Abe, oszukujesz!!!

Abe: Tak. Wiem.

Fritz jako migający się, bajarz; Mosiek jako ten, co powinien;
Abe jako ten, co jest.

B &

Dosyć tego opierania
Choć boli ta mowa

Nie koniec to migania
Zagrać w większe słowa.

Introjekcja i projekcja
Retrofleksja, uważajcie

Już nie zdzierżę tej negacji
Proszę już mnie zawołajcie.

Wyłaź już z tego śmietnika
I trochę pogadaj

Bo czytelnik też w to wnika
Jaka jest twa rada.

Introjekcjo, gdzieżeś jest?
Jakżeś ty nieznana.
Retrofleksja? Ona jest

Z sobą powiązana.

225

A projekcja? Zawsze bytas

Wielce pogardzana, zapomniana
Z.ciebie jest nie tylko maska

Chodź wiec, powstań, potencjalne ja!

Reftrofieksja
Gnwersja)

= Jestem organizmem
SJ 7 Chcejeść.

Chcę zaatakować Jedzenie
Czy naświecie nie ma jedzenia?

Zatem muszę pobić. siebie
Sieble atakować,, siebie torturować
Zabijam słębie

Ratunkul Na pomoc! - g
(Ty-ja) zjada mnie 'f-?I/ '_ 7 Y

(Ty~ja) zostaw mnie %/

PROJEKCJA

, Projektowałeś mnie
Bojąsię cleble , Mojeimiąto
skurczyte$ mnie, wrac.aj PROJEKCJA
jesteś cześcią mnie v s

L~3 z

4

226

Zaraz wezmę cię z powrotem
Tak, ale tak

Znowucię posiqde poprostunie
wchłoń mnie.

'\ introjektuj mnie.

Uzdrawiam teraz v
separacje f@

INTROJEKCJA

Jestem ntrojektem.

Jestem obcy w twoim systemie.
Nie możesz połknąć. mnie
izostawi¢ mnie niętkniętym.

Wręcz przeciwniel Masz dobrą substancją.
Zaraz cle przeżuję izasymiluję. Robię z ciebie siebie
Abym mógłurosnąć. —

Wykład na temat asymilacji

227

Moim zdaniem...

Musimy teraz rozważyć fakt, że...

Chciałbym zwrócić państwa uwagę na następujące zjawi-
sko...

— Zbierasz jednoaktówki?

Coś w tym rodzaju. Wiesz co? Jeszcze jakieś piętnaście lat
temu byłem tak zadufany w sobie, że nie mogłem przemawiać bez
kartki. Dzisiaj zupełnie się tym nie przejmuję, nawet jeżeli prze-
mawiam na kongresie albo zwracam się do tysiąca osób.

'W roku 1950 pojechałem na krótko do Los Angeles. Znajdo-
wal sie tam mały college, Zachodnie Kolegium Psychoanalizy lub
coś w tym rodzaju. Miało ono dla mnie podwójne znaczenie.
Z powodu moich książek otrzymałem honorowy doktorat Z filo-
zofii. Zdaje się, że był to jedyny tytuł, jaki kiedykolwiek przyzna-
li. Ponadto odkryłem, czym jest zapatrzenie W siebie, i bardzo
szybko to pokonałem.

_ Wiele osób na to cierpi. Czy potrafisz im pomóc krótkim
akapitem, czy może jest to tajemnica zawodowa?

Zupełnie nie. 'W zasadzie jest to najłagodniejsza i najbardziej
rozpowszechniona forma paranoi. Zapatrzenie w siebie nieco
różni się od tremy aktorskiej, ale często się z nią splata. Określenie
„zapatrzenie W siebie” wprowadza nas w błąd; należałoby to
nazwać „świadomością krytycznej widowni”. Mówiący nie jest
tak naprawdę świadom swojej widowni, która staje się dla niego
zamazanąj ednostką.

"Ta zamazana widownia staje sięekranem do projekcji. Mówca
wyobraża sobie, że widownia jest wroga lub krytyczna. Rzuca na
nią własny krytycyzm, zamiast obserwować, Co naprawdę się
dzieje. Rzuca także swoją uwagę i czuje, że na nim skupiona jest
uwaga.

Lekarstwojest proste: identyfikacjaz proj ekcją. BadZkrytycz-
ny wobec widowni. Zwracaj uwagę i obserwuj rzeczywistość.
Wybudź się z transu katastroficznych oczekiwań.

To jest pierwszy przykład projekcji.

Natrafiliśmy kilkakrotnie na retrofieksję lubinwersję. Kierke-
gaard, wczesny egzystencjalista, mówi o związku „ja” z „ja”.

228

Ł?ym wcłlas.mf ]CSF retrofleksja, naginanie. Porozumienie nie prze-
1egsa od „ja” do innego ani od innego, ale od „ja” do „Ja”

?mobf›glstwo, samotorturowanie to dobre przykłady. Lekar-
stwo: Czyń innym to, co czynisz sobie. .

3 4

— To straszne.
To nie takie straszne, na jaki
. zne, na jakie wygląda. W zasadzie to wystar-
ęlzając:c, a nawet konieczne, abyś robił te złe rzeczy innym »zsmar-
ślach i pgdc;as psyc_:hodramy. W kazdym razie osoba kt(SZa
tort;ru_[e siebie w twojęj obecności, torturuje jednocześnic,ciebie
4 iaz pf›pełnxłęm wielką gafę. Kolega poprosił mnie, abym'
;:3 my sesję zb ][(›acjentką o skłonnościach samobójczych. Zgodzi
się i szybko odkryłem, że kobi i¢ jet ża.
fom sie | szybko obieta chce zabić swojego męża.
— Zatem twoja terapia b; i i
ywa niebezpieczna?
deż;k. Jednak b'arcAIm rzadko. Wśród tego tysiąca ludzi, którzy
odbyli ze mną'krotkle terapeutyczne spotkania, widziałem raczej
sporo korzyści, a niezbyt wiele szkody. J

P— W Jękł spo?ół? nie dopuszczasz do takich niepowodzeń?

) rzeważnie mówię grupie, że nie biorę żadnej odpowiedzial-
ności za k'ogokolwmk prócz siebie. Mówię im, że jeżeli chcą
zwarlo“wac albo popełnić samobójstwo, że jezeli to jest ich
„rzecz”, to wolałbym, aby opuścili grupę.

k Ś*Iauczyłgm się także wyczulenia na poważne patologie. Jeżeli

toś przynosi sen 0 samotności bez ludzi, bez roślin lub wykazuje
się dmwacznyr.n ;achowaniem, wówczas odmawiam pracy z taką
ołslobą. P-rzęwązme jestem atakowany za moje okruciefistwo i nie-
chęć „niesienia pomocy”. Podczas tych krétkich, sobotnio-nie-

dzielnych seminariów nie mam
©: Ć i
tych ot zasu dotrzeć do tych zamknię-

229

lll_ybl AV LV WUVl Ll -

— A ty nie lubisz koniny Freuda?

Och, rozumiem, o co ci chodzi. Czyżbym nie mógł strawić jego
teorii introjekcji? Czy o to chodzi? Nie. Wręcz przeciwnie. Przeżu-
łem to bardzo dokładnie i doszedłem do interesujących wniosków:

a. Jest to koncepcja organiczna. Wchłaniasz coś, trawisz,
obojętnie, czy w rzeczywistości czy w fantazji.

b. Całkowita introjekcja. Pochłaniasz całą osobę. Dybuka.
W rzeczywistości nie możesz połknąć tej osoby: trzeba tego
dokonać w fantazji. Jest to faza oseska, potykacza.

c. Częściowa introjekcja. Wchłaniasz części osoby: manie-
ryzm, metafory, cechy charakteru. To stadium gryzaczkowe,
używania przednich zębów.

d. Naśladowanie. Nie jest to introjekcja, ale proces nauki
i naśladownictwa.

e. Destrukcja, zadanie trzonowców. Freud przeoczył tę decy-

230

231

— 1 nie zauważyłeś tego w przypadku tej zabójczyni?

Nie, na powierzchni nie było żadnej poważnej patologii.
Późnej wysłuchałem i zrozumiałem jej przypadek z punktu wi-
dzenia introjekcji. Jej dybukiem była matka, która zabiła swojego
męża i uszło jej to płazem. Może oczekiwała tego samego.

— Zatem chociaż raz zgadzasz się z Freudem? A może za-
wsze musisz go atakować za jego odkrycia projekcji i introjekcji?

W pełni zgadzam się z jego teorią projekcji. Tylko teraz
posuwamy się dalej. Obejmujemy większość transferu i wiele
wspomnień oraz, co najważniejsze, cały materiał senny. Teoria
introjekcji Freuda to koń innego koloru.

— Jak teoria może być koniem?

Zamknij się.

— Powiedziałeś, że osoba żyjąca teraz jest automatycznie
kreatywna. To zużyta metafora.

Masz rację. To introjekcja. To obcy materiał.

— Zatem nie lubisz koniny?

— 7

— Czesto powtarzales, że każda metafora to minisen.

Na przykład „Uderzyła mnie myśl” jest agresywna. Racja? Jak

Z ZT k ydoawenśk

dującą fazę. Poprzez destrukturyzację mentalnego lub prawdzi-
wego pożywienia asymilujemy je, czynimy własnym, czynimy je
sobą jako część procesu dorastania.

f. Nie introjektujemy przedmiotu miłości. Chłoniemy osobę,
która jest pod kontrolą. Często jest to przedmiot nienawiści.

g. Wróć do omawiania ego i „ja”. Zdrowe „ja” nie jest kon-
glomeratem introjektów, ale symbolem identyfikacji.

h. Agresja nie jest mistyczną energią, narodzoną z instynktów
śmierci. Agresja jest biologiczną energią potrzebną do gryzienia,
żucia i asymilowania obcej substancji.

i. Freudowskie uporanie się z żądaniem jest odpowiednikiem
żucia.

j. Agresja może zamieniać się w kłótnie i wojny.

k. 1. m. n. Do wypełnienia przez twórczego czytelnika.

Mam prawdziwe kłopoty. Tworzę zdanig na papierze, daję je
do przepisania na maszynie, do skserowama,/ d(.) zredagowania.
I przez caly czas nie wiem nawet, do kogo mówię.

Nie mogę się doczekać jakiejś reakcji. - "

Kiedy „myślę”, wchodzę także w fantazję. Mowrę do kog,o-ś
i nie wiem do kogo. Tak naprawdę nie słyszę swoich myśli,
jedynie w wierszach. , )

Czasami czuję się inaczej. Kiedy rozdzlelam. się na tego na
górzei tego nadole, czuję pewne porozumienie. Kled)f odgrywam
wykładowcę i demonstruję moje teorie, zwracam się do klasy.
Kiedy atakuję kogoś, niech to będzie Freud :albo pflłskl P(?rucz.nlk.
Mam czytelnika na świadka mojej odwagi i zgryźliwości. W żad-
nym przypadku nie jestem sam.

Pisząc te zdania, jestem sam... , '

Niedawno nagle przytrafiło mi się pewne doświadczenie.
Dyktowałem sobie te zdania, i jestem także magnetofonem, który
musi baczyć na gramatykę i ortografię. , "

Potrafię wykoncypować cele i inne powody: al?y pisać 'kSI'ąZ-
ke, aby się obnażać, aby zaspokoi¢ ciekawość m.OlCh pr?yjac1ół,
aby dojść z sobą do ładu. Nadal jestem samotny i zag'ublon'y.

A jactać<) Kim iecteś tv do koso chce mówić? Nie ma

j

ne o m

Ja też nie mogę przestać. Nie mogę pozbyć się myśli, że robię
coś ważnego dla ciebie i dla siebie.

Gdyby ktoś tu był, czy to by go zainteresowało? Kiedyś
przechwalałem się kompulsywnie, aby wywrzeć wrażenie na
ludziach swoją błyskotliwością, teraz jest tego znacznie mniej.
A kiedy jestem niegrzeczny i wulgarny, także chcę wywierać
wrażenie moją wulgarnością i chamstwem.

Wolatbym raczej dotykać i całować zamiast mówić. Czy
prowadzę gry w prawdziwą spowiedź? Co za głupie pytania!

Głupi czeka na odpowiedź.

Chcę spróbować gry w projekcję. Panie X, chcę panu pokazać,
jaki jestem bystry i jaki zły.

Czytelniku, to znaczy, że (ja-ty) nie jestem (jesteś) przekona-
ny co do żadnego z nich i próbuję przez siedemdziesiąt lat
przekonać (mnie-siebie) i (ja-ty) jestem (jesteś) bystry i niedobry.

Hermann Hesse, Goethe, Mozart znaleźli wyjście. Rzucają zło
idobro w powieść, sztukę, operę. Goethe nie przyznawał się przed
soba, że jest uwodzicielem, duchem negującym wszystko, poszu-
kiwaczem boskiej władzy, równym aniołom. Przekłada to na

Mefistofelesa.

Mozart, lub iego librecista. nie przvznaieé sie do przechwałek

W p 7

odpowiedzi.

232

o swoich podbojach, tchórzostwie, łapownictwie. Obarcza tym
Leporella.

Hesse robi to samo w Wilku stepowym, ale jest także Siddhart-
ha, świętym. Don Giovanni Mozarta może być uosobieniem
uroku i odwagi, Faust szlachetnym poszukiwaczem prawdy.

Dzięki tym paragrafom skonsolidowałem się. A może spłata-
łem wam i sobie figla, wybierając błyskotliwość i zło?

Patrzę na ciebie, mój czytelniku, pytającym wzrokiem. Serce
mam ciężkie w obawie, abyś mnie nie wyrzucił na śmietnik.

Dumo i pewności siebie, gdzie jesteście? Czy zwracam się do
was? Czy moje przedstawienie osadzenia w sobie to sztuczna
i głupia rola? Czy za paleniem kryję niepewność?

Te przemyślenia mogą przybliżyć mnie do zgłębienia sympto-
mu palenia, ale nadal nie wiem, do kogo mówię.

233

Dźwięczne ZwiąZKI 10 ZAIOWE ZWIĄZN

To prawda, powiedział, strzelając palcami.

To prawda, mówię, zapalając następnego papierosa.

Wychodzę z impasu. Słucham waszych głosów. Mam zdrowy
związek.

Śpiewasz czy piłujesz?

Głaszczesz czy ścierasz?

Czy masz obumarły głos, czy ociekajacy tzami?

Czy mówisz do mnie jak z karabinu maszynowego, gwałtow-
nością i wybuchowością każdego słowa?

Czy usypiasz mnie łagodnością kotysanki?

Czy zaskakujesz mnie i... i... i... twoim niepokojem?

Czy krzyczysz na mnie jak jędza gadająca do głuchej sąsiadki
przez płot?

Czy torturujesz mnie mamrotaniem, abym wysiliłsięi poszedł
do ciebie po bezsensowną wiadomość?

234

czy karzesz mnie sztyletami wrzasków i wytykaniem palców
twoich nauczycieli ze szkółki niedzielnej?

Utopić mnie w oleistym dławieniu kapłana?

A może przepełniasz mnie wibracjami miłosnych dźwięków?

) ?Stopié mnie i zamienić w rozwiązłe, obezwładniające fanta-
zje?

235

Z kim tu pogadać?
Wyboru brak. f

A pospacerować? %/)Z
Słaby głos
Osamotniony
Na próżno szukać. j
Wszyscy gdzieś poszli \
Ani widu.

LT

Ani słychu.

Fakt mówienia jest wiadomością. Prawda, jeżeli chodzi o głos.
Głos jest wiadomością. Persona, per sona, poprzez dźwięk. Per = po-
przez. Sona = dźwięk, sonare śpiewać. Spróbuj bełkotać. Uwol-
niony od wciskania abstrakcyjnych pojęć w dźwięki, twój głos
nabiera złości, zawodzi, druzgocze albo wyraża niepokój.

Uwolniony od abstrakcyjnych pojęć, chcę wcisnąć dźwięk do
eliksiru miłosnego. Patrząc, nie słuchając, szukając związków
między dźwiękami, abym mógł skończyć wiersz.

K
, l'[/ "R

flg f*)q ':›~—›3U_7-lu /ŚS:,:I

, A może. trz‘ymasz mnie w niepewności jakaniem, jakbyś opo-
włac.iała mi nieskończone żarty, aby publiczność choć trochę
uśmiała się w odpowiednim momencie?

) (.Żzy to [W:Ój głos dudnieniem wypełnia pokój, nie zostawiając
miejsca na nic innego?

A może_ zawodzisz, zawodzisz, zawodzisz, zamieniając mnie
w swoją ścianę płaczu?

, Czy.zw1ększasz napięcie uniesieniem brwi, podkreślając kon-

spiracyjny szept?

Ao

Nie ma sensu słuchać treści
Medium jest przesłaniem.

Twe słowa kłamią i przekonują
Ale dźwięk to prawdziwa...
Trucizna i pożywienie.

A ja tańczę przy twej muzyce albo uciekam
Płoszę się albo oddaję.

I pocieszenie dostaję

Po tych pytaniach:

Nie mogę być zły, bo wielu z was
Kocha

Mój głos

I próżny lęk
Nie mam rymu do dźwięk.

Wczoraj musiałem odprowadzić pannę młodą. Ben się żenił.
Peter i Marya chcą, abym był ojcem chrzestnym ich dziecka. Co
się stało z moim wizerunkiem „nędznika”? .

Uroczystość odbędzie się obok basenu. To jeden z nadzwyczaj
nieknveh dni w Bio Sur. Słońce troche zbyt mocno erzeje. Wszys-

To moja pierwsza funkcja tego rodzaju. Oscyluję między
ceremonią jako rutynowym przedstawieniem z (wydaje mi się
ateistycznym) pastorem wzywającym imię Boga jako pustej wiecz-
ności a poruszeniem wywołanym przez trudności Bena w poko-
naniu emocji podczas recytacji przysięgi. On najwyraźniej wierzy
w swoje oddanie.

Pastor jest bezpretensjonalny, poczciwy i radosny. Prostota
ceremonii, chociaż przeprowadzanej z rytualną dokładnością,
daje nam poczucie rzeczywistości.

Kilka miesięcy temu Ed Maupin wziął ślub z taką samą
szczerością, ale...

Alan Watts zrobił przedstawienie inspirowane zen... a mi
chodzi o to, że zrobił przedstawienie. Przywłaszczył sobie show,
unoszący się między wysublimowaniem a prześmiewiskiem. By-
ła to dokładna kopia z fałszywymi i improwizowanymi rekwizy-
tami. Nawet para biorąca ślub wydawała się rekwizytem, a nie
centrum wydarzenia.

Kocham Alana i jego szczere przyznanie się, co wzbogaca
jego misję, że jest komediantem. Rzadko kiedy ktoś przemawiał
tak elegancko i tak szczerze o tym, co niewerbalne. Panie wszel-
kieco wieku: 7 wiakcza ambicia na ndbyniania mdAlsia nezad o

4 ¥ Y =

cy są ubrani w najlepsze niedzielne, psychodeliczne ubrania. Ja
mam na sobie haftowaną rosyjską koszulę, prezent od Jennifer
Jones. Stąpanie po wysokim, gęstym trawniku jest jak chodzenie
po minibagnie. Każdy krok jest ciężki. Dzielna Marya. Jest w za-
awansowanej ciąży, ale trzyma wysoko głowę, defilując przed
rzędem błyskających aparatów fotograficznych.

236

Ę oN J M JY

UU Y — UR e

mądrością. Posiada wyjątkowy gust. W starożytnym Rzymie
byłby wysokim oficjelem, arbiter elegantiarum.

Drogi Alanie, pewnego dnia uwierzysz w swoje nauki. Mą-
drość twojego intelektu wniknie w twe serce i zostaniesz mędr-
cem, nie tylko będziesz go grat. Będziesz tu nie dla chwały Alana,
ale dla chwały nicości.

Ben jest jedną z pozostałości z drugiego programu rezyden-
cyjnego Esalen. W pewnym sensie jest także zbawcą Esalen,
chociaż wszelkie podobieństwo do Chrystusa jest czysto przypad-
kowe. Kiedy Esalen przechodziło kryzys i zdawało się rozpadać,
on przejął kierownictwo i postawił właściwych ludzi na właści-
wych miejscach.

Pierwszy program był raczej pechowy. Dyrektorem progra-
mowym była Virginia Satir. Nie sprawdziła się w tej roli. Nie
była właściwą osoba; nie była „właściwą osobą na właściwym

237

Jednym z niedobitków byt Bud, który przez moment peinii
funkcję kierownika. Personel, aszczególnie Selig, nie akceptował
go. Postrzegali jego kierownictwo bardziej jako potrzebę zdoby-
cia władzy i kontroli niż zaangażowanie, jako jeden z nas. Kiedy
odszedł, za sprawą fałszywej ekonomii albo jakichś tam innych
powodów, Esalen było bliskie bankructwa. Potem pojawili się
rezydenci z drugiego roku i naprawdę wzięli się do roboty. Oni
i John Farrington, nasz księgowy, przeprowadzili Esalen przez
finansowy impas.

Innym niedobitkiem był Ed Maupin. Został zastępcą dyrekto-
ra programu drugiego roku. Byłem przeciwny przejęciu tak trud-
nego zadania przez tego chronicznie zażenowanego nierealistę
pozostającego pod wpływem nałogu medytacji. Ostatnio jednak
zaczynam zmieniać moje stanowisko. Dojrzewa. Stara się i za-
czyna nawiązywać kontakt i odkrywać swój Umwelt (OZ).

Byłem zadowolony, że Bill Schutz miał przejąć dowództwo.

238

zr LN,

miejscu”, co jest podstawą dobrego funkcjonowania wszelkiej
społeczności.

Virginio, masz moją miłość i wieczny podziw. W wielu kwe-
stiach jesteśmy podobni. Niespokojni Cyganie. Łaknący sukcesu
i uznania. Przeciwnicy miernoty. Jesteś wielką kobietą o wielkim
sercu. Skorą do nauki. Fantazjującą o przyszłości. Twoim najwięk-
szym plusem jest to, że potrafisz sprawić, by ludzie ciebie słucha-
li. Cierpisz, jak ja, na intelektualną systematyzację, ale twoje
myśli i czyny nie są spójne. Zbyt wiele wyjaśnień.

Dokonałaś projekcji swojej potrzeby posiadania wyrozumia-
łej rodziny i zgodnie z tym rozwinęłaś fobię rodzinną. Twoje
marzenia o tym, by osiąść na stałe, pozostają marzeniami. Chcia-
łaś mieć dom, większy od mojego, w Esalen. Niezrealizowany
sen. Chciałaś być dyrektorem Programu Esalen. Kolejne fiasko.

Przyznaję, pierwszy rok zapaleńców w Esalen jako całość był
słaby. Głównie uciekinierzy albo idioci. Przychodzili obcy i po-
zostawali obcymi. Spodziewali się, że personel będzie ich obsłu-
giwać oraz że będą „poddani obróbce”. Nie wiem, czy komuś
innemu wyszłoby to lepiej, ale zdecydowanie czuli się opuszcze-
ni kiedy podwóch tygodniach intensywnej terapii zostawiłaś ich.

Prawdzłwe dowództwo. Jest kimś na wzór pruskiego oficera, al
jest także spgsfrzegawczy i zdolny. Jest intelektualnym pasa;)ża -
;e.m,lale gdzies w głębi cierpi i pragnie rozwoju. Chce być gk
ippis, ale bardziej jest wapniakiem. Jeżeli czuje, że jest Jnie
obsęrwov»fany, wygląda na dość przygnębionego. Nic ;:Iziwże 0, Ż
napisał ksxążk.ę o radości, typowe psychiatryczne uzewnętxzn;ź,r:i:e
W zasadzie przejawia dobrą wole i to się liczy. Wystawił s'.
na próbę organizowania oraz doprowadzenia programu rezyd N
c!alnego do sukcesu. I zrobił to. Z tego roku wyłoniło sii Z o0
pięknych ludzi, którzy identyfikuja się z Esalen. Mur mi d: nri
a personęlem zniknął. Poza Benem i Dianą moja miłoś:: wydnrll?1 ;
df) John'a i Anne Heider, obydwoje są niezwykle wyczuleni f i 1J<
ni. Ta}(z; do silnego i rzeczywistego Stephena oraz bez, retep o
nalnej, inteligentnej i kochającej Sarah. pretens

/ .

\‘Q'\ .e
(Ś R
DZ(

z
v |

5

-~

O

Pół godziny temu Neville, radiolog z Afryki Południowej, i ja
czytaliśmy rękopis. Podziwia mnie i nic w tym dziwnego. Czteroty-
godniowy warsztat dał mu więcej niż dziesięć lat terapii Reicha.

On zobaczył to pierwszy. Za oknem, najprawdopodobniej
zainteresowany światłem, przysiadł szop, pierwszy, jakiego wi-
działem w życiu, zaglądał do środka dużymi, brązowymi oczyma,
wcale się nas nie bojąc.

Teraz, kiedy krzewy dookoła domu są gęstsze, odwiedza mnie
więcej gości. Moim ulubionym jest koliber, unoszący się tuż
przed oknem, aby zaraz czmychnąć. Dzisiaj odkryłem dwa małe
ptaszki. Nie fruwały jak kolibry, a może jeszcze nie nauczyły się
naśladować helikopterów?

Koty chodzą stadami. W zeszłym roku latem T.J. leżał umiera-
jący na tarasie. T.J. jest poważnym, starym kocurem, głową klanu.
Z wielkim wysiłkiem przesunął się na skraj tarasu. Poszedłem po
Barbarę, dziewczynę Seliga, naszą zwierzęcą mamę, ale T.J. zniknął.
Zobaczyłem go znowu później, jak siedział dumnie na parapecie,

240

nigdy o nic nie prosząc, ale łaskawie przyjmując jedzenie, które
mu odpowiadało. Nie jak łakome koty, ci gówniarze, co włażą na
ciebie i stół ku niezadowoleniu kelnerek chroniących gości.

Selig wielbi życie w każdej formie, co ja nie bardzo podzie-
lam. Kiedyś mieliśmy wielkiego grzechotnika w naszym nie
dokończonym kamiennym murze. Zabiłem go. Kiedy zjawił się
Selig, nabrał do mnie obrzydzenia.

\\

Y
NS 24

AR

-››v N
W
ź AN
/ n\‘\

U

: KN

TLTNN)
Pw P4

\‘II‘ ‘\‘\“‘.‘"4’..\

E

=—
BNN
R

2
4 2%
V0N

241

wadzam pewne ZD10IOWE CKOPELyILIVALY, gw
się do pracy z jedną osobą przed publicznością. Do mojego
wystąpienia potrzebuję:

  1. moich umiejętności,

  2. chusteczki higienicznej,

  3. krzesła elektrycznego,

  4. nie zajętego krzesła,

  5. papierosów,

  6. popielniczki.

242

yy 7 24 T
dzy; nie interesuje mnie walka.

Ponieważ nie muszę tego robić, ja sprawuję kontrolę. Przej-
rzałem twoje gry i co najważniejsze, mam oczy, aby widzieć,
i uszy, aby słyszeć. Twoje ruchy, twoja postawa, twoje zachowa-
nie nie okłamują mnie. Twój głos mnie nie okłamie.

Jestem wobec ciebie szczery, chociaż to boli.

Bawię się z tobą, dopóki ty odgrywasz role i prowadzisz gry.
Przedrzeźniam twoje dziecięce łzy.

Szlocham z tobą, jeżeli masz żałobę, i tańczę z tobą z radości.

Kiedy pracuję, nie jestem Fritzem Perlsem. Staję się niczym,
katalizatorem, i podoba mi się ta praca. Zapominam się i poddaję
tobie i twoim prośbom. A kiedy dojdziemy do konkluzji, wracam
do widowni, primadonna domagająca się uznania.

Mogę pracować z kimkolwiek. Nie mogę skutecznie praco-
wać z każdym.

243

Jednym z moich skarbów jest druciana rzezba Madonna
z dzieciątkiem jego autorstwa. Kiedyś trzymałem ją na tarasie,
gdzie można na nią patrzeć, a także przez nią na błękitne niebo.
Pewnego dnia podczas burzy wiatr zepchnął ją ponad balustradą
w dótł stromego zbocza. Jeden z moich seminarzystów uratował
ja, według mnie narazajac zycie. Selig naprawił madonnę, która
teraz stoi (naprzeciw średniowiecznego proroka zakupionego
w Wenecji) bezpiecznie w środku na prawym górnym parapecie
centralnego pokoju, pokoju, w którym prowadzę moje warsztaty.
Sufit, także wznoszący się wyżej ku frontowi, wykorzystywany
jest na zdjęcia i pożyczane od Seliga druciane rzeźby.

Zastanawiam się, dlaczego ludzie wykorzystują jedynie ścia-
ny do wieszania obrazów.

Seminaria prowadzę w zajeździe, warsztaty w pokoju. Semi-
naria sobotnio-niedzielne zapewniają mi kontakt z nieprofesjo-
nalistami i są one, jak wszystkie moje „wystąpienia”, bardzo
potrzebne i oblegane. Jednak przyjmuję obecnie 70-80 osób.
Nazywam te weekendy moim cyrkiem.

Nie spodziewalibyście się, że z tak wieloma można cokolwiek
osiągnąć w jeden weekend, ale jest wręcz przeciwnie. Przepro-

. L' e i AT AT

Moje umiejętności: Wierze, ze jestem najlepszym tera-
peuFą na wszelkie rodzaje nerwic w Stanach Zjednoczonych,
może na świecie. Jak to się ma do megalomanii? Faktem jest, że
pragnę i chcę poddać moją pracę wszelkiego rodzaju testom
i badaniom.

Jednocześnie muszę przyznać, że nie mogę wyleczyć nikogo,
że te tak zwane cudowne uzdrowienia są spektakularne, ale nie-
wiele znaczą z egzystencjałnego punktu widzenia. Aby skompli-
kować sprawę jeszcze bardziej, nie wierzę nikomu, kto mówi, że
chce zostać wyleczony.

Nie mogę dać tego tobie. Coś tobie oferuję. Jeżeli chcesz,
możesz to wziąć. Jesteś, jak powiedział Kierkegaard, zdespero-
wany, obojętnie, czy wiesz to czy nie. Niektórzy z was wybierają
się w daleką drogę do Esalen i wydają ciężko zarobione pieniądze,
tylko aby szydzić ze mnie, aby pokazać, że nie mogę pomóc, żeby
zrobić ze mnie głupca lub żeby zademonstrować moją impotencję
w natychmiastowym leczeniu.

Co tobie daje takie nastawienie? Jesteś od tego większy?

Wiem, że robisz to dla pewnej ukrytej części ciebie, że nie
znasz mnie; że jestem tylko dogodnym ekranem do projekcji.

Nia rhre rie Lantralowaoś-+ niea mncz7e ndnwadniać mniej włoa_

‘Weekendowe spotkanie to seminarium demonstrujace z ochot-
nikami, którzy dochodzą do podium. A wielu z was domaga się
spotkania, a wielu innych uczy się na odiegłość. Niektórzy są
zamknięci i rozczarowani, ale wielu więcej zabiera coś do domu.
Problemów bowiem jest niewiele, z wieloma wariacjami.

Aby pracować z powodzeniem, potrzeba nieco dobrej woli.
Nie mogę dla ciebie nic zrobić, ty cwaniaku.

Podczas tego krótkiego weekendu nie dotknę ciebie, jeżeli
jesteś głęboko poruszony. Rozruszałbym cię bardziej, niż mógł-
byś to znieść.

Podczas tego krótkiego weekendu nie otworzę się przed tobą,
jeżeli jesteś trucicielem, który mnie wykończy i zostawi upośle-
dzonym... nie będę w stanie zająć się tymi, którzy nie zasługują
na nienawiść i pogardę, którą będę niósł z sobą.

Jeżeli zastawiasz pułapki na niedźwiedzie, wsysając mnie „Nie-
winnymi pytaniami”, podsuwając przynętę, czekając, aż „pomylę
się”, a wtedy ty mi zetniesz głowę, pozwolę ci mnie kusić, ale będę
unikać pułapki. Będziesz musiał zainwestować więcej, dopóki bę-
dziesz gotowy poddać się i być sobą. Witedy już nie będziesz
potrzebować mnie ani nikogo innego do twojej kolekcji skalpéw.

Jeżeli masz uśmiech Mona Lizy i próbujesz ukryć przede mną
twoje niezniszczalne „Wiem lepiej”, zasnę na tobie.

Jeżeli jestes typem „doprowadzającym doszaleństwa”, wkrót-
ce przestanę pozwalać ci wciągać się i spierać z tobą. Jesteś
krewnym truciciela.

244

Chusteczka higieniczna: Płacz w Esalen to symbol

statusu. „ChłOpCY nie płaczą zostało
t
zastąpione „W ypłacz się

Płacz to nie płacz to nie płacz.

podniecenia i że płacz to proces odsalający. To wyciszenie i uspo-
kojenie jest lekiem przypominającym brom. „Dobre wypłakanie
się” relaksuje, a dzieci po wypłakaniu się zasypiają. W autentycz-
nym płaczu widzę głównie smutek ponownego przystosowania
się i krzyk o pomoc.

Nie wypłakiwałem serca zbyt często, może kilkanaście razy
w życiu. Te sytuacje zawsze wiązały się ze szczytowym doświad-
czeniem głębokiego poruszenia... z żalem, a przynajmniej raz
z bólem nie do wytrzymania.

Uwielbiam cichy płacz towarzyszący smutkowi. Bardzo czę-
sto stopnienie upartej zbroi i pojawienie się autentycznych uczuć
w mojej grupie nakłania mnie do czułego poddania się. Czasami
dochodzi do reakcji łańcuchowej całej grupy, kiedy płacz staje się
tak zaraźliwy jak śmiech.

Kocham wyciskacze łez w kinach, jeżeli w ogóle da się w nie
uwierzyć. Czasami, muszę przyznać, ronię łzy nawet na mdła-

246

PO LUTOPIC przez dwa miIesiące, HZY iala W olanaci
.z k h ”
daliśmy go za siedemset dolarów. z
. W kazqym razie wj_echaliśmy tym samochodem do Niemiec
przez granicę z Holf:mdlą. Nie byliśmy w najlepszych nastrojach.
Celn,lcy okazywali staroniemiecką szorstkość. Pojechaliśmy
w Fioł Rinu. Atmosfera i nastrój zaczęły się nieco zmieniać.
POJ;challsmy do Pforzheim, miejsca urodzenia Lore, i tam nas
serdecznie przyjęto. Odwiedziliśmy grób ojca Lo '
mnie eksplozja smutku. ' re 1 dopadia
4 P-rawdziwa ęksplozja. Niespodziewana, z pełnego zaskocze-
nia, Jalfby pękł jakiś wrzód. Lore też trochę płakała. W momen-
tach, lgędy qdzyskiwałem kontakt ze światem, widziałem przez
mgłę jej zaciekawione, nie całkiem rozumiejące, co się dzieje
oczy. Czułem się jej bliski. ’
_Ithe rozur.'nien"x też tego wybuchu. Mój teść i ja nigdy nie
byliśmy sobie bliscy. W zasadzie, o ile w okresie dorastania

247

Nie wiem, ile istnieje form wytwarzania łez. Jestem -pct:›vge:'nl_
że któregoś dnia ktoś zdobędzie grant na pr;eprowadzęme la ;E
nad łzami, aby opisać całą gamę od łarmącego SEILEŻ sz :c,.
matki, która właśnie straciła jedyne dĄzle.ck(›„ po beksły„H Im'e
potrafią się rozbeczeć na zawołanie. Widziałem, jak IAleŁL-Z,OĘ:
jednego z naszych studentów dominowała go tą dobrze oprac
wanlź;źś;fźźż ma nienaruszoną intuicję, na-tychmiast w');(źsz/'u
różnicę między szczerym żalem wywołUJąc:yrn ws-povgłzuś.le
a przedstawieniem, które u patrzącego wywołuje jedynie chłodną
meklż;;/gż!cś.też to robiłem, jako sztuczlfę wzbudzającą_ litość. I;he
pamiętam okazji. Wiedziałem, żejeżelłl tylk'o uda mi się wywo a;
współczucie, uzyskam wyrozumiałość zamiast kary. Nlczego_ mb
czułem. Chłodno kalkulując, w myślach przywołąłem p(;gnc:
mojej babci. Zabrało mi to kilka minut, ale udało się. Popłynęty
i m cało. ,
s ;\Il:ls:ti(gieach nauczyłem się włączać dietę bez soli przy px-zeĘ›x-
sywaniu bromu jako środka uspokajającego. Mogłoby to'sugę.:to-
U se sól może być czynnikiem pobudzającym me_tat_›ohzm

wych, sentymentalnych bzdetach, ale szczególnie, kiedy ktoś
przekracza przeciętną ludzką dobroć, jeżeli jest zbyt dobry, żeby
był prawdziwy.

Uwielbiam smucić się, nie będąc nieszczęśliwy, i nawet
uwielbiam zażenowanie, które temu towarzyszy, jak gdyby przy-
łapano mnie na oddawaniu się zakazanej słabości.

Jednym z moich najgłębszych smutków był wybuch rozpaczy
w domu Ardenów po mojej wyprawie dookoła świata. Nie wie-
działem, dlaczego jestem taki smutny. Bariera między mną a in-
nymi ludźmi? Moja nienawiść z powodu braku uznania? Grubo-
skórność, jakiej nabawiłem się w okopach? A może zabawimy się
w semantykę i przypomnimy sobie, że ta rozpacz to désespoir,
bez nadziei? Nadzieja zdecydowanie powracała na nowo.

Druga okazja pojawiła się podczas naszej, Lore i mojej, pierw-
szej wizyty w Niemczech po drugiej wojnie światowej. Chciałem
sprawdzić zarówno moją głęboką nienawiść do nazistowskich
Niemiec, jak i możliwą zmianę ducha.

Kupiliśmy w Paryżu używanego volkswagena, który okazał
się pierwszej klasy okazją. Dokładnie nie pamiętam cen, ale
chyba zapłaciłem za niego około sześciuset dolarów; jeździliśmy

n .

byłem czarną owcą W swojej rodzinie, o tyle dla rodziny Posne-
rów byłem czarnym jak smoła potworem. Wcale mi nie ufali.

— Chyba teraz prowadzisz utarczkę z rodziną Posnerów
i znowu unikasz swoich operacji.

To co mam zrobić?

— Postanów raz na zawsze skończyć z tym tematem.

Decidere, odciąć. Semantyczne znaczenie jest jasne.

— Przestań rzucać mi w oczy tym semantycznym piaskiem.

Bałem się, że powiesz: tym semantycznym gównem. Nie
przystoi „temu na górze” z żydowskiej rodziny wyższej klasy jak
Posnerowie używać tak niskiego języka.

— Widzę, że znowu chcesz przemycić Posnerów za pomocą
uogólnionego skojarzenia.

Tak, mógłbym powiedzieć Gołdenów, a to sprowadziłoby nas
do Miami. To jest piękno dowolnych skojarzeń; możesz kierować
je w każdą stronę. Nie ma lepszego wehikułu dla fobii.

— Cóż, czy Posnerowie maja jakikolwiek związek z pła-
czem, czy raczej Goldenowie? Lore może z łatwością płakać,
kiedy jest nieszczęśliwa. Nigdy nie widziałem, aby nadużywała
łez. Oczywiście gorzko płakała, kiedy zginęła jej siostra z dziec-
r e e nadziemia w Holandiii naziści złapali

_ Px'zyjemność, jaką czerpałem za moich złych lat, bawiąc się
i wyobrażając, że jestem Mefistofelesem.

_ Ciotka Schindler, kobieta o najcieplejszym, wszystko kocha-
jącym sercu, której podobało się moje przedstawienie. Tylko ona

AŁA A

DZ NZ RTD

KICLHI. UUarU 1 stę 29 MM - . __ '..
je tuż przed końcem wojny. Wydaje mi się, że Loł'e bardzłej
płakała po stracie siostrzenic niż po Liesel. Nigdy nie potrafiła
zmusić się, by spojrzeć na obraz Dziennik Anny Frank.

— Przepraszam, że byłem dla ciebie nieco szorstki. Co z Gol-
denami? -

Wymyśliłem to nazwisko, aby zbudować most do Miami.

— Doświadczyłeś tam jakiegoś szczytowego płaczu? ,

Z pewnością tak. Och, nie chodzi mi o typowe poruszenic_:. Nie
pamiętam nawet, żebym płakał, kiedy byłem z Marty. Pamiętam
bardzo wyraźnie, jak płakałem w agonii i bólu przed drugą
operacją.

— Czy te operacje są substytutem samobójstwa? ,

Kiedy Fausta denerwuje Mefistofeles, nazywa go trawestacją
brudu i krwi, sraczem, jak my byśmy go nazwali.

Karuzela znowu rusza. Migają wspomnienia.

248

bldJC PU XHUJCJ OV, 4NV 511U 1V ULl .

Brat mojego ojca umiera na raka odbytu. Łóżko pełne gówna
i krwi. Obrzydliwe.

Moje łóżko w Miami pełne krwi. Marty opanowuje obrzydze-
nie, sprząta skrzętnie. Ostateczna próba tortur. Czy będzie mnie
kochać pomimo tej największej brzydoty?

Zawsze wstydziłem się choroby. To było jak stygmat. Nawet
w okopach wolałem ukrywać zapalenie migdałów z wysoką
gorączką, niż przyznać się do takiej „słabości”.

Wstyd mi się teraz przyznać do moich krwawiących hemoroi-
dów i zabrudzonej bielizny, która im towarzyszyła.

Tamtej nocy w Miami, kiedy obudziłem się z krwotokiem, nie
czułem wstydu. Byłem spokojny, zaciekawiony i rozczarowany,
że nie wykrwawiłem się na śmierć.

Zdecydowałem się na operację. Kiedy obudziłem się naza-
jutrz, męski głos, prawdopodobnie pielęgniarza, przemówił do

249

Jestem.

odwiedzifa mnie Marty 1 pomogia zorganizować dom. Wiec jest
to prawdopodobnie przed tym okresem.

e

— Ale sama operacja si¢ udała?

Bardzo.

— Mówiłeś o drugiej operacji.

Tak, miałem następną operację po dwóch tygodniach. Kilka

250

mnie: „Ależ się ciesze, że pan wrócił”. Dowiedziałem się, że
spędziłem dwanaście godzin na sali pooperacyjnej i że już zre-
zygnowali ze mnie. , - "

Co sie stato? Niewłaściwe leki? Martwica serca? To wyjaś-
niałoby kłopoty z sercem w ciągu następnych pięciy lat. I,)rzyp.o›
minam sobie jak przez mgłę, że chciałem po coś sięgnąć, a pie-
legniarz mnie odepchnat. _ ,

Wspomnienie tej nocy powróciło po podanlu' psylocybiny.
Było to tajemnicze wspomnienie walki ze śmiercxą.AZapadAułcrr_l
w sen, walczyłem i budziłem się. Zasypiałem, budziłem się, aż
w końcu, całkiem podobnie jak we śnie o roku 1917, chęć życia
wygrała. I wróciłem z tej wyprawy z silną wolą życia. Nie, aby
kogoś zadowolić, ale ostatecznie z własnych samolubnych p(.)bul-
dek. Egzystencjalny nastrój bycia „skazanym” na ży.cm zmienił
się w „obdarowanie” życiem. Zakończyłem eksplozję rozpaczy
rozpoczętą w domu Ardenów.

Otrzymałem łaskę życia. -
Otrzymałem łaskę pełnego i pożytecznego życia.

Żyję.

dni po zwolnieniu ze szpitala obudziłem się w nocy z ogromnym
bólem pęcherza. Nie mogłem oddać moczu. Ból narastał. Jeżeli
istnieje jakieś porównanie, muszę go teraz użyć. Konając w roz-
paczy, zalewając się łzami, krzyknąłem, dość szczególnie: „Och
mamma mia, marnma mia”. Cierpiałem aż do świtu. Następny
ciekawy aspekt. Nawet nie przyszło mi do głowy, aby natych-
miast wezwać lekarza. Może bałem się (?) narzucać, zobaczyć
rozzłoszczoną twarz, narazić na złajanie?

Błogosławiony cewnik niosący ulgę. Diagnoza: powiększona
prostata. Leczenie: usunięcie.

Tym razem dziesiątki badań i prób. Jedno ze zdjęć wskazało,
że jelito grube opadło. Później powinienem poddać się następnej
operacji. Dosyć już miałem chirurgéw. Nigdy się nie przejmowa-
łem i „ono” nigdy mi nie doskwierało.

Zatem wycięli mi prostatę i w trakcie zabiegu wysterylizowali
mnie. Podobało mi się to i podobał mi się komplement: „Nigdy
nie mieliśmy lekarza, który był tak dobrym pacjentem”.

Czas po operacji spowija mgła. Wiem, że pojechałem z Miami
do Columbus i wróciłem znowu. Wydaje mi się, że jest to pewne
zakłócenie poprzedzające te operacje, ale nie jestem pewien. Tam

Tutaj w Esalen jest sporo mezczyzn, wobec którychv odczu-
wam ciepło i miłość. Nie wiem, czy to atmosfera przyciąga te'rł
specjalny rodzaj osób, czy może zwiększyła się moja zdolność
kochania.

w District of Columbia. Złożyłem podanie, które odrzucono na
podstawie brakujących trzech miesięcy.

Teraz jestem nie-psychiatrą w Kalifornii, co mi wcale nie
przeszkadza i nie przepisuję żadnych lekarstw, a jedynie wyko-
rzystuję, jako oficjalny Propagator Zdrowia Psychicznego obja-
wionego mi, moje prawo do wolności mowy: odkupującej winy
cechy w przeciwieństwie do jej niemożliwego żądania: dążenia
do szczęścia.

Przyjaciele z wcześniejszej 1 późniejszej mfodości to zawsze
chłopcy, którym mogłem się poddać. Przyjaźnie po pierwszej
wojnie światowej w Afryce Południowej nigdy nie były na tyle
głębokie, by doprowadzić do wzajemnego zaufania. Tutaj, w Sta-
nach, zaufałem Paulowi Weissowi i Vincentowi O’Connellowi.
Vince'owi nieco odbiło w stronę mistycyzmu. Jest nieomal świę-
ty: niezwykle czuły i postrzegawczy. Nie mając własnych dzieci,
on i April zaadoptowali gromadkę dzieci i najwyraźniej dobrze
im z nimi idzie.

Vince był głównym psychologiem w Columbus State Hospi-
tal, a ja tam właśnie pojechałem jako instruktor. Nie miałem nic
przeciwko tej pracy; przeszkadzało mi natomiast rutynowe osiem
godzin, więc odszedłem po dziewięciu miesiącach. To był błąd,
jak się wkrótce okazało. Powinienem był zostać cały rok. Przy-
padkiem usłyszałem, że mogli uznać mój niemiecki dyplom

252

— Zatem nie wierzysz w poszukiwanie szczęścia?

Nlć'ł. ›Uważam to za fałsz. Nie można osiągnąć szczęścia.
Szc;ęscm przytrafia się i jest stadium przejściowym. Wyobraź
sobie, jaki się czułem szczęśliwy, kiedy ulżyło mi ciśnienie na
pęcherz. Jak długo trwało to szczęście?

— Czy sądzisz, że szczęście jako stan permanentny nie może

być osiągnięte przez nikogo?
, Nie. Możesz siedzieć przez czternaście lat w tej samej pozycji
Jogi na tej samej kanapie albo przez czternaście lat czynić dobro.
Być nieustannie szczęśliwym jest niemożliwe ze względu na
samą naturę świadomości.

— Ale szczęście jest kwestią świadomości. Nie możesz być
szczęśliwy, nie będąc świadomym. A może stajesz się freudystą.
mówiąc: ,,Jestlem nieświadomie szczęśliwy”? "

Nonsens. Świadomość istnieje za sprawą samej natury zmian.

253

% Krzesio elektryczne:

Siedzę na miejscu tu
Byście widzieli mnie.
Czuję serca puls

I czuję całego siebie.

: Widze — patrzycie

ł Gdziekolwiek się ruszę.
l Tomojeżycie
I
!

Przez dwa dni nie miałem ochoty pisać, chociaż wydarzenia

Może was skusze. OZ pewnie były ważniejsze, a może odniosłem sukces dzięki
temu pisaniu.

Tego że ból mi dolega Oczywistą konsekwencją byłoby omówienie tego, co robię

Nikomu nie zdradzę z osobą na krześle elektrycznym: podejście do teraz i jak, do

Na próżno się zmagam odpowiedzialności i zachowania fobicznego. ,

I wszystko ukryje. Ostatnio nabrałem nawyku używania mojego zmęczenia za-

254 255

R

Jeżeli nic się nie zmienia, nie ma nowych doświadczeń, nie ma
czego odkrywać. W języku behawiorystycznym nie ma bodźca
dla szczęścia.

Program „Szukanie szczęścia” obejmuje paradoks „Droga do
piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami”. Sugeruje także, że
bycie nieszczęśliwym jest złe.

— Czy nagle stałeś się masochistą? Chcesz powiedzieć, że
nieszczęście jest dobre? Czy przyswoiłeś chrześcijańską cnotę
cierpienia?

Prosze, zrozum. Ja jedynie stwierdzam, że szczęście dla same-
goszczęścia w najlepszym razie doprowadzi do prefabrykowanej
zabawy a la Disneyland.

Masochizm to ból dla samego bólu. Szukać bólu i czynić
z tego cnotę to jedna rzecz, rozumieć ból i wykorzystywać ten
sygnał natury — druga.

— Co sygnalizuje ból?

„Zwróć na mnie uwagę. Przestań robić to, co robisz. Jestem
wyłaniającym się gestaltem. Coś złego się dzieje. Uważaj! Spra-
wiam ból”.

Ból we mnie się wzmaga
Chociaż uciekam

I ciągle nalega

Abym zapłacił, com winien.

Muszę to zrobić

Choć to wielka trwoga.
Wolę już przez to przejść

Z nadzieją, że to moja wola

Stać się realnym.

|
|
|

miast poddawania się mu całkowicie i zasypiania. Zeszłej nocy
nie mogłem ani zasnąć, ani nie czułem impulsu, aby wstać i coś
zrobić. Potrafiłem przez znaczny czas pozostawać w kontakcie
z moim schizofrenicznym poziomem. Nawiązałem kontakt. Zu-
pełnie jakbym poddał się LSD, głównie produkowałem krytyczne
uwagi, promowałem i intensyfikowałem wymianę postać/tło,
w ten sposób przekonując siebie o sensownym doświadczeniu.
Nie. Skontaktowałem się z poziomem rozdrobnionych i poroz-
rzucanych fragmentów, niczym drobnych introjekcji, obcychciał.
Wiele z nich to fizyczne odczucia i obrazy, ale nie powiązane.
Bezgłośne mówienie nadal było w pewnym sensie spójne, nawet
w pewnym stopniu mniej podobne do cienia niż mój normalny
sposób myślenia.

Cieszyłemsię, że moje podejrzenie o warstwę schizofreniczną
zostało potwierdzone i że porządnie się jej przyjrzałem.

Najwyraźniej to całe nawiązanie kontaktu doprowadziło —
teraz nie mam najmniejszego pojęcia — do zmiany. Uwolniłem
się od lubieżnego nałogu. Mogłem kilkakrotnie po prostu być
w łaźni, popatrzeć i odejść zamiast planować, jak stworzyć oka-
zję, aby dotknąć i być dotykanym seksualnie.

Kiedu nvtano mnie o rzucenie nalenia. zazwyczaj odpowiada-

g\

'“&‘?@
r‘/" ) / Z:
Odgrywałem narodziny z osobami mającymi problemy na tle
pępow:r]y. Tym razem pozwoliłem tej kobiecie przejść jeszcze
raz poród swojej córki. Nie było albo nie ma żadnego urazu
zwlz}zanego'z porodem, ale z brakiem rozdzielenia. Coraz bar-
dg:e; oczywisty stawat się fakt, że tam, gdzie inni maja poczucie
g:eble, osobowości, wyjątkowości, indywidualności lub coś tam
jakkolwiek to nazwiesz, ona miała dziurę — sterylną pustkę ’
1?0 d(›świadczeniu porodu kazałem jej nawiązać kontak.t ze
sw0tm.c1ałem i ze światem — coś, czego brakowało wcześniej
In’nyml sł.owy, zacząłem zmieniać tę pustkę, którą wypełniała 'ś:
coł'ka
, w zyzne miejsce odkrywania własnej substarcji i wartośł:iJ
Widziałem się z nią dzisiaj, jak zwykle w takich przypadkach-
odczuwała wielka ulgę i poczatek zmian To iedvnie notwiamiza

ki " " U R 4

łem: „Czekam, az palenie rzuci mnie”. Nabieram coraz większego
przekonania, że idę właściwą droga. Jakieś trzy miesiące temu
zaniechałem nałogowej masturbacji, z której praktycznie nic nie
zostało.

Widzę teraz pierwszą przerwę w mojej karierze seksualnej
i wiem, że kiedyś wydarzy się coś podobnego z paleniem.

Wczoraj z grupą Jima Simkina pracowałem nad snami. Jeden
przypadek zasługuje na opis.

Zajmowałem się snem pewnej kobiety w średnim wieku. Nie
potrafi przestać kontrolować swojej córki i doprowadza ją do
szaleństwa nadopiekuńczością, aż do stopnia zinstytucjonalizo-
wania. Żyje życiem córki, przejmuje za nią odpowiedzialność,
nieustannie się wtrąca. Wtedy zrobiłem coś nowego.

256

— — oo — n

opinię Yirginii Satir, że musimy odnałeźć osobę,ll;t-(;r; :iopr;:/;-
dza pacjenta do szaleństwa.

C @ \ £
[ Jy Pl

L2
M hl ś

257

satysrakcjonujgce.

Moja ulubiona fantazja to pisanie manifestu gestaltycznego,
obejmującego cztery propozycje:

  1. gestaltyczny kibuc,

  2. propozycja Kubiego nowej dyscypliny: terapeuta-nauczy-
    ciel-psycholog,

  3. podzielenie wszechświatów na działy nauczania kontra
    jednostki badawcze,

  4. podział społeczeństwa na dopasowanych i niedopasowa-
    nych (zainspirowany przez E. Dreykhosa).

Najbliższa urzeczywistnieniu...

— przestań natychmiast.

...jest idea gestaltycznego kibucu.

— Powiedziatem, żebyś przestat i zajął się czymś nie dokoń-
czonym.

Powstaje dużo podniecenia...

258

— Ostrzegam cię! Znowu robisz się natrętny.
Już dobrze. Poddaję się. Ale więcej nie powiem o klasyfikacji
płaczu ani o doświadczeniach z krzesłem elektrycznym.

— Dobra. Przynajmniej teraz jesteś szczery. Co z tym pustym
krzesłem?

Wspominałem o tym wcześniej. To puste krzesło to sztuczka
z projekcją-utożsamianiem.

Uwielbiam te kolibry, powietrznych tancerzy. Widziałem ślicz-
nego, zielonego, w krzakach w pobliżu łaźni.

— Co one mają wspólnego z pustym krzesłem?

259

Ostatnio takze przeprowadziłem pewne podstępne operacje
finansowe, które wcześniej poruszyłyby mnie do tego stopnia, że
pragnąłbym zemsty, lub przynajmniej skłoniły do sporego fanta-
zjowania. O wiele fatwiej potrafię się tym zająć na spokojnie jako
czymś niemiłym, ale nie katastroficznym. Teraz oni mogą mi to
zrobić.

Także coś anastroficznego, co może zamienić się w ważny
rozwój.

Muszę się z czegoś wyspowiadać. Poza śmietnikiem, w któ-
rym odnajduję ludzi, wydarzenia, zabawki, teorie itd., mam inny,
który jest naprawdę fantastyczny. Tam znajduję wszelkiego ro-
dzaju sny. Znajduję fantazje seksualne i megalomaniakalnych
dobroczyńców. Znajduję sny o nadziei i sny o rozpaczy.

Jeden z moich ulubionych to ten, w którym zostaję dyktatorem
świata i czasami spędzam całkiem sporo czasu na opracowywaniu
szczegółów sprawowania rządów. Potem, sprawdzając, widzę, że
ktokolwiek ze zdrowym rozsądkiem byłby lepszy od tego podzielo-
nego na ułamki świata pogrążającego się w otchłani samodestrukcji.

Moja impotencja w urzeczywistnieniu czegokolwiek z tego
nie martwi mnie. Fantazjowanie jako rozrywka jest wystarczajaco

— Chcesz wprowadzić do tej książki pochlebne recenzje
o twoim kibucu.

›Wczoraj otrzymaliśmy obiecująca ofertę. Hej, ty, nie potrze-
buję klaki.

— Nic nie szkodzi. Przynajmniej teraz mnie słyszysz. Słu-
chaj! Miejsce tego manifestu jest na końcu książki albo w dodat-
ku. Tam włóż swoje sześć sugestii. Albo koniec twojej lubieżności.

Zwariowałeś? Ja skończyłem z lubieżnością? Powiedziałem,
że pojawiła się pierwsza przerwa w naporze lubieżności. Obecnie
rozbudowuję nowy nałóg: poniższe pisanie. Trudno już w życiu
'znaleźć wolny, radosny poranek z gorącą kąpielą, namydleniem
i wymasowaniem. Naprawdę będzie mi tego brakowało w moim
kibucu w Nowym Meksyku.

— Fritz!

—?

[\ ') /l

Wszystko. Są tam. Są rzeczywiste. Puste krzesło jest nie
zajęte. Czego miałbyś doświadczać?

— Gdybym ja był pustym krzesłem, czułbym się bezużytecz-
ny, dopóki ktoś nie usiądzie na mnie i nie wykorzysta mnie do
wsparcia. Hm. To dziwne. Zawsze myślałem, że nikogo nie
potrzebuję.

To podaj mi teraz jakąś osobę albo przedmiot ze snu.

— Nic nie pamiętam.

Posadź Fritza na pustym krześle.

— Fritz, nie pamiętam żadnego materialnego snu. Fritz twier-
dzi, że kłamiesz. Pamiętam jedynie aktówkę.

Teraz usiądź na krześle i bądź tą aktówką.

— Skoro jestem aktówką, mam grubą skórę, przenoszę taje-
mnice i nikomu nie wolno w nie zaglądać.

Teraz schodzę ze sceny, a ty „piszesz scenariusz”, to moje
określenie na zmianę ról i podtrzymywania rozmowy.

Zaciekawiasz mnie. Chciałbym poznać
twoje sekrety.

Nie możesz. Nie masz klucza, żeby mnie
otworzyć.

  1. :actam Lluncsem ITecrem cilnv i dobrze

uosobionego Fritza. Nazywaj go U.F. Możesz go wziąć do domu
i używać, kiedy tylko zechcesz, bezpłatnie. Oto „Fritz w pigułce”.

U.F., co teraz zrobimy? ”

Czego chcesz uniknąć?

Otwierania aktówki. Tam nic nie ma.
Czuję się oszukany, U.F.

Przyjrzyj się bliżej.

Tak. Jakieś strzępki papieru. Trzy krowy
wdarowiźnie. Warsztat w darowiźnie. Jedna
betoniarka. Jedna ciężarówka.

Co mówisz?

Skończyłem z pustym krzesłem. Chcę zająć się tobą, Fritz.

Co takiego teraz zrobiłem?

— Umieszczasz darowizny na twój gestaltyczny kibuc.
Oszukujesz.

Jesteś moją projekcją, prawda? Jesteś mną. Nie mamy przed
sobą tajemnic.

Oto historia o podwójnej projekcji. Pewien psychiatra wymyślił
uproszczony test Rorschacha*. Używał trzech podstawowych figur.
Pewnego dnia, badając pacjenta, narysował trójkąt. Co to jest?

wykonany, ale moje funkcje są oglamczone
Mogę manipulować tylko w jednym zamku.
Zagraj zamek.
Chodź, kluczu. Czekałem na ciebie.
Chodź, otwórz mnie. Wejdź we mnie.
Idealnie do siebie pasujemy. Mogę obra-
cać tobą dowolnie.
Co mówi zamek?
Dziękuję. Już więcej nie jesteś mi po-
trzebny. Możesz iść do śmietnika.
Ty świnio.
Dokąd teraz?
Kogo pytasz?
Ciebie, Fritz.
Posadź Fritza na pustym krześle. Daję ci twojego własnego,

260

— Namiot. W namiocie jest para. Pieprzą się.

Potem narysował prostokąt. Co to jest?

— To duze łóżko. Leżą w nim dwie pary i pieprzą się.
Następnie narysował koło. Co to jest?

“fl\

Li u>

  • Test osobowości oparty na interpretacji standardowych plam atramentu
    (przyp. tłum.).

261

Lavviadl yviatl 1 i J
i runąłem na Gretę, łamiąc jej noge. Brygadier biegał zrozpaczo-
ny, powtarzajac, że jest niewinny; karetka zabrała nas na pogoto-
wie. Podobało mi się to podniecenie i bieganina, ale krzyczałem,
kiedy polali mi ranę jodyną. Podobała mi się też troska rabina,
kiedy później badał moje skaleczenie, gdyż nos nawet nie był
złamany.

Podobał mi się wzbudzany w innych podziw i prezenty, jakie
dostałem na moją bar micwę, kiedy wszyscy byli dumni z tego,
jak dobrze recytowałem moją modlitwę. Był nawet prezent od
rodziny Staubów. Przez kilka tygodni byłem zwolniony ze statusu
czarnej owcy. Może głównym wydarzeniem, dzięki któremu
przypadła mi ta rola, było włamanie się do tajnego pokoju mego
ojca.

Zastałem w nim nieopisany bałagan. Ojciec nigdy nikomu nie
pozwalał tam wchodzić i sprzątać. Znajdowały się tam półki

264

E J P T AR ploylniusv ww lytuay. wtnaiwiti lJl UUIC“Iy
z utrzymaniem powagi i nigdy nie wróciłem do tych sesji.

Na przyjęciach, na przykład na Boże Narodzenie, ojciec jed-
nakże przywoływał swoje rabelaisowskie „ja”. Uwielbiał tańczyć
polkę, pić i całować. W zasadzie wybrał na swoją profesję sprze-
daż terenową wyśmienitego palestyńskiego wina. Oczywiście
sam nie był „komiwojażerem”, był „głównym przedstawicielem”
Rothschild Company.

Raz wypowiedział uwagę, której wyjątkowo nie cierpiałem.
„No to co! Upiję się na śmierć. Mój syn zaopiekuje się rodziną”.

W zasadzie nienawidziłem jego i tej pompatycznej pewności
siebie, ale potrafił być także czuły i cieply. Jak bardzo moje
nastawienie wynikało z nienawiści mojej matki do niego, jak
bardzo ona zatruła nią nas, dzieci, nie potrafiłem powiedzieć.

Moje włamanie do tajnego pokoju nie miałoby poważnych
konsekwencji, gdyby nie pewna komplikacja: świnka-skarbonka

265

i mocno wpływa na emocje. Wskazuje na zdolność przyciągania
do siebie ludzi”. Jak to zadziwiająco pasuje. Dodajcie „silny,
uparty intelekt” i otrzymacie sporo z mojej tożsamości. Astrolo-
gia, kolejna tajemnica.

Z uporem wracam do słowa „tajemnica”. Miałem dostęp do
serialu „tajemnic”, cotygodniówki czytanej przez naszą służącą.

Z siostrami byłem przewaznie w bliskich stosunkach. Raz
zostałem wykluczony z zabawy na podwórku, chłopiec stojący na
warcie. Podejrzewałem gry seksualne. Skąd wzięło się u mnie to
podejrzenie, nie wiem. Byłem jedynie pewien, że działo się coś
tajemniczego.

Z tajemnicą mocno wiąże się przestrach.

Religiaito, codziało się w świątyni, nie wywoływało żadnego
strachu. To, co robili ci ludzie, uznawałem za dziwne i szczególne,
wyciąganie modlitewnego zwoju pisma ze schowka i odczytywa-
nie go w dziwnym języku ze szczególnymi ruchami i głosem.

Musieliśmy nauczyć się hebrajskiego. Wszystko było bezoso-
bowe z kilkoma wyjątkami. Na przykład, ich zainteresowanie
moim nosem po wypadku, który wyraźnie zachowałem w pamięci.

My, troje dzieci, mijaliśmy akurat dom w budowie, kiedy

zaiakintel nroynweśnik Mażbi ntot Kontom uderzyt mnie w noc

z książkami, w których można było szperać. Ale jakie rozczaro-
wanie, wszystkie one wiązały się z hobby i ambicjami ojca:
zostaniem Wielkim Mistrzem Wolnych Masonów.

Uwielbiał, kiedy zwracano się do niego „Marszałku”, i z błę-
kitną szarfą na piersi, z długą, ujmującą brodą, potężna postacią,
naprawdę prezentował się wspaniale.

Nigdy nie udało mu się zostać Wielkim Mistrzem jednej z du-
żych, uznanych lóż, więc stworzył własną. Po kilku latach przeważ-
nie się rozpadała, więc zakładał nową jako widownię dla swych
przedstawień i długich przemówień o ideałach. Wprowadzenie do
loży, jak może być wam wiadome z Czarodziejskiego Fletu, miało
być swego rodzaju próbą, podczas której nowicjusz miał wykazać
się odwagą i wartością, by stać się członkiem tajemnej sekty.

Kiedy skończyłem osiemnaście lati minął mój impas „złych”
czasów, ojciec zdecydował, że nadeszła pora, by wprowadzić
mnie do loży. Nie mogłem się doczekać spenetrowania zasłony
tajemnic i przejścia próby.

Co za wstyd i rozczarowanie! Zasłonięto mi oczy. Dwóch
mężczyzn poprowadziło mnie jakimiś korytarzami i pokojami,
trzaskały drzwi, usłyszałem jakieś odgłosy, które miały być prze-

rajżniąna P Aot nowrnmo 1 vt s ot ren eee RAA LI

ze złotą monetą w środku, która w przyszłości miała pr;cjść na
własność mojej siostry Else. Wydobyłem ową monetę i za nią
kupiłem znaczki dla mojego przystojnego przyjacjle’laf ch[‘zc§c1—
janina o blond włosach, w nadziei kupna jego przyjaźni lub też na
znak mojej. Jak wielu wyrzutów nasłuchałem się za tę kradzież
i ile razy musiałem za to zapłacić!

Kiedy została odkryta, uciekłem przerażony. Spałem na sch(_›—
dach. Sypiałem na klatkach schodowych w obcych dounugh, Nie
miałem pieniędzy. Potem odwiedziłem przyjaciół po drugiej stro-
nie Berlina, dostałem jeść i opłatę na przejazd samochodem, którą
zostawiłem na kupno chleba nazajutrz. .

Potem kalkulowałem: może „oni” myślą, że się zabiłem, i nie
odeślą mnie do poprawczaka, czym często mnie straszyli. Może
nawet uciesza się, że żyję. ,

Wróciłem więc i zastałem poważne zgromadzenie, a w nim
wujka Eugena, lekarza, brata mojej matki, następnego -nad.ętego
dupka. Werdykt wydał ojciec: „Wybaczę ci (pamiętajcie, że był
wolnomularzem, a wybaczanie było dla nich ważną funkcją:
przykładowo piękna aria Mozarta na bas, ulubiona pieśń mojego

ojca: Te święte komnaty nie będąsięmścićnatobie),ale nigdy
. e UE 2" Koinia nraw/da?

W klasie było nas czterech Żydów. Krafft został psychoanality-
kiem. Schildkraut wsławił się w przemyśle filmowym, a Holleander
skomponowat wiele ładnych piosenek dla Marleny Dietrich.

Kiedy dostawaliśmy naganę, nasi rodzice byli poinformowani
pocztą, nieopłaconym listem. Zostałem pochwycony między mo-
ja nienawiścią do szkoły a terrorem łajania przez rodziców, aż
znalaztem wyjście: poczekać na listonosza, przechwycić list ze
szkoły i podrobić podpis rodziców. W końcu na tym też mnie
przyłapano. Matkę powoli, ale pewnie, doprowadzałem do roz-
paczy. Wielka ambicja jej życia topniała; stałem się nieokiełzna-
ny, poodcinałem rzemienie jej dyscypliny. Pewnego razu, ucie-
kając przed jej uchwytem, zamknąłem drzwi na klucz, wybiłem
w nich szybę i robiłem do niej miny, ciesząc się jej niemożnością
schwytania mnie.

W szkole tak się opuściłem, że musiałem powtarzać siódmą
klasę i znowu oblałem. W efekcie zostałem wyrzucony ze szkoły.
'W tamtych latach w Niemczech nikomu nawet nie przyszło do
głowy, że wydalenie ze szkoły bystrego, miłego dzieciaka nie
może być wyłącznie jego winą.

Drugim wyrzutkiem był Ferdinand Knopf, który wprowadził

Tmnie wrcobeo btAracnolotwnenia nreuwiatłam iaba lidara MijaAeo nia

nie Zapolnnę, 00 2 w y =

Moja pozycja w gimnazjum już słabła. Dyrektor miał polskie
nazwisko i prawdopodobnie, aby udowodnić swoją aryjską krew,
był bardzo, bardzo nacjonalistyczny. Szkoła była nowa i dyrektor
zebrał kadrę, którą najlepiej opisuje parafraza Churchilla: Rzadko
tak niewielu nauczycieli torturowało tak wiele dzieci przez tak długi
czas. Podstawowym nastawieniem była dyscyplina i antysemityzm.

Oblałem egzaminy wstępne i posłano mnie do korepetytora,
któremu podobała się moja inteligencja i wykorzystywał ją do-
wolnie, aby robić idiotę z drugiego ucznia. Raz w drodze do niego
narobiłem w gacie. Chociaż większość udało mi się usunąć
w publicznej ubikacji, musiałem nieźle śmierdzieć. Nauczyciel
węszył przez całą lekcję i miał spore podejrzenia co do drugiego
chłopaka. Nie powiedziałem ani słowa. To prawdopodobnie był
mój pierwszy akt niesprawiedliwości. Podczas następnych lat
w gimnazjum nauczyłem się całkiem nieźle kłamać.

266

e £ 755 A 7
masturbowaliśmy się nawzajem, ale jednocześnie, podczas gdy
on opowiadał historie o przygodach jego starszej siostry. Z łatwo-
ścią dostawałem erekcji, ale byłem za młody na wytrysk. Potem
przyszła kolej na inicjację pieprzenia.
, Kupiliśmy trochę batonów (każdy krok to jego sugestia)
i znaleźliśmy prostytutkę, której on najwyraźniej odpowiadał.
Obaj mieliśmy po trzynaście lat, ale on wyglądał na starszego.
ĄPojechaliśmy kolejką do Greenforest, bardzo blisko Berlina.
Oni gadali przez cały czas, ja czułem się nieswojo i milczałem.
W lesie obiecaliśmy nie podglądać. Opanowałem ciekawość. Po-
tem przyszła moja kolej. Dziewczyna szybko się zniecierpliwiła
moim brakiem możliwości w osiągnięciu orgazmu i odepchnęła
mnie. Odwróciłem się. Ferdinand patrzył. Czułem się zdradzony.
4 'Wkrótce potem jego przewodnictwo przyniosło coś wspania-
ego.

267

|
|
|

RV PLZOCIEWNIAICIHHI.

Zawsze ujmował mnie nacisk Erica na odgrywanie ról, a jed-
nak to, co ujrzałem w moim oponencie, rozczarowało mnie. Nie
tylko wyglądało jak fragment z podejścia Freuda, ale jak zaprze-
czenie własnego dictum Erica Berne'a, że gramy role. Dwie role,
jakie zaobserwowałem, ograniczały się do rodzica i dziecka,
i były traktowane cholernie poważnie. Ich prawdziwa gra, kom-
pulsywne szufladkowanie każdego zdania w zależności od tego,
kto je wypowiedział, pozostała bez nazwy. Idea dojrzewania,
integracji i transcendencji ról wydawała się obca. Jak w przypad-
ku analizy ortodoksyjnej, zainteresowanie pozostało w strefie
środkowej. Pozostawać w kontakcie ze światem i sobą samym nie
wydawało się integralną częścią podejścia mojego oponenta.
Głaskanie jest zabronione, chyba że symboliczne.

Doceniam jedną z ich gier: zbieranie znaczków. Jeżeli masz
bloczek z zielonymi znaczkami, masz prawo czuć się, jakbyś miał

269

PR

Po wyrzuceniu ze szkoły poszedłem na praktykę do k-upcu _J/.?
materiałami. Robiłem kawały szefowi, więc ;ostałem zwolmgny]. %Ś//J?
Ferdinand wykazał się przedsiębiorczosźci-ą_l znalazł dla nas inną (SQ % g
szkote, Askanische Gymnasium, bardziej liberalną. Zdałem eg- (Ś.,SC/Ę >@

zamin wstępny, polubiłem szczerze kilku humanistycznie zo-rienA - ÓĄ'BZ›/ ~7
towanych nauczycieli i napisałem takie dobre wypracowania na Ę - |
Abiturium, że zwolniono mnie z egzami.nów ustnych. - _J \

To wydarzyło się pomimo faktu, że już rozpocząłem wieloli- ł l l

cowe życie. A może z powodu... 2?

W drodze do San Francisco zatrzymałem się w Monterey na
dyskusję panelową podczas kongresu „analizy transakcyjnej”.
Podobało mi się określenie „transakcja” sugerujące, że w wymia-
nie werbalnej dzieje się coś bardziej realnego niż słowny ping-
-pong, coś więcej niż gra w „kto ma rację”. Podobał mi się Eric
Berne, a już szczególnie Bob Goulding, który był mediatorem.
Miałem młodego oponenta, który nie stanowił dla mnie wyzwa-
nia, chociaż chciał dobrze. Byłem zawiedziony, że Eric nie był

trzy metry wzrostu; jezeli masz bloczek z czarnymi znaczkami,
masz prawo do depresji, może nawet samobójstwa.

Jednak zazdroszczę sukcesu Ericowi,
Tak, przyznaję się bez ogródek,
(Trafić potrafisz całkiem nieźle)

Że traktat Erica to niezły numer...
Bestseller na sto dwa tygodnie.

Powinno być coś pomiędzy nawracaniem Schutzów i setką
sztuczek Guntherów a tępotą i biedą restrykcji do dwóch rół
Bernesianów. Dajcie mi przynajmniej czasami księcia, który
zamieni się w brzydką żabę.

rodzicami i dziećmi, mężem i żoną, terapeutą i pacjentem, widzę
próby — i to przeważnie zwieńczone powodzeniem — utrzyma-
nia status quo: zabicia przyszłości, uniknięcia egzystencjalnego
impasu i jego pseudoagonii.

Widzę, jak te problemy maleją, a zaczyna dominować integra-
cja i harmonia, gdy tylko oponenci sięgną po rozum, głównie do
swoich uszu. Nie jest to sztuczka semantyczna, równająca słuch
i zrozumienie. To nawiązanie prawdziwego kontaktu.

Pokora kontrastów rozumienia z kontrolowaniem potrzeb
nadmiernego rozumienia, sprawiedliwości.

Walka jest dobra, jeżeli mobilizuje nasz potencjał, jak w wielu
sportach i intelektualnym współzawodnictwie. Oparta jest na
radości dorastania.

Walka jest zła, jeżeli wynika z uprzedzeń i pewności siebie.
Oparta jest na radości niszczenia.

To jest „dobre”, a to jest „złe”. Sądy, morały, etyka.

Skąd one się biorą? Czy są one częścią natury, głosem Boga,
zachciankami autorów prawa? Co skłania nas do atakowania
„złych” i idolizowania „dobrych”?

Aż do czasów Nietzschego i Freuda świadomość była uważa-
na za naiwvzeza wartość dziedziotwa c7toawiekoa Kont nodal

Właśnie sobie uświadomiłem, że opuściłem ważną zaletę
podejścia Berne’a. Reich przyobległ w ciało pojęcie oporu Freu-
da, fragment rzeczywistości, którą nazywał zbroją. Berne dał
Freudowi superego, dominujące abstrakcje takie jak instynkt.y,
ego, dziatanie. Berne ustalił w ten sposób prawdziwą polaryzacje.

Nazywam te oponenty „tym na górze” i „tym na dole” z na-
ciskiem na kontrolowanie potrzeb, niechęci; żądań i wzajemnych
frustracji. ,

'W tych wewnętrznych konfliktach, jak w konfliktach między

270

stawia na równi imperatyw kategoryczny z wiecznymi gwiazdami.

Porównajcie to z cynizmem Hitlera: „Mogę uznać kogoś za
wroga lub przyjaciela według mojego widzimisię”.

Katolicki pogląd, że rodzimy się z grzechem, nieadekwatnym
moralnym wyposażeniem do życia, jeszcze bardziej komplikuje
sprawy.

Tak jak Darwin zdetronizował pozycję człowieka jako szcze-
gólnego boskiego stworzenia, nie związanego ze zwierzęciem,
tak samo Freud odebrał świadomości rolę boskiej instytucji.
Uczynił jasnym wtargnięcie społeczeństwa, poprzez tatę i mamę,
do ludzkiego zwierzęcia. Uczynił jasną kontynuację społecznych
tabu wewnątrz istoty ludzkiej poprzez mechanizm introjekcji,
internalizacji policjanta.

Nie jest jeszcze całkowicie przygotowany na przyjęcie ludz-
kiego zwierzęcia, nie wyłączając seksu takim, jaki jest. Musi to

~ 4: U U i

271

£ drugiej strony. Moje zaszczytne intencj€ mają doprowadzic
ciebie do zdrowego umysłu.

„Bodziec i odruch
— odrzuciłeś wnet.
Teraz prosisz znów:
Reakcji dajcie tu”.

Dajcie, czyli przywróćcie.

„Bardzo źle przyjąłeś

Moją pioseneczkę,

Wstrętnie wręcz stwierdziłeś:
Zły — niedobry jam jest”.

272

pewnego elementu z jednego miejsca w drugie. Termin ten został
zaciemniony poprzez dodawanie do niego wszelkiego rodzaju
konotacji, jak zaufanie, mania, żądanie wsparcia itd. Pierwotnie
oznaczał on przeniesienie czyichś uczuć z ojca itd. na terapeutę.
Później termin ten stał się niejasnym, a jednocześnie sprytnym
trikiem. Negatywna transferencja nie oznacza już zmiany z kre-
dytu w debet, ale ukazanie negatywnego, prawdopodobnie wro-
giego zachowania.

Świadomość i nieświadomość to także miejsca. Nieświado-
mość staje się miejscem dla rzeczy zagubionych. Usta, odbyt
i genitalia szukają miejsca dla libido.

Nazwisko Freuda jest katharsis dla relacji postać/tło: Beser-
zung, siedzenie, zajmowanie miejsca... onjedypie trochę posma-
rował klejem tam, gdzie najbardziej pragnie się wolności. Innymi
słowy, proces jest zaniedbany, wypchnięty przed publiczność
poprzez mechaniczne myślenie.

273

Eiovae s

=

usprawiedliwić. Nadał w jego dziecku można dostrzec nikły-ton
niedobroci, obejmującą introjekcję polimorficznej perwersyjno-
ści w dziecko. " - ]
— Czy mozemy posunąć się o jeden stopień dalej i zobaczyć
dychotomię dobry/zły jako funkcję organiczną? - )
Chyba tak. Mozemy popatrzeć na nią jako projekcję reakcji
organicznej.

„Czy mnie słuch nie myli?
Czy to są twoje słowa?

ldźmy śladami projekcji,

Ą poznamy, czym zło i dobro”.

To dopiero później. To reakcja na projektowaną reakcję.

„Aż pęka mi głowa

— Tto się potwierdza —
Na twe pompatyczne słowa
Aż mnie rozsierdza”.

Jesteś coraz bliżej. Gdybyś mnie nie zaniepokoił, mógłbym
zacząć omawiać „dobro” i „zło” jako funkcję organiczną, mógł-

bym nawet wkroczyć na obcy ląd. Chemia moralności.
— 799999

Freud był „ustawiaczem”. To znaczy, że był topologicznie
zorientowany. Ustawiał przedmioty dookoła, przemieszczał je.
Chociaż rezerwował termin „zagubienie” dla pewnych wydarzeń,
większość jego teorii można rozumieć w terminach przemiesz-
czania w przestrzeni. To brzmi paradoksalnie. Na pierwszy rzut
oka Freud wydaje się orientować według czasu, jako że jego
zaangażowanie w przeszłość jest oczywiste.

— Znowu czepiasz się Freuda?

W żadnym wypadku. Staram się dotrzeć do niego. Możesz
powiedzieć, że wykorzystuję go do własnego zrozumienia.
Wykorzystywałem topologię w trzech formach (projekcja, intro-
jekcja i retrofleksja) przez dwadzieścia pięć lat, zdecydowanie
podążając sposobem myślenia Freuda, jednocześnie zaprzeczając
jego słuszności w odniesieniu do innych zjawisk.

— Podaj nam przykłady.

Weźmy „transferencję”. Znaczy to dosłownie przeniesienie

Nigdzie nie jest to tak wyraźne jak w jego introjekcji. W jed-
nym momencie przedmiot jest na zewnątrz, a w drugim wewnatrz
organizmu. Ten mechaniczny proces zgniatania jest zaledwie
zaznaczony i chemia nie istnicje.

Kiedy jedzenie zostało przerobione na miazgę, wymagana jest
dalsza destrukturyzacja sokami trawiennymi. Jedzenie, umysło-
we i fizyczne, nie może być wykorzystane przez organizm dla
spełnienia jego konkretnych wymagań, chyba że jest rozbite na
aminokwasy itd. — to znaczy na takie elementarne fragmenty,
z którymi mogą sobie poradzić komórki.

Jest to punkt zero. Jest to moment asymilacji, zmiany obcej
substancji w siebie. Aż do tego punktu organizm zajmuje się
potrzebami, apetytem, swoimi minusami (-).

Następny krok to akumulacja i pozbywanie się chemicznych
substancji, których nie można zużyć, które zmuszają mechanizm,
aż do momentu, kiedy stają się trujące i wyrządzają szkodę.
Mówiac fizjologicznie, poprzez nerki, wątrobę itd. przetwarzaja.
Aby osiągnąć zero, organizm musi zmniejszyć (+) niepożądanych
substancji. Toksycznym ludziom brakuje dobrze funkcjonujące-
go układu eliminującego niepożądane substancje.

Jesteśmy dalecy od prawdziwego zrozumienia relacji miedzy

który stara się zadowalać otoczenie, sprawia, że czuje się ono

d_obrze. Teraz nosi nalepkę „dobrego” i ma prawo do pochwał
lizaków i medali. *

.UwarunkAowywanie, granice ego, edukacja, sprawiedliwość,
zmląna, .pl-'OJeija 1 pewne inne zjawiska zaczynają trafiać na
swoje miejsca.

Ja, ty, rodzice, społeczeństwo, małżonkowie mówią:
— Czuje się dobrze przy tobie, jestem zadowolony.

Mówię, że jesteś „dobry”. Zawsze chcę, żebyś był ze mną.
Chce. żebyś zawsze był rak:;

organicznym zachowaniem — może jego tożsamością — a za-
chowaniem osobowościowym.

— Widzę, że zrobiłeś coraz więcej skrótów i wplątałeś w to
swoją chemię i moralność. Nadal jednak nie widzę związku
między chemią a moralnością.

Lubię stwierdzenie, że moralność nie jest pierwotnie osądem
etycznym, ale organicznym. Wróćmy do moich „złych” lat. Przez
moje zachowanie rodzice czuli się niedobrze. Byli poirytowani,
źli i czuli odrazę. Nie powiedzieli: „Czuję się źle”. Mówili: „Ty
jesteś zły”, a w najlepszym razie: „Niedobrze mi przez ciebie”.

Innymi słowy, pierwotna reakcja ulega projekcji i staje się
moralnym osądem. Następny krok polega na tym, że pewne
formy zachowania zostają nazwane „złymi” przezspołeczeństwo,
a nawet wynoszone do statusu „zbrodni”.

To samo ma zastosowanie względem przeciwności. Chłopiec,

274

Ja, ty, rodzice, społeczeństwo, małżonkowie mówią:

— Zlessig przy tobie czuję. Sprawiasz, że jestem niezadowo-
lony.

Zawsze wprawiasz mnie w zły nastrój, nie chcę ciebie.

Chcę cię wyeliminować. Nie powinieneś istnieć.

Tam, gdzie jestes, nie powinno być nic.

Ja, ty, rodzice, społeczeństwo, małżonkowie mówią:
— Czasami dobrze się czuję przy tobie, a czasami źle.
Kiedy jesteś dobry, fruwam z podziwu, miłości

i dzielę się nią z toba.

Kiedy jesteś zły, czuję się, jakbym truł i karał.
Wznoszę się z zemsty i nienawiści

i dzielę się z tobą moją niewygodą.

275

ponieważ ty identyfikujesz się z nami. Jeżeli jestes niedobry,
wyalienujemy cię; nie należysz do nas. Jeżeli jesteś dobry, łączy-
my się z tobą. Jezeli jesteś zły, budujemy między sobą mury.
W żadnym razie nie istnieje między nami kontakt. Kontakt bo-
wiem todocenienie różnic. Spójność to docenienie podobieństwa.
Izolacja to potępienie różnic. Mówiąc krótko, doświadczenie
dobra i zła reguluje strukturę granicy ego.

Esalen znowu przechodzi kryzys. Finansowy impas został
pokonany, ale zagrożone zostało coś bardziej fundamentalnego.
Esalen stało się symbolem, zarówno w Stanach, jak i poza nimi,
ze względu na rewolucję humanistyczno-egzystencjalną, odnale-
zienie i promowanie nowych dróg dla zdrowej psychiki, wzrostu
i rozwoju ludzkiego potencjału.

Mike Murphy, nazbyt gorliwie chcący dać każdemu okazję,
by „robił swoje”, oraz ze względu na potrzebę zachowania finan-
sowej płynności nie okazywał wystarczającej zdolności rozróż-

276

GZETIE A ORI )il YLl PLL Y PAUAU BZ Riama & thaRgaiiil A ysess ™
wania, kiedy obiecana »samoaktualizacja« zawodzi”.

Jeżeli amerykańska klasa średnia dowiaduje się o fakcie, że
może ożyć, jeżeli ludzie wypróbują okazje, by zobaczyć, że życie
to coś więcej niż produkcja i zajmowanie się sprawami, świetnie.

Lecz zjawiają się nie przygotowani. Boją się odezwać, jeżeli
podaje się im taką lub inną sztuczkę lub technikę we właściwy
sposób, i stają się sztuczni inaczej.

Zaczynamy właśnie odkrywać efektywne sposoby rozwoju,
które mogą doprowadzić do zmiany. Czy zatonie to w fali mody
i okresowego entuzjazmu, które doprowadzą co najwyżej do
negatywnej reakcji? Czy ci oszuści przejmą władzę, czy może
prawdziwi i szczerzy ludzie przetrwają?

W przeciwieństwie do seminarzystów większość naszych pra-
cowników to prawdziwi ludzie. Zarabiają mało, ale mają przywi-
lej bycia sobą. Przeważnie są piękni i kochani. Oczywiście,

277

Mówimy: Nie tolerujemy twojej zmiany z dobrego w złego,
w dobrego w złego. Zmienimy ciebie, uzaleznimy od nagrody
i kary. Edukujemy cię, poddając odruchom twoje zachowanie, az
— ty diable — zmienisz się w anioła lub przynajmniej w jego
obraz, aż staniesz się taki, jaki my, my, my chcemy, żebyś był.

Przenosimy odpowiedzialność na ciebie. Tracimy naszą od-
powiedzialność, świadomość własnego dyskomfortu. Imputuje-
my, że twoje zachowanie jest odpowiedzialne, że to ty powinieneś
reagować na nasze potrzeby. My wszyscy obwiniamy ciebie i my
reagujemy na ciebie.

Możemy być jak akceptujący wszystko święty, jak Carł Rogers,
albo jak wzbudzający gniew, artretyczni, stetryczali mizantropi,
odmawiający wszelkiej intruzji w twoją prywatność. Moglibyśmy
cię zabić lub więzić, gdybyś choć w najmniejszym stopniu odstąpił
od linii partyjnej. Jeżeli jesteś zły, musisz być izolowany, aż bedziesz
żałował za grzechy i obiecasz, że będziesz dobry. Zostaniesz odesła-
ny do siebie do pokoju, jeżeli jesteś dzieckiem, zamknięty na klucz,
jeżeli nazwiemy cię przestępcą lub psychotykiem, do obozu koncen-
tracyjnego, jeżeli przeciwstawisz się dyktatorowi.

Jeżeli będziesz grzeczny, będziemy się z tobą identyfikować,

niania, by wyrywać chwasty, lub przynajmniej powstrzymać je
przed zdławieniem kwiatów. Historyczna misja Esalen jest zagro-
żona. Niewyszkoleni młodzicy prowadzą spotkania grupowe:

Nastrajamy się bez LSD. Do diabła z diagnozowaniem i łago-


ST 1 . T m AL L TY. AJinkhkbn e ranabniomi rayzrenrorn

dostaje się tu także parę zgniłych jaj i oszustów, ale są stopniowo
usuwani, prędzej czy później.

Esalen nie byłoby tak unikatowym miejscem, jakim jest. Nig-
dy w życiu nie kochałem i nie szanowałem tak wielu ludzi, jak
tutaj. Poza Seligiem wyróżniłbym Eda Taylorai Teddy, jakodwie
z nielicznych osób na świecie, którym ufam bezwarunkowo.

Ed to Barbarossa, rudobrody, pianista i piekarz. Nieomal
napisałem, że piekł chleb, który rozsławił Esalen. Uwielbiam grać
z nim w szachy. Większość szachistów jest zdeterminowana, by
wygrać, kompulsywne komputery, pochłaniające czas, zaciekle
nienawidzą, kiedy przegrywają, zapominając, że to tylko gra.

Tak nie jest z Edem. My gramy. Bawimy się. Mat królowi to
dla nas tylko jeszcze jedna z zasad gry. Ruchy nie są nieodwoły-
walnymi decyzjami. Te rezerwujemy dla prawdziwego życia.

Teddy jest ładną kobietą. Brzmi to nudno. Powiedzmy raczej,
że stała się ładną kobietą. Znam ludzi, którzy szafują słowem
„ładny”. Ja używam go rzadko. Wyrafinowana, subtelna. Dobry
materiał. Nie ma w niej nic ordynarnego. Choć jest otwarta jak ja,
lubię kontrast jej bezpretensjonalnego sposobu bycia. Przyjaźń
z odrobiną miłości, podziwu i raczej niemej pogardy.

Nie mogę powiedzieć tego samego o Lore. Po tych wszystkich

Faktycznie było zupełnie odwrotnie. Kilkakrotnie starałem się
uwolnić od Lore, ale ona zawsze mnie doganiała.

Wcześniej wspomniałem ojca Lore, który ją lubił, psuł i na
wszystko zawsze pozwalał. Jej matka była niezwykle subtelną
kobietą, lubiła jej pianino i miała kłopoty ze słuchem, co po części
przyczyniało się do jej skrytości. Lore zdecydowanie jej nie
lubiła. Natomiast ja lubiłem ją, a ona mnie. Odwiedziła nas
w RPA i upierała się przy ponownej wizycie, nawet przy zabraniu
swoich kosztownych kamieni, na wypadek gdyby hitlerowcy byli
na nią Zli.

Nie czuję się dobrze, pisząc o Lore. Zawsze odczuwam mie-
szaninę defensywności i agresywności. Kiedy urodziła się Rena-
te, nasze starsze dziecko, polubiłem ją i nawet zacząłem przeko-
nywać się do bycia żonatym mężczyzną. Lecz kiedy później
byłem obwiniany za wszystko, co poszło źle, coraz bardziej
zaczynałem wycofywać się z roli pater familias. One obie żyły,
może nadal żyją, w bardzo szczególnej, zażyłej symbiozie.

Steve, nasz syn, urodził się w RPA i zawsze był traktowany
przez siostrę jak osioł. Rozwijał się w przeciwnym kierunku.
Jeżeli Renate jest sztuczna, on jest prawdziwy, powolny, zależny,
Taczej pełen obaw i uparty w proszeniu o wsparcie i akceptowaniu

łatach nadal nie mogę się zorientować. Spotkaliśmy się ponad
czterdzieści lat temu za sprawą Freda Omadfasela, który także
pracował w Goldstein Institute.

Była najstarsza z trojga rodzeństwa. Podobała mi sięjej siostra
Liesel. Kiedy spotkaliśmy się znowu w 1936 roku w Holandii,
mieliśmy kilka miłych schadzek. W porównaniu z ociężałością
Lore, intelektualnym i artystycznym zaangażowaniem, ona była
prosta, piękna i skora do flirtu. Najmłodszy był Robert, którego
Lore jako dziecko najprawdopodobniej traktowała z pogardą.
Roberti ja nie lubiliśmy się i nigdy nie zmieniliśmy tego stosunku
do siebie. Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Stanów, sam,
przez krótki okres mieszkałem u jego rodziny. Mówiąc najogól-
niej, bylo to bardzo niemiłe, jak kontynuac ja poprzednich siedem-
nastu lat w Niemczech, kiedy traktowano mnie jak wyrzutka,
który śmiał wtargnąć do zamożnej rodziny Posnerów.

278

E AA

-+—

go. B'y-łem poruszon;/, ki'edy na ostatnie Boże Narodzenie dosta-
łem od niego pierwszy osobisty i ciepły list. ,

Mamy czworo wnucząt. Zadnych prawnucząt jeszcze. ,

Może kiedyś nabiorę ochoty, by dojść do ładu z sobą, i napiszę
o moich, skupionych wokół Lore, skłonnościach do podglądania,
o jej czasami błyskotliwych pomysłach i o tym, jak się mną
opiekowała, kiedy zachorowałem.

Teraz wydaje mi się, że żyliśmy zdecydowanie równoleglff
wobec siebie, z względnie nielicznymi szczytowymi momentami
gwałtownych walk i miłości, spędzając większość rozmów na
męczących grach w „co ty na to”. )

Lore była, jak wielu naszych przyjaciół, przeciwna nazwaniu
naszego podejścia terapią gestaltyczna. Myślałem o terapii kon-
centracji lub czymś podobnym, ale odrzuciłem to. Oznaczałoby
to, że moja filozofioterapia ostatecznie zostałaby skategoryzowa-

279

NZ ZN TMV NY lta stujące.
Mieliśmy poruszające obchody siedemdziesięciopięciolecia uro-
dzin z bankietemi Festschrift, zbiór artykułów o terapii gestaltycz-
nej oraz film Dicka Chase'a.

Artykuł Joe Adamsa był dla mnie zaskoczeniem. Adams
mieszka w domu na wybrzeżu i jest raczej nieśmiały i skromny,
Nigdy nie sądziłem, że doceniał mnie i moją pracę; nigdy nie
uczestniczył w moich seminariach. A tutaj mam bardzo sensowną
dyskusję o nieśmiertelnych i Perls ma swoje miejsce wśród nich.

Inny to artykuł Arnolda Beisserta, którego styl można nazwać
klasyka.

Znam Arniego od wielu lat. Cześć, Arnie. Dobrze jest być
z tobą, choćby w fantazjach. Wiem, że kochamy się nawzajem,
a jednak kiedy się spotykamy, rzadko jesteśmy wolni od samo-
świadomości. Wyglądasz tak delikatnie w fotelu. Nigdy nie py-
tałem, jak to jest nie móc swobodnie wyciągnąć ramion, kiedy

280

p

uraliiv 1Vl wdpk-

najakojedna z setek innych, co w znacznym stopniu rzeczywiście
nastąpiło.

. Byłem zdeterminowany, by osiągnąć „wszystko albo nic”.
Zadnego kompromisu. Albo pewnegodnia amerykańska psychia-
tria zaakceptuje terapię gestaltyczną jako jedyną realistyczną
i efektywną formę rozumienia, albo sczeźnie na gruzach wojny
domowej i bomb atomowych.

W roku 1950 Art Ceppos zaryzykował wydanie książki róż-
niącej się od innych, jak większość jego publikacji. Zdecydowa-
nie stawiał wszystko na jedną kartę, ale blefować potrafił. Sprze-
daż Gestalt Therapy powoli rosła z roku na rok i teraz, po
osiemnastu latach, nadal rośnie.

Według moich przewidywań miało minąć pięć lat, zanim
wprowadzę tytuł; następne pięć na akceptację, kolejne pięć, aby
ludzie zainteresowali się zawartością; jeszcze pięć na eksplozję
gestaltu. Tak mniej więcej się dzieje. Moja filozofia przetrwa.
Szalony Fritz Perls staje się jednym z bohaterów w historii nauki,
jak ktoś nazwał mnie na zjeździe, a dzieje się to za mego życia.

Dwa lata temu ledwo udało się nam odbyć jedną dyskusję
panelową na zjeździe APA (Amerykańskiego Stowarzyszenia

Peyrshiatrów> W socytym raba allasbinona so e bt m

chcesz kogoś objąć. Jakaż to odwaga dojść do ładu z życiem po
takim dużym zaangażowaniu w sporcie, aby potem dać się poko-
nać paraliżowi dziecięcemu i ledwo przeżyć.

Jak ci się wiedzie w ośrodku treningowym? Co u Rity? Chcę
ci powiedzieć, jaki wspaniały artykuł napisałeś. Tak niewielu
rozumie paradoks zmiany.

Często myślałem, że nie jestem uznawany, ponieważ wyprze-
dzałem moje czasy o dwadzieścia lat, ale widzę, że ty masz lepszą
perspektywę na gwałtownie zmieniające się czasy.

Kiedy Clara Thomson zaproponowała mi, abym zaczął szko-
lić analityków w Waszyngtonie, odmówiłem. Odrzucałem poję-
cie przystosowania się do społeczeństwa, do którego nie było
warto się przystosowywać. Jak nauczają wszystkie szkoły, przy-
stosowanie się do punktu w historii, który już minął, stwarza
jedynie utracone dusze.

Ja, my, tworzymy mocny ośrodek w nas samych; stajemy się
niczym skała, którą opływają fale.

Wiem, że ta metafora jest przesadnie wykorzystywana. Wy-
wierasz wpływ na otoczenie, zamiast reagować na nie.

Dziękuję ci, Arnoldzie Beisserze, za twoje zrozumienie, za-

LA

Pracując z pacjentem, czy kimkolwiek, jestem szczególnie
czujny na to, czy on chce być dla mnie miły czy niemiły, czy chce
odgrywać dobre, czy złe dziecko.

Jeżeli chce mi się naprzykrzać, kontrołować mnie, walczyć ze
mną, wyśmiewać się ze mnie, wyzywać na pojedynek, mnie to
nie interesuje. Faktycznie to ja sprawuję kontrolę, ponieważ nie
próbuję go kontrolować. Mogę odmówić współpracy z nim. Czę-
sto, po odesłaniu z krzesła elektrycznego... lub, w rzadkich
przypadkach, wyrzuceniu z grupy, jeżeli jest zbyt destrukcyjny...
przeważnie wraca, następnym razem zadziwiająco skory do pra-

wiają nas raczej w pozycji reagowania niż działania, wyrażania
siebie, wychodzenia na zewnątrz. Teorie przystosowania dają
preferencje społecznym wymaganiom. Wiele filozofiii wszystkie
religie potępiają organiczne potrzeby jako samolubne i animali-
styczne. Oczywiście najlepiej, kiedy potrzeby własne i społeczeń-
stwa zbiegają się. Przez społeczeństwo rozumiem rodziców, mę-
żów i żony, terapeutów, nauczycieli i niechcianych gości;
zewnętrzne społeczeństwo, jak również wewnętrzne introjekcje.
Brak zdecydowania, kogo zadowolić, siebie czy tego drugiego.
stwarza konflikt neurotyczny.

Obie strony są pełne niebezpieczeństw. Jeżeli jesteśmy po
stronie aniołów, musimy poświęcać, pozbawiać, alienować, re-
presjonować, planować itd. większość naszego potencjału; jeżeli
identyfikujemy się z naszymi potrzebami, możemy zostać ukara-
ni, odrzuceni, pogardzani, pozbawieni zewnętrznego wsparcia.

Terapeutycznym rozwiązaniem jest racjonalność, zrozumie-
nie, że wiele naszych katastroficznych oczekiwań nie ma pod-
staw, że wiele introjekcji wypadło z obiegu, stanowi jedynie
ciężar. Nawiązując kontakt z otoczeniem i sobą, pacjent uczy się
rozróżniać między swoimi fantazjami a oceną rzeczywistości.

cy. W końcu w kazdym tyranie skrywa się tchórz, tak jak w każ-
dym grzecznym chłopcu jest wredny gnojek.

Dobry pacjent, jak grzeczny chłopiec, chce, by jego zachowa-
nie działało niczym łapówka. Jeżeli terapeuta interesuje się wspo-
mnieniami z dzieciństwa, wówczas on sypie nimi jak z rękawa.
Jeżeli terapeuta koncentruje się na problemach, ten je przywołuje,
a kiedy skończą mu się problemy, stwarza nowe. Jeżeli terapeuta
domaga się doświadczeń, on będzie mobilizować swoją histerię
i robić z igły widły do granic możliwości. Będzie tłumaczowi pod-
suwać zagadki, perswadującemu wątpliwości, podniecającemu się
ekstazę i tak dalej... cokolwiek, byle utrzymać swoją nerwicę.

Wróciliśmy do punktu wyjścia, do problemu identyfikacji.
Czy identyfikujemy się z naszym prawdziwym „ja”, czy z wyma-
ganiami odmienności, nie wyłączając wymagań własnej wizji
siebie? Wymagania stawiane przez środowisko i introjekcje sta-

282

_U ZA

Chociaż konflikt między osobnikiem a społeczeństwem jest
oczywisty i znany wszystkim, chociaż konflikt między sprzeda-
waniem się społeczeństwu a ścieleniem własnego łóżka to nic

283

¢

tami a hitierowcami, lecz wkrótce zmieniia siĘ W inny podziat
zwany żelazną kurtyną.

284

szczędzono by miliardy. Co więcej, może on być przeprowadzony
lub przynajmniej rozważany i rozpoczęty przez dowolną siłę.

Wątpię jednakże, że w technokratycznym społeczeństwie,
które jest nieomał nieograniczone w płanowaniu „rzeczy”, huma-
nistyczne przedsięwzięcie takich rozmiarów mogłoby zostać zro-
zumiane. Jedyna nadzieja leży w uznaniu, że de facto utknęliśmy
na humanistycznym problemie o gigantycznych proporcjach,
o wybuchowej sile potencjalnie otwartej wojny domowej.

Wszyscy obywatele, z bardzo nielicznymi wyjątkami, należą
do jednej z trzech poniższych kategorii:

a. Dostosowani. Wytwarzają, handlują i obsługują „rzeczy”,
zajmują się producentami, handlarzami i obsługującymi rzeczy.
Sami wspierają się finansowo i tworzą dość ciasno zorganizowa-
ne społeczeństwo.

b. Niedostosowani. Jest to wysoce zdezorganizowane społe-
czeństwo i błędnie jest akceptowane jako rozdzielone na wiele

285

nowego, chociaż podział na lizusów i buntowników pozostaje
niezmienny na przestrzeni wieków, to jednak mało wiadomo
o internalizacji tych konfliktów i o tym, jak doprowadzić do
integrujących rozwiązań.
Takie rozwiązanie wymaga zrozumienia funkcji granicy „ja”
i granicy ego. Obie granice są granicami kontaktowymi. Wyrażenie
granica „ja” jest poprawne; termin „granica ego” jest ograniczony
do osobnika, ale jego prawa stosują się do wszystkich granic kon-
taktowych. Te granice są określone poprzez dychotomię identyfi-
kacja/alienacja. To śledztwo, miejmy nadzieję, doprowadzi nas do
najważniejszego i najtrudniejszego zjawiska... projekcji.
Chciałbym przerwać tę żmudną i abstrakcyjną dyskusję poprzez
przykładowe podkreślenie praktyczności naszych poszukiwań.
Pewna grupa mieszkańców jest zaangażowana w usunięcie
granicy rozdzielającej czarną i białą ludność. Zazwyczaj bojow-
nicy o wolność identyfikują się z niedolą Murzynów i żądają
identyfikacji Murzynów z ich wysiłkami. Kiedy angażują się
w ten proces integracji, powstaje nowa granica, dychotomia mię-
dzy bojownikami o wolność a bojownikami antywolności.
Podczas drugiej wojny światowej granica biegła między alian-

)
i

Mógłbym wyrecytować dziesiątki przykładów na istnienie
takich granic między poszczególnymi osobnikami, rodzinami,
klikami, klanami, narodami, warstwami społecznymi i dojść do
wniosku, że ideałom takim jak ONZ czy braterstwo wszystkich
ludzi brakuje perspektywy ogólnej sytuacji i dlatego prowadzą do
głupiego optymizmu.

W Durbanie mieliśmy międzynarodowy klub z białymi, Mu-
rzynami i Hindusami, ale wszelkie próby połączenia tych dwóch
ostatnich zawiodły.

Prawdziwa granica w Stanach Zjednoczonych to nie podział
na demokratów i republikanów czy dyrektorów i robotników,
albo białych i grup mniejszościowych, czy też przestrzegających
prawa obywateli i buntowników. Granica przebiega między „do-
stosowanymi” i „niedostosowanymi”.

Używam tych określeń rozmyślnie po to, aby unikać moral-
nych osądów, takich jak dobry i zły albo właściwy i niewłaściwy.

Musimy sobie uświadomić, że przybliżenie moich idei o rozwią-
zaniu problemu wymagałoby olbrzymiego planu, niczym wielomi-
liardowego programu kosmicznego, a różnica polegałaby na tym, że
zamiast wydawania coraz większych pieniędzy ostatecznie zao-

różnych i nieza
wyrzutki,

umysłowo chorzy,

leżnych kategorii: przestępcy, s

16 piedacy, narkomani, chorz :
ippisi, biedacy, na horz :
: )p::ym ciezaremdla dostosowanych, gdyż
C
uwięzieni.
ący się niedostos:
przez dostosowanych. *
ych, personel szpit

bezrobotni,
szkańcy getia. Sąfi nzllr;sb

szą być wspieraml ub uwięzi
muc Klasa pośrednia, opiekujący
także są opłacani i wykorzy]stywanłx A

ują policje pracowmkow społecz! ych, p
muja | psychologów, lekarzy, minist o należy do
‘ WI%Z‘er"rl‘yc’zy sie idea, nie drobne szczegóły teg0.

utaj lic ,

tejklasy.
Liczy się T
względu na dużą
Liczy się niechę ns
„nienia i braku zrozumienia. - " „li Dosto.
leanl›ema lc:];l›e aby niedostosowani sami sIĘ utrzymyw
prawcie, aby stosowani
sowani, zrozumcie wspohs?n?emt_z.
Przynajmniej przyjrzyjcie się
komputerów.

źci ia pilotażowe. Po
adźcie badania pl : i
PoProw T mógłby wykorzystać P

owanymi. On_i
ch. Obej-
alny

i anych ze
Ć h do niedostosowa )
iechęć dostosowanych do M h e
d me'(;ośęć wydawanych na nich pieniędzy Z po@z;t 6w
1 ¢ i nienawiść niedostosowanych do ic

temu problemowi. Użyjcie

winien być gdz'!es na
rogram socjokos-

O r- mia

Chociaż moja fantazja ucieka wraz ze mną, pojęcie granicy
wyłania się wyraźnie. Jestem zadowolony.

Granica „ja” mogłaby nosić miano oczywistości zmysłów.
Samogranica sięga tam, gdzie sięga wzrok i dotyka powierzchni
przedmiotów. Zmysły dotykają. One nie penetrują powierzchni.
Aby zejść głębiej, musimy zniszczyć powierzchnię, to, co oczy-
wiste. Nawiązanie kontaktu polega na zorientowaniu na powierzch-
nię. Jest to jedna z głównych cech terapii gestaltycznej.

Bez szacunku do powierzchni penetrujemy i analizujemy ad
infinitum, albowiem tak głęboko, jak penetrujemy, zawsze napo-
tykamy następną powierzchnię. Jak z cebulą: po zerwaniu jednej
warstwy wyłania się następna i następna, i jeszcze jedna, aż nie
zostanie nic.

Freud mówi o represjach i powrocie nieświadomości. Jeżeli
zrozumiemy język oczywistego, niepotrzebna jest nam ta podwójna
mowa. Tak naprawdę nic nigdy nie jest represjonowane. Wszystkie
rzeczywiste gestalty wyłaniają się, są na powierzchni, są oczywiste
jak nagość kréla. Twoje oczy i uszy są ich świadome, pod warunkiem
że twoje komputerowe analizowanie-myślenie nie oślepiło cię, pod
warunkiem że zostaniesz z niewerbalnymi samookreśleniami, ru-
chami, postawa. głosem itd. Bez celowania w powierzchnie. w ora-

świeci€ S0UJV! V gr T e
miczny. L, gcnerałowie, zważcie: obozy koncentraCyjite - 77
odpowiedź.

Kontaktowe granice, uznanie réznic, tak.
Mury, potępienie różnic, nie.

Władza czy zdrowe zmysły?

A może:

wykorzystanie władzy,

by odbudować zdrowe 2my sły,

byłoby
dobre.
Ale jak zwykle d
będzie

użyte

niewłaściwie.

286

nicę „ja”, jesteś bezradnie nieosi |

Je ie nieosiągalny — Ż wiedni
poza zasięgiem — odgrodzony grubymymurcźntźrózą Pdpowiednio,

287

Swit
mic
odp

— MAal KU

Co się stało? Zachowania matki nic nie przerywa. Ale reszta?
Czy nagle zostali powstrzymani? Czy obliczyli réwnanie grzech
= grzech? Czy zrozumieli swoją projekcję? Wszystko to jest możli-
we, ale nie trafia w cel. Rzecz w tym, że obudzili się z transu furii,
że nawiązali kontakt z rzeczywistością, że doświadczyli satori.

" K N B
sobie jego rękę odłączoną od reszty ciała. Bardzo męskie ramię.

Nudzi mi się i ziewam. Jestem zbyt leniwy, żeby zrobić coś
ztąręką.

Nuda i zmęczenie. Pomogłeś mi przedtem. Nie chcę rozegrać
tego snu w stylu Perlsa, nie kojarzyć go na modłę Freuda. Chcę
pozostać w tej atmosferze. Pożegnanie i moja cześć dla niego ma
w sobie coś sztucznego, wymuszonego.

Szukam obrazów. Ziewam, porównuję go z moim ojcem,
porównuję moje objęcia, kiedy jestem fałszywy i kiedy prawdzi-
wy. Zbliża się zmiana mojej seksualnej ciekawości.

Moja chęć, aby patrzeć na damskie genitalia, dotykać ich,
manipulować, nagle zmieniła charakter.

Budzę się. Coś się dopasowuje. Pusta żądza, przymus = trans
podyktowany potężnym impulsem — nigdy, nigdy nie zaspoko-
jony. Nadmierne rekompensowanie obrzydliwości, a jednak ni-
gdy nie kończąca się ciekawość. Podglądanie z odrazą i strachem,

289

=

=

różnycl
wyrzut
szkańc

muszą
c.
także ¢
mują
i więz
Tu
) tej kl¢
| Li
i wzgle
L
leżni
S
sowi
Ł
korr

Granica kontaktowa, na przyktad granica ego, jest o wiele
bardziej skomplikowaną sprawą, az zrozumiana zostanie jej pro-
stota. Granica ego jest niczym łoże Prokrusta.

Prokrust żył w starożytnej Grecji i lubił grać w dopasowywa-
nie. Miał tylko jedno łóżko. Zatem, jeżeli gość byt zbyt długi,
odcinał mu stopy, jeżeli był zbyt krótki, rozciągał go i rozciągał,
aż odpowiadał długości łoża.

To właśnie robimy z sobą, jeżeli nasz potencjał nie pasuje do
naszego samowyobrażenia.

Nie wszystkie granice są tak sztywne jak łóżko. Historia ze staro-
żytnej Palestyny pokazuje zarówno sztywną, jak i zmienną granicę.

'W wiosce żyła prostytutka. Pewnego dnia mieszkańcy posta-
nowili ją ukamienować. Nie znam powodu. Może za dużo zażą-
dała od któregoś klienta albo zaraziła go chorobą weneryczną.
W każdym razie, kiedy mieli juz ukamienować dziewczynę, po-
jawił się jakiś młodzian o blond brodzie i długich włosach; wypisz
wymaluj hippis. Podniósł prawy palec wskazujący i obwieścił:
„Ten, który jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”. Wszys-
cy upuścili kamienie. Cisza. Potem „bang” — poleciał jeden
kamień. Dziewczyna odwróciła się:

Mamy wspaniałe babie lato. Jest trochę zbyt gorąco. Miałem
krótką sjestę, obudziłem się z wyrazistego snu, żegnając się
z rodziną Rundów, ze strony mojej matki. Pożegnanie z dziad-
kiem wydaje się nie do odtworzenia. Z innymi zobaczę się jesz-
cze, ale nie z nim. Siedzę w pewnej odległości od niego, całuję
go w reke i uświadamiam sobie. że on tam siedzi_ 3 ia mo5m nrzy

różnycł

wyrzut!

szkańc
muszą

c. .

także s
mują
i więz

Tu

tej kle
Li
wzglę
L
leżni
S

soWi

T

kom

że się zostanie złapanym. Ostatnio obudzitem się. Podglądanie
zmieniło się w swobodne patrzenie pozbawione winy, zaintere-
sowały mnie odmienne charaktery różnych pizd.

One mówią mi sporo o osobowości każdej z dziewczyn,
podobnie jak o wiele bardziej powierzchowny pocałunek. Do-
świadczanie pizdy jest intensywne i niewerbalne. Jestem zbyt
nieśmiały, aby o tym rozmawiać. Wolność, nic ukradkowego,
zaciekawione, szeroko otwarte oczy, żadnego transu, żadnego
przymusu, by interweniować i „wziąć” dziewczynę.

Teraz odgrywam dziadka. Jestem surowy i gburowaty, nie
okazuję zbyt wiele miłości. Daję Fritzowi prezent na urodziny.
Nie tych tanich żołnierzyków na koniach odbijanych sztancą. Ci
mogą zsiadać i wsiadać. Widać, że konie mają dziurki, a żołnierze
coś między nogami. Rozumiesz, o co mi chodzi?

Popatrz na prawdziwe konie. Jaki wielki kutas.

— Spójrz na swojego siusiaka!

Mam ochotę bronić mojego kutasa. Kiedyś był bardzo duży
i bardzo potężny, ale ten czas już minął.

ZB

RN

Teddy i ja zawsze czytamy rękopis, zanim ona weźmie go do
domu do przepisania. Teddy powiedziała, że nie rozumie różnicy
między granicą „ja” a granicą ego. Wiem, że pozostawiłem wiele
wątków luzem, ale wiem także, że nie jestem gotowy, by pisać
systematyczne sprawozdanie z filozofii gestaltu. Nadal odkry-
wam, ale mam także wiele części gotowych do ogólnego obrazu.
Moją pierwszą ksiazka pogwałciłem werdykt McLuhana: „Żadna
książka, która zawiera więcej niż dziesięć procent nowych idei,
nie zostanie zaakceptowana”. Tym razem nie chcę jedynie popi-
sać się tym, co wiem. Chcę, abyście zobaczyli mnie, a także moje
badania. Może ufacie mi i ja ufam sobie, że w końcu filozofia i ja
staniemy się całością. Nie chcę powiedzieć, że się zintegrujemy.
Takie określenie jest ostateczne.

Znowu muszę wciągnąć Freuda do porównania. To on pod ko-
niec życia powiedział: ,,Zadnej analizy nigdy nie można dokończyć”,
a ja mówię przed końcem mojego życia: „Nie ma końca integracji”.

On powiedziałby: zawsze możesz analizować i odkrywać
nowy materiał.

Ja na to: zawsze można coś zasymilowac i zintegrować. Za-
wsze jest szansa na rozwój.

Freud: Inteoracia sama sie soba zaimie. Jeżeli uwolnisz repre-

SwWil
mic
odr

(CĄ /
Ą (fi'/’

5 l

Dziadku, twoja śmierć prawie wcale mnie nie dotkneta. A co
z moim własnym dziadkowaniem? Dostałem list od Ren ze zdję-
ciami Leslie do szkolnego albumu. Chociaż raz list, w którym
o nic mnie nie proszono, ale jestem pewien, że jest to uwertura do
prośby, którą przywiezie Lore.

Fakt, że bardzo lubię Leslie, sprytny i wesoły rudzielec. Jest
w niej coś prawdziwego w przeciwieństwie do nieszczerości jej
matki i siostry.

290

sje, staną się osiągalne.

Fritz: Mogą stać się osiągalne, pod warunkiem że nie są
zmagazynowane jako ciekawe poglądy — wystarczająco często
widziałem, że represjonowany i wyzwolony materiał nie był
przerobiony, jak słusznie się domagałeś, ale nadal byl wyobco-
wany i projektowany. Najczęściej trafiałem na to w przypadku
Reicha i innych przebijaczy zbroi.

Freud: Nie jestem za nich odpowiedzialny.

Fritz: W pewnym sensie jesteś. Promowałeś teorię „uwalnia-
nia emocji”. Brakowało ci spójności, kiedy w swojej wspaniałej
pracy nad smutkiem wykazałeś, że smutek, żałoba, jest najwięk-
szym, celowym procesem wspomagającym przetrwanie, a nie
jedynie uwalnianiem.

Teddy: To całe gadanie nie pomaga mi. Chcę zrozumieć
różnicę między granicą „ja” a granicą ego.

291

Fritz: Dobrze. Słuchaj, Teddy, jak daleko sięgasz”?

T (rozkładając ramiona): Tak daleko!

F: Nawet do sufitu.

T: Widzę sufit.

F: Czy widzisz przez sufit na wylot?

T: Oczywiście, że nie.

F: Więc sięgasz tak daleko, jak masz długie ręce, do tego, jak

daleko sięgasz wzrokiem i słuchem. Racja?
T: Racja.
Żadnego ego w to nie angażujesz?
Nie, jeśli to rozumiem.
Sięgasz do sufitu; ty sama próbujesz dotknąć sufitu?

F:
T:
F:
T: Tak.
F:
T:
F:

Czy twoje ego chce dotknąć sufitu?
To zakrawa na nonsens. Oczywiście „ja” dotykam.
Teraz masz granicę „ja”. Filozofię oczywistego.

Oszukiwałem w tej historii i wątpię, czy ktoś to zauważył.
Kiedy Teddy próbowała sięgnąć sufitu, udawała. Na suficie nie

było nic, po co ona chciała sięgnąć. Dlatego sięganie było artefa-
ktem, demonstracją. Fenomenologia nie jest tak łatwa jak nauka.
Król najwyraźniej zawsze zdąży pospiesznie włożyć jakieś szaty
i stworzyć powierzchnię inną niż skóra.

Chociaż prawa granicy ego stosują się do wszystkich typów
społecznych lub multiindywidualnych grup, chcę, w imię prosto-
ty, trzymać się indywidualnej granicy ego. Bez zrozumienia tych
praw wszelka terapia i interpersonalne reakcje pozostają manipu-
lacją oparta na sztuczkach.

Granica ego to punkt zero między dobrem a złem, identyfika-
cją a alienacją, tym, 0 znajome i tym, co obce, słuszne i błędne,

między samowyrażaniem a projekcją.

Możemy nawet połączyć terminy z prawej i lewej strony
i umieścić je wewnątrz i na zewnątrz granicy.

Znowu wracam do słowa „identyfikacja”. Naprawdę coś do
tego czuję. Identyfikuję system sensoryczny Z systemem orienta-
cji, a orientacja zbudowana jest na zdolności identyfikowania
czegoś jako X. Bez tego nie ma nic pozachaosemi zamieszaniem.

292

|
|

gpOW AZ A,
MOJE
ZNAJOME „JA”
IDENTYFIKACJA
OK MOJARACJA
DOBRZE FRITZ

Percepcja i roz, anie naj źni
poznanie najwyr: j Łi i
et jwyraźniej łączą się ze sobą w proces
kują ct(:aź,nsl:( pyta kę:gos o.hasło. „Zidentyfikuj się jako identyfi-
A śrgOdel:; zdnaml - Legltymacje. Odciski palców. Świadkowie
e identyfikacji przestępcy. Tutaj identyfikacja służ
pola ‘%ekgl tę›g';›, co słuszne i fałszywe. Czy on jest właściwyni
iem? Tylko jedn a Ż ć właści
P, jedna osoba może być właściwa, a miliard
gigm);f:lkgcja to zaznajomienie, antyzagubienie
Wmał(;g ; jest przell'ażająca.„ żadnego sposobu orientacji
Zachowźń IIĘ)/ISCŚ oblc(:y Jjest spoza granicy, wróg. Nikt nie znajego-
. Może ukrywać i Ś i
oy ywać w rękawie coś, z czym sobie nikt nie
Psychoanalityk identyfikuj
| i yfikuje wydłużony przedmiot j i
To %asu.Je dopgo orientacji, do systemu, it%ry zrllT:Otjako p
h ot 1den'tyf1kuje pewną rzecz jako kawałek ryb , jako ś)
po (t:rzymama własnego życia. Y-k rodek
o o j:
;zę Żędw pewnym sto;.›mlu Jjak Heidegger, wchodząc głębo-
[yfjkowa›r,li(;” ovpunktu, Igdz:e Jjezyk spotyka egzystencję. „Iden-
sorycznego) sięga dwóch systemów, systemu orientacji”(sen
i systemu radzenia sobie (moto z
0) i s) rad rycznego). P'
C„Ż-SŚO stIrŚka _lde_ntyflkqe daną osobę „jako” przgyjlcieciżrlzżłź
gran%; c;e;lgflkuje. się „z” przyjacielem i wpuszcza go ;Śrzez
: , n sanitaire. Odrzi i jaci
Sestdotny, et uca lub niszczy wroga. Przyjaciel

293

Zasada granicy sięga od granic narodów do elektronów zacho-
wania. Kondensator. Kondensator posiada płaszczyznę izolującą,
gdzie ładunki dodatnie i ujemne przeciwstawiają się sobie.

Granica kontaktowa jest także granicą separacji. Wewnatrz tej
granicy ludzie i rzeczy przyjmują pozytywną konotację, na ze-
wnątrz negatywną. Używam „pozytywnej” i „negatywnej” w sensie
osądu, „pozytywna” oznacza akceptację, „tak”; „negatywna” od-
rzucenie, powiedzenie „nie”.

Własny Bóg dowolnej osoby jest Bogiem sprawiedliwego,
bogobojnego ludu. Inni bogowie rządzą poganami. Żołnierze
własnego kraju są bohaterami i obrońcami, armia przeciwna ma
napastników i gwałcicieli.

„Wiem o tym wszystkim. Każdy film klasy B jest pełen
dobrych i złych typów. Po co nam ta cała granda z granicami?
A szczególnie: granica »ja« kontra granica ego. To może być
sprawa dla filozofów i semantycznych ludzi, ale nie dla mnie. To
może być rzecz. Może dasz nam coś bardziej osobistego, coś
podniecającego, z twojego życia płciowego, na przykład”.

Nie ma tutaj o czym mówić. Jedyne dwa punkty warte wspo-
mnienia, to jak dziadek zajmował się mną trochę dłużej, aż
zrozumiałem, że on reprezentuje pracę i brak zabawy. Żył wyłącz-
nie wewnątrz granic swojej rodziny i swojej świątyni. Mój ojciec
żył głównie poza granicą rodziny.

Ojciec i matka sporo się kłócili, ostro, nie wyłączając ręko-

294

ulicę miały marmurow: i
uli e posadzkiid
sci . U " ywany oraz dodatk j-
m Śrszłuz.b_y. Mlęszkąnxe od podwórka przy Ansbache(:'gftzr:veJ
oy kurzyn;_]mmej 0grodek i drag, na którym służące Wytrz y
Z dywanów. Nie b ¢ Ż z
czy wzy g yło prądu, a zatem Zadnych odkurzą-
Moja mama stosow i
: alana mnie te trz i ó
złarga:la mi dqcha; ja łamałem trzepaczlźiFTaCZkl *odywanów. Nie
, Byłem świadkiem nadejścia nowoczesne;j epoki, Gospodarz

wyobrazate ie. 3 . bójstwo, a ja zaw.
potrafił b'm SOble,.z)e postąpił tak w rozpaczy ponJieW Ą s;e
sobie poradzić Z „grzechem” masturbacji) az nie

E WAL POZNIEJ pojechatem
z trupą Theo po małych miasteczkach z ieniami
egorodzje przedstawieniami pew-
, Już wtedy dokonałem najazdu na wielki teatr. Było to po tym
jak doszedłęm do ładu z życiem po Askanische Gymnasium. ’

Cza§am1 potrzebowali sporo „dodatkowych” w Royal The-
ater. Za_]rłwwał się tym pewien aktor. Za każdą osobę przyznawa-
no mu Ę›oł' ’markx, dwanaście i pół centa, i jako że my, studenci
gd-ma.w%hsmly Przyjmowania tych pieniędzy, byliśmy mile wi»,

ziani. Uwielbialiśmy te kostiumy, sam iał i i
kteratry na g Y, udział i poznawanie

Czasamicesarzzjawiałsię na ieni

  • przedstawieniu Kolberga, histo-
    rii oblezenia. Potem i : : krzyków

A przychodził rozkaz: „Dwa razy tyle krzyków
d Ęotem przenio'słem swoją lojalność na Deutsche Theater

gdzie sprawował pieczę Max Reinhardt. Był on pierwszym twór:

296

rower do teatru na świeżym powietrzu, gdzie podpisaiem mój
pierwszy aktorski kontrakt. Za przedstawienie dostawałem pięć
marek, dla mnie niewyobrażalna suma.

O kieszonkowym nie słyszano. Przed tym okresem musiałem
albo kraść pieniądze z portmonetki mamy, albo dawać korepety-
cje osłom. Teraz mogłem płacić za lekcje aktorstwa i na dodatek
kupić sobie motorower.

Po popołudniowym przedstawieniu wracałem motorowerem
cztery mile, czasami nawet nie do domu na kolację, tylko żeby
zdążyć na przedstawienia Reinhardta, które często trwały do
późna w nocy. Matka drżała, żeby ojciec nie wrócił do domu
przede mna i nie narobił burdy. Lecz to zdarzało się rzadko. Ojciec
albo był gdzieś w Niemczech i sprzedawał wino i ideały, albo był
gdzieś, gdzie radość sprawiały mu wino, kobiety i śpiew.

'W tym okresie nie byłem dobrym aktorem, a lekcje aktorstwa
nie na wiele się dla mnie zdały. Jednak bardzo dobrze naśladowa-

297

stium,jej elegancjai opanowanie... wcielenie księżniczki z bajki

Moja pierwsza bogini ustawiona na piedestale. .

ęzy taki świat był poza moim zasięgiem? Może nie. Już

Wkrotce zobaczyłem paru chłopców w piaskownicy bawiqcychł

się w cyrk. Pewnego dnia, kto wie, pewnego dnia...

Nasz duży salon miał sporą alkowę. Chłopak od Freibergów
Thęo, wykorzystałją do wystawienia sztuki. Występowały w niejj
dwie z sióstr mojej matki — ciotka Salka i ciotka Clara, Nie
rozumlał/em ani słowa, ale wolno mi było odciągać kurtynę i wy-
kor!ywac małe prace oraz przyglądać się próbom. On szczególnie
lubił próbować objęcia. Chociaż nie mogłem sobie wyobrazić, co
mu pfzłyęhodziło ze ściskania dam uwięzionych w gorsetach ’

, Później teatrzyki z Punchem i Judy, prawdziwe przedstax;vie-
nia teatralne, traktowane poważnie, zapewniały zabawę. Kimbyli
ci akt.orzy, którzy potrafili się zamienić w kogoś innego? ”

Kiedy Theo, z pomocą nauczyciela hebrajskiego, wystawił
operę - ll Trovatore — byłem rozczarowany. Scena i rekwizyt
były niechlujne, aktorzy wiercili się na scenie i śpiewali do siebicy
Wykorzystałem przedstawienie, traktując je jako śmieszne. Przy—-

kryłem rozczarowanie, wyśmiewając starania Theo.
Pozostawaliśmy w bontab: - h

czym geniuszem, Jakiego poznałem. Sny pisarzy musiały się
urzeczywistnić. Malowane rekwizyty musiały odejść. Pompatycz-
ne głosy przesadzających aktorów musiały odejść. Postacie nie
przylegające do rzeczywistości wraz ze współaktorami musiały
odejść. Nic nie zostało nie zmienione, aż sztuka przeobraziła się
wświat rzeczywistości, jednak pozostawiając dosyć miejsca fan-
tazji publiczności.

Z nieskończoną cierpliwością przesłuchiwał aktorów, aż ich
głosy pasowały do siebie. Rozumiał rytm napięć i ciszy. Tragedia
Edyp, odegrana w wielkim cyrku z setkami ludzi krzyczącymi
o pomoc do rytmu zaznaczanego gongiem; Sen nocy letniej sta-
wał się najbajeczniejszą bajką; druga część Fausta Goethego
z bogactwem starożytnej i średniowiecznej mitołogii ciągnąca się
przez sześć i pół godziny żywego świadkowania historii, filozofii
i człowieka pragnącego odkupienia; obrazowe bogactwo spotkań
Everymana ze śmiercią... wszystko to ożywało z największą
intensywnością, nie „tylko grą”.

Wkroczyłem w życie wielokrotnej egzystencji. Pewnego lata,
na przykład, wiele dni mijało tak: rano odrabiałem lekcje, jadąc
pociągiem do szkoły. Ze szkoły do domu na szybki lunch i na

zniknęła po tym, jak zainwestowałem wto pisanie. Teraz wróciła
w zmniejszonej formie. Od czasu do czasu, kiedy cieszę się moim
okrucieństwem... jak na wojnie z armią mrówek maszerujących
nieubłaganiei niezniszczalnie jako plemię, podkopującą mój dom
lub przynajmniej zjadającą moje łakocie... czuję, że żyję i mam
co robić.

Kiedy koncentruję się na mojej schizofrenicznej warstwie,
mogę coraz bardziej pozostawać czujny i doświadczać zbliżają-
veh cie tycsiecyv ziawięk T ec7 wéwezac zasvniam albo robie sie

łem głosy wielu słynnych aktorow. Innymi siowy, byiem dobrym
parodystą, ale zupełnie nie twórczym. Dopiero pięć lat temu
odkryłem moją tajemnicę dobrego aktorstwa.

Było to na przyjęciu w Ein Hod w Izraelu. Występowało tam
sporo ludzi. Byłem zazdrosny, a kiedy jestem zazdrosny, górę
nade mną bierze diabeł. Postanowiłem napędzić im stracha jak
nigdy i odegrać śmierć. Sztuczka polegała na tym, żeby uwierzyć,
że naprawdę umieram. Ta sztuczka, tak mi się teraz wydaje, to
podstawa histerii. Poszło znakomicie. Jeju, ależ oni się martwili
i troszczyli... aż się ukłoniłem, a wtedy oni się rozzłościli. Teraz
jestem dobrym aktorem, z łatwością się zmieniam jak kameleon.
Wielu ludziom daję sporo radości, głównie za sprawą błaznowania.

Znowu jestem znudzony i.posępny. Popracowałem trochę nad
snem o dziadku i zrozumiałem, że mam dobry'powód, aby się
cieszyć. Mam pewną sławę, trochę pieniędzy, przyjacmł talenty.
Praca nad własną patologią przebiega dobrze. Śmiertelna nuda

298

,-...Y.,-.Y-,,„_,__
tak niespokojny, że często nie mogę tolerować tego podmecema
i wędruję zagubiony bez kotwicy zaangażowania.

Przez moment pomyślałem, że pokonam moją maszynę i doj-
dę do prędkości 50/60 słów na minutę... potem poplątało mi się
i znowu straciłem zainteresowanie.

Staję się nad wyraz świadom diabła we mnie, wydającego
trujące, moralizatorskie osądy. Nadal tkwię w miejscu. Słucham
kwintetu Brahmsa na klarnet. Nie, nie słucham. Tylko wpada mi
w ucho; nie angażuję się. Teraz oczywiście to zaczyna przyciągać
moje zainteresowanie, a pisanie staje się zdepersonalizowane
i ciężkie. W porządku, Brahms; poddaję się. Zgubiłem nudę.

Najbardziej interesują mnie dwa zjawiska... projekcji i bólu.
Jeżeli będziemy się trzymać nadmiernego upraszczania topologii,
umieszczania i poruszania się w przestrzeni, widzimy ciągle na
nowo, że każdy z nas próbuje utrzymać region w granicach jako

e P "

299

harmonijny i jak najbardziej przyjemny. Aby to zrobić, musimy
oczyścić ego.

Chcę wrócić:do początku książki, do rozróżnienia między
autentycznością samoaktualizacji a zniekształceniem samoobra-
zu; między tym, czym jesteśmy jako nasz odziedziczony poten-
cjał, i pragnieniem stania się tym, kim mamy się stać; między
byciem a fabrykowanym osiągnięciem; między spontanicznością
a rozmyślnością.

Te dwa akapity napisałem około dziesięciu dni temu. Potem
straciłem chęć pisania. Przeprowadziłem warsztat dla personelu
„spalonego centrum” i weekendowe seminarium. Miałem także
parę dobrych pomysłów, które zapisałem jedynie w fantazji.
Racjonalizacją było oczywiście: „Po co to?”, stosowne zapomi-
nanie, że piszę dla własnych potrzeb, a nie dla ludzkości.

Powiedziałem Dickowi Price'owi, że zmierzam ku życiu bez
zobowiązań. Że jestem zainteresowany — absolutnie nie zafascy-

300

nowany — rozwiązaniem zagadki schizofrenii. Wierzę, że jeden
przypadek w pełni zrozumiały zdziała więcej niż badania i do-
świadczenia nad setkami przypadków oraz przypadków kontrol-
nych. W tym względzie zdecydowanie podążam w ślad za Kurtem
Goldsteinem i Sigmundem Freudem. W nich obu brakuje mi
jedynie uznania odgrywania ról. Badania Goldsteina szczególnie
koncentrują się wokół naśladownictwa. Jak Schneider, jego słyn-
ny przypadek, spisuje się, kiedy otrzyma zadanie? Co skłania go

301

|

L2220

'

=

l

do działania w pierwszym przypadku? Przenoszę się z powrotem
do przedstawienia z zapaleniem mózgu, poproszono go o wypicie
szklanki wody, kiedy mu się wcale nie chciało pić. Kiedy robi to
jako przedstawienie, co oznacza rozmyślny akt fałszywego za-
chowania, czyni to z wysiłkiem i roztrzęsieniem. Kiedy jest
autentyczny, spontaniczny, nie gra, pije wodę z łatwością i spo-
kojem. Jeśli ta teoria jest słuszna, to znaczy, że osoba z uszkodze-

B : P

tową od Florydy po Vancouver, trwającą sześć tygodni, a potem
będę wolny od wszelkich zobowiązań i zostawiam przyszłość otwar-
tą, zależną od politycznych wydarzeń i moich zainteresowań.

Tymczasem jestem pełen fantazji i planów, pełen możliwości
i braku pewności. Wszystko może się zdarzyć, w tym także
śmierć.

Często w moim życiu uciekałem śmierci i wiele razy jej
pragnąłem. Teraz życie jest takie pełne obietnic i ryzyka, że raczej
mi się podoba.

Najgłupszy sposób, w jaki nieomal się zabiłem, przydarzył się
podczas mojego pierwszego samodzielnego lotu. Dzisiaj lata się
z trójkątnym podwoziem aż do przesady. Musieliśmy lądować
z poprawnym ustawieniem samolotu. Wtedy byłem niepewny,
źle lądowałem i postanowiłem natychmiast kontynuować lot, ale
tocholerne żelastwo nie chciało się oderwać od ziemi, a na krańcu
lotniska majaczył las. W końcu oderwałem się od ziemi, pewny,
że uderzę w drzewa i ledwo, ledwo je minę. Odwróciłem się. Mój
instruktor dziko wymachuje rękami. Zawracam i ląduję popraw-
nie. Instruktor wskazuje na śmigło. Nie wierzę własnym oczom.
Ze śmigła prawie nic nie zostało. Podskakując przy pierwszym
lądowaniu, roztrzaskałem je i (co za samolot!) udało mi się

niem mózgu nie posiada Kategorycznego SpPOsuul e 2
odpowiedź musi brzmieć: „Nie chcę, nie mam potrzeby ulegać
komukolwiek”.

Jedna rzecz wydaje się pewna. Jak w przypadku wszystkich
niejasnych zjawisk mamy gotową odpowiedź. Jedyna trudność
polega na zadaniu właściwego pytania.

Dzisiaj wyjeżdża Ken Price, aby zająć się naszym pierwszym
kibucem. Z pozoru brzmi to niespójnie, jeżeli powiem, że nie chcę
poświęcać się wszelkim innym projektom, a jednocześnie rozma-
wiać o zgłębianiu schizofrenii i otwarciu pierwszego gestaltycz-
nego kibucu.

Kiedy się poświęcam, można na mnie polegać. Mogę umówić
się w dowolnym miejscu Stanów o dowolnej porze, a będę tam.
Jeszcze mam parę seminariów i warsztatów do przeprowadzenia;
obiecałem obecność przez miesiąc na kampusie uniwersyteckim
w Santa Barbara. Mam jeszcze jedną trasę wykładową i warszta-

302

p

wznieść na sześć tysięcy stóp (Johannesburg) za pomocą tego
kikuta.

303

szltat UU Wy tdlodiild pluot yuil 1AL

Mamy tam dobry dom, ale koniecznie trzeba nowych budyn-
ków. Kiedy z tym nam się uda, można będzie zmniejszyć opłatę,
może kiedyś całkowicie z niej zrezygnować.

W tym pierwszym kibucu będą szkolić się liderzy. Już zgłosiło
się kilku profesjonalnych terapeutów.

Jeżeli eksperyment się sprawdzi, będzie miejsce dla całych

304

x w

otrzymywała mniej bioenergii. Ostatnio miałem kilka przypad-
ków kompulsywnego motorycznego zachowania aż do punktu
obsesji i paranoi (są bardzo blisko związane), a we wszystkich
tych przypadkach był brak uczucia.

Przyda się to dla zrozumienia przeciwległych biegunów
w schizofrenii: paranoik motoryczny, któremu brakuje wyczule-
nia, oraz introwertyk wyczulony na tle swojego braku celowego,
motorycznego działania. Wiem także, że mam rację, nie tłumiąc
w sobie nawyku palenia. Kiedy tylko unikam pewnych niemitych
uczuć, energia przechodzi w ruch, a papieros oczywiście jest
najporęczniejszą wymówką.

Kiedy entuzjazm do pisania słabnie, górę bierze „ten na górze”
i pogania mnie, abym kończył książkę, abym połączył luźne
końce i znalazł sposób na uczynienie moich idei łatwiej zrozu-

305

i
i

Życie na wysokości nigdy mi nie przeszkadzato, tak samo jak
nie przerażało mnie latanie w otwartym kokpicie jeszcze kilka
tysięcy mil wyżej. W tamtym okresie nie miałem żadnych zauwa-
żalnych kłopotów z sercem. Ale teraz?

Planowany kibuc znajduje się na wysokości 7500 stóp w No-
wym Meksyku. Może to być męczące.

Co rozumiem przez gestaltyczny kibuc? Tak jak kiedyś uwa-
żałem indywidualną terapię za przestarzałą, tak samo teraz uwa-
żam dyskusyjne spotkania grupowe i warsztaty za staromodne.
Maratońskie spotkania są zbyt wymuszone.

Proponuję teraz, że poprowadzę następujący eksperyment.
W kibucu należy zlikwidować podział na uczestników i personel.
Cała praca musi być wykonana przez osoby przyjeżdżające do
kibucu. Stały personel: 1) woźny i złota rączka, ktoś, kto zna się
na funkcjonowaniu rancza i budynków itd., 2) terapeuta.

Główny nacisk kładziony jest na rozwój ducha społecznego
i dojrzewanie. Ludzie mają tam przyjeżdżać na trzy miesiące,
początkowo za tysiąc dołarów za dany okres. Co miesiąc będzie
następowała zmiana... dziesięciu odjeżdża, dziesięciu przyjeż-
dża. Będzie prowadzony organiczny ogród warzywny oraz war-

NT P eee SN

rodzin, kawalerów i panien bez zawodu, nastolatków, białych
i czarnych, hippisów i ekstremalnych antykomunistów.

Kto wie? W końcu może to przenieść się do gett i w inne
miejsca, gdzie oczekiwane jest konstruktywne życie.

Dzisiaj w końcu poczułem impuls do pisania. Więcej frag-
mentów trafia na swoje miejsce. Zróżnicowanie naszego nasta-
wienia do świata na system sensoryczny i motoryczny ma coraz
więcej sensu. Przez ostatni tydzień byłem zajęty słuchaniem,
głównie muzyki, i motoryczna chęć pisania, działania, mówienia

2

)

z —
ZN

L7
s
kład, o hinduskim stowie may{t..: w ęu—-
fii „jak gdyby”. Maya ma być pr yZ‘eCelr\nNu
i eczywistości, obserwowalnemg, powszec. n I
Sta‘wwna j ś 'yat mogą być oddalone o mile, co za?u awak
św1at?' Oba ‘wal[cz moga być zintegrowane, co .st'źxjc_: się szt;: Ś
%ź:;;t;” ;:nt‘;«zja, myślenie, gry, role, sny, powieści itd. byłyby
o częścią. - "
teg Wyżłumaczcnietej funkc_u-gra-mcy' o agność.
imy dodać jeszcze dwa zjawiska: estety O kwe.
musimy ny zachowania estetycznego ma]ąpodoł ny oA
”Blegulnych- wszystko, CO piękne, maswoje rr_ne;spe ;:{e e
granicy, sz stko brzydkie na zewnątrz. Nxemnec, cie s "
grar:cha,j:c: ts›gydkie to haesslich, nienawistne. Miłość i piękno
ozn.
L lc(ii(alrll;y'(:ezsrt‘ejak wiele „anormalnyc! ” przypadkow, ;)\3
wrciz:ź:irą norrł›alr;ej granicy. „Skoro.jes-t(err? brzyąg:&ź? f
; stać złoczyńcą i nienawidzić plękrfa i e
” lęl(l)rżr:i::mejsze do zrozumienia jest uczucie własnoś

syi 1 a-
i ranicy jest „moje”, przyn
rz granicy. Wszystko wewnątrz $ yj

W i „W t zewnątrz jest t oje, nie
szys! ko na St w !
lezne, właściwie oceniane w R

noje, (›h(›]ęlme, czy to rzeczy CZY nas ¢
dalllemOEą chcieć włączyć cos z zewnątrz do er anicyi ktoś może

miałymi. Myślę, na przy
ropejskiej filozofii, filozo

jest nieomal skończone, ale

306

zechcieć wyrzucić z wewnątrz rzeczy i nastawienie, które odbie-
rane są jako brzydkie, toksyczne, złe, słabe, szalone, głupie
i dziwne symptomy, a jednak w przypadku zdrowych zmysłów
chce, aby były identyfikowane jako własne.

Jest to metabolizm, który prowadzi doiintrojekcji: fałszowanie
siebie, udawanie, że jest się więcej niż jednym. W represjach
i projekcjach także występuje zafałszowanie siebie: okazywanie
się mniejszym, niż się jest. Metabolizm ma na celu unikanie bólu,
dyskomfortu, pseudocierpienia.

Teraz w końcu widzimy, jak wyłania się obraz zdrowia, ner-
wicy i psychozy. Ekstremalne przypadki są rzadkie i nieomal
każdy partycypuje w pewnym stopniu we wszystkich trzech
możliwościach.

W zdrowiu nawiązujemy kontakt ze światem i własnym „ja”,
to znaczy z rzeczywisto$cia.

'W psychozie tracimy kontakt z rzeczywistością, nawiązujemy
kontakt z maya, systemem zwodzenia esencjonalnie skupionym

wokół ego, czego przykładem są częste przypadki megalomanii
i braku wartości.

CR

7

L

W nerwicy zachodzi ciągła wałka między ego a „ja”, między
iluzją a rzeczywistością.

Zwodniczy system działa jak nowotwór absorbujący coraz
więcej i więcej energii życiowej i stopniowo wysysa siłę żywego
organizmu. Ostrość choroby umysłowej zależy od funkcji iden-
tyfikacji z ego lub „ja”. Psychopata mówi: „Jestem Abraham

sy
<.
=x

307

Lincoln”, neurotyk powie: „Chciałbym być Abrahamem Lincol-
nem”, człowiek zdrowy natomiast: „Jestem, kim jestem”.

Leczenie teraz staje się oczywiste. Musimy usunąć system
iluzji, strefę środkową, ego, kompleksy i skięrox.vać e,nergię na
użytkowanie ego, aby organizm mógł rosnąć i używać wrodzo-
nego potencjału. . ,

Podczas tej procedury możemy zaobserwować, jak dziury
w osobowości znikają i jak dana osoba znowu staje się dobrze
funkcjonującą catoscia. © -

Sigmund Freud: „Doktorze Perls, nie mówi mi pan nlf:zego
nowego. Jedynie ujmuje pan to inaczej. Mogę Yvytłumaczyc moje
podejście także pana językiem. Jeżeliktoś jest m_xg)otentem seksu/-
alnym, powiedziałby pan, że zamiast genitaliów ma otchłan.
Podniecenie zamiast do genitaliów trafia do strefy orałr_]ej. lub
analnej, gdzie stwarza wiele zakłóceń, takich jąk perwersje i ce-
chy charakteru. Kiedy już libido wpływa do stret-y ge-mtalneq, inne
strefy mogą swobodnie zająć się swoimi funkc;aml organiczny-
mi, nie niepokojone wtrącającym się libido. Gemtah‘aAoz'ywa_]a
i funkcjonują biologicznie poprawnie... i naxfx/et mozhw1ev pod
względem społecznym. Dojrzewanie i zdrowie są zapewnione.
DuotLa iect wynelniona’”

jakie pan poczynił za życia, odkrycia, które stały się niezastapio-
nymi narzędziami w naszych badaniach.

Musimy rzeczywiście sformułować na nowo pańskie dzie-
więtnastowieczne podejście z ograniczonymi narzędziami inte-
lektualnymi, by dopasować je do tego dwudziestowiecznego.
Z tatwością zgodziłby się pan ze mną, że jest dużo więcej dziur
do wypełnienia. Przynajmniej jeszcze jedną dziurę widział pan
wyraźnie: amnezję. Wykorzystywał pan obraz zapożyczony z rze-
czywistości, cenzora, który zabrania druku pewnych akapitów
w gazetach, i wskazał pan białą pustkę, która pojawiła się zamiast
druku.

Pożyczyłem ten przykład od pana, aby zilustrować neuro-
tycznego człowieka naszych czasów: niekompletna, nijaka oso-
bowość z dziurami zamiast odpowiednich wiadomości, które się
liczą.

Nacisk przesuwa się teraz od zajmowania się konkretnymi sym-
ptomami, cechami charakteru i konfliktami do polowania na pustkę,
dziurę, otchłań, nicość, niekompletność niczym na czarownice.

Pańskie konkretne środki, za sprawą których stwarzanie pust-
ki staje się represją. Musimy powiększyć to do dowolnego rodza-
lu unikania: wvcofvwania uwaoi. fobiczneoo nastawienia ki

W pr 0P

Fritz: Ciesze się, że znaleźliśmy wspólną podstawę operacyj-
ną. Zdecydowanie podziwiam spójność, jaką wykazał pan, by
ratować seks przed jego grzesznym statusem w kulturze Zacho@u.
Ustalił pan ten model, aby wypełniać inne dziury: liczne odkrycia,

308

——£E————— ŹŚ

pienia na nieważnych kwestiach, dystorcji tworzenia gestaltu,
znieczulicy, umysłowej mgły itd.

Zatem pytanie: „Czego pan unika?” jest bardzo na czasie
w związku z terapią gestaltyczną i staje się podstawową postawą
w naszych marzeniach sennych.

Całość „ja” zastąpiona jest przez maya ego. Jak powiedział
kiedyś o kimś Alan Watts: „On jest niczym, poza ego zawiniętym
w skórę”.

By tę fundamentalną kwestię uczynić idealnie jasną, posłuż-
my się po raz kolejny przypadkiem ekstremalnym, przykładem
encephalitis, zapalenia mózgu. Przeciwstawialiśmy rozmyślną
funkcję ego z roztrzęsioną ręką sięgającą po szklankę wody spo-
kojowi funkcjonowania „ja”, jeżeli dyktowane było przez po-
wstawanie gestaltu pragnienia.

'W przypadku alkoholizmu dochodzi czasami do tak zwanej

309

amnezji Korsakowa. Pacjent nie jest świadom dziury w pamięci
i zapełnia ją fantazjami. Wypełnia sterylną pustkę fałszywymi
wspomnieniami.

Zatem brakuje tym większej części autentycznego „ja”, im
bardziej wypełniamy tę dziurę funkcjami. Im mniejszy kontakt
i wsparcie otrzymywane przez ego od „ja”, tym większy fałsz
i papierowy charakter ego.

Podczas mojej analizy z Clarą Happel doznałem kilku nielicz-
nych doświadczeń, jakie kiedykolwiek wyniosłem z psychoanalizy.
Sporo z mojego ukierunkowanego wsparcia pochodziło od mojego
„tego na górze”. Kiedy to runęło, chodziłem ulicami Frankfurtu
przez kilka nocy, zagubiony, nie wiedząc, co robić. Powstała dziura
zamiast autonomicznego kierunku lub akceptowalnego zewnętrzne-
go kierunku. Nie ufałem jej ani nie zaufałem sobie.

Czy kiedykolwiek nauczę sie ufać całkowicie samemu sobie?

Gestalt Institute of Canada
Lake Cowichan, B.C.

Lipiec 1969

Napisałem Wokół śmietnika w trzy miesiące, a po tym... nic
Tak nagle jak pojawiła się chęć pisania, tak samo wyschnz.lł;:m

Podjąłem-nową przygodę... społeczność terapeutyczna. K.i-
buc jeszcze się nie zmaterializował. Nakręciłem wspaniałe filmy
wrazz Aquarian Productions w Vancouver i czasami wyobrażam
sobie, że znowu zacznę pisać.
) Teraz rze-czywistośc' domaga się całego mojego podniecenia
i malo zostaje dla słów. Możecie znaleźć wiele słów w Gestalt
Therapy Verbatim, a jeżeli chcecie mnie słuchać, to możecie

wysłuchać taśm, na podstawie których John S
o ry n Stevens stworzył

Z Ci,

Notes

No notes yet.